arkady kdm‎ > ‎

Co z tymi Arkadami?

opublikowane: 21 kwi 2012, 10:40 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 4 maj 2012, 04:08 ]
 
Zauważamy obecnie wysyp pomysłów rozwiązania "problemu arkad". Im więcej partykularnych pomysłów, tym większa pewność, że mamy problem i popadamy w desperację. Arkad KDM nie można starać się modernizować lub upiększać metodą łatania dziur lub ratowania tonącego statku. To miejsce warte jest tego, aby potraktować je z namysłem i szacunkiem. Znany jest już we Wrocławiu pomysł utworzenia w Arkadach (na ich filarach) "Alei Gwiazd" - wystawy z tablicami wizerunków osób zasłużonych Wrocławiowi. c.d. Czy będzie on podlegać uchwale pomnikowej? Według nas - powinien. Tablica pamiątkowa to rodzaj pomnika. O tym poniżej.

fot. z lewej: kliknij tutaj

Po co w ogóle powstały podcienia zwane dziś przez nas Arkadami KDM? Po co w mieście, w którym pełnego słońca mamy - jeśli się poszczęści - przez zaledwie jeden miesiąc w ciągu roku, ktoś wpadł na pomysł zbudowania pierzei z podcieniami? Dlaczego to zrobił? Pierwsze pytanie to pytanie o cel. Drugie - o przyczynę. Co więcej: dlaczego podcienia pojawiły się tylko w południowej części zespołu, a północna jest ich pozbawiona? Wszak nasłonecznienie jest tu identyczne, bo oś ulicy Świdnickiej przebiega właśnie z północy na południe. Warto zauważyć, że te właśnie podcienia są jedynymi w całym zespole Kościuszkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. Dlaczego? Jaki był zamysł projektantów?
fot. z prawej: Bryła.pl - kliknij tutaj

Słyszeliśmy wielokrotnie, że w traktowaniu arkad i podcieni kraje śródziemnomorskie nie są dla nas dobrym przykładem, bo "tam jest mnóstwo słońca i przechodnie chowają się w podcieniach przed upałem". Owszem, ale to nie jest do końca słuszny argument za tym, by nie obserwować arkad ze śródziemnomorskich miast. W Walencji, gdzie słońca również jest dużo, nie spotkamy tak wielu podcieni, jak np. w Bolonii, która leży dalej od Równika, niż Walencja.

fot. z lewej: Bolonia, fot. Anna Rumińska Archiwum eMSA Inicjatywa Edukacyjna

Temat Arkad KDM jest nam bliski od dawna, ale z perspektywy profesjonalistów zajmujących się przestrzenią publiczną miasta, dlatego temat walorów z zakresu historii sztuki pozostawimy innym, jako nie mniej ważne, lecz także te, na których temat wypowiedzą się osoby kompetentne. W tym obszarze interesujące jest również to, jak przedsiębiorcy (poprzez spółdzielnię) i urzędnicy zarządzają tym skrawkiem przestrzeni publicznej. Jak wiadomo obserwacje są mało optymistyczne. Pomysł tablic ideologicznie jest zrozumiały (co nie znaczy słuszny), spójny z nastrojami upamiętniania osób we Wrocławiu - najwyraźniej wielu radnych i urzędników ma taką potrzebę, więc albo powinniśmy to zrozumieć i pokierować na właściwe dla przestrzeni tory, albo powinniśmy ubiegać się o zajęcie ich stanowisk, a jak wiadomo, nie każdy ma na to ochotę z rozmaitych powodów. Pomysł ten trzeba więc zrozumieć i poddać pod rozwagę, poszukać alternatyw, podsunąć inne rozwiązania...

Jednak niebezpieczne jest to, że pomysł ten jest kompozycyjnie i strategicznie spójny z powszechną obecnie ideą ideologicznych komunikatów (a do takich należą i reklamy, i tablice pamiątkowe) mocowanych na architekturze: nie ważne, czym jest ściana jako taka lub jej  fragment )=filar), ważne że jest to płaszczyzna, na której można (wypada?) COŚ fajnego powiesić. Ot pokusa... Swego czasu powstał we Wrocławiu pomysł zamiany fragmentu fasady budynku Rumpa na rogu Placu Solnego i Rynku w zieloną ścianę. Mówiąc wprost: w hodowlę bluszczu... Jest ściana, jest impreza! Wszak "goła" ściana (=bez okien) aż się prosi o zapełnienie. We Wrocławiu horror vacui rządzi bardzo silnie umysłami wielu ludzi. Puryzm jest tu czymś obcym i nowym, minimalizm również. Obecnie już nawet ściana wykończona płytami kamiennymi lub boniowanym tynkiem stanowi pokusę do działania - do zasłonięcia, do powieszenia, do wykorzystania. W dobie wszechogarniającej komercji i reklamy każdy skrawek płaszyczny - pionowej lub poziomej - jest bezcenny, kosztuje tak wiele! Cieszmy się więc, że nie powstał jeszcze pomysł udekorowania Arkad KDM panelami reklamowymi, z których dochód pokrywałby na co dzień koszty konserwacji i utrzymania porządku tego miejsca. Cieszmy się..., ale... kto wie, może już lepsze byłyby reklamy...? Przynajmniej częściej pojawiałby się tam ktoś, kto by wymieniał zawartość tablic. Byłby jakiś dozór. A Aleja Gwiazd - zawisną i koniec. Dobrze więc się stało, że ów pomysł zabluszczowania rumpowskiej ściany do dziś nie został zrealizowany (obyśmy nie wykrakali...). Architektura to nie podkład do obrazków. Tym bardziej architektura tak konsekwentnie zrealizowana, jak Kościuszkowska Dzielnica Mieszkaniowa.

Nie powinniśmy folgować tej pokusie wykorzystania każdej pustej płaszczyzny na ozdoby, dekoracje, atrakcje... Ktoś w Dolnośląskiej Izbie Gospodarczej stwierdził, myśląc głównie komercyjnie, że oto "kawałek architektury" będzie dobrym "podkładem" pod coś, co ma rzekomo wygenerować prestiż, ruch, popyt, dozór, zainteresowanie tym miejscem oraz (mam nadzieję) potencjalny wzrost przychodów lokalnych przedsiębiorców, a docelowo kasy miejskiej. Prestiż lub przychody - oto dwie kategorie, które rzekomo mają być wytworzone przy tej okazji. Nic bardziej mylnego. Ten ktoś w DIG nie miał dobrego pomysłu, tym samym radni i urzędnicy popierający tę inicjatywę, jednak można ten pomysł potraktować jako wskazówkę, że trzeba we Wrocławiu poszukać miejsca na taką "Aleję Gwiazd". W wypadku przestrzeni, która stanowi mocno tranzytową strefę, z tablicami pamiątkowymi stanie się tak, jak z chodnikiem na Placu Nankiera wzbogaconym o poziome, bardzo kosztowne tablice pamiątkowe w jego nawierzchni, na które mało kto spogląda, a tym bardziej turyści, którzy nie wiedzą po prostu, o co chodzi. Jednak czasami śmieją się,  patrząc w ruchu na te tablice i wymieniając znaki zapytania.

Skoro zatem ktoś bardzo pragnie urządzić we Wrocławiu lub w Arkadach KDM "aleję gwiazd", to może lepiej będzie utworzyć ją w przyległych lokalach, przyciągając w ten sposób zwiedzających do wnętrz handlowych i generując ich przychód, zadowolenie, zaangażowanie w miejską kulturę oraz załatwiając z nimi koszty konserwacji i utrzymania tablic. W ten sposób tutejsze sklepy i być może przyszłe kawiarnie i restauracje miałyby dodatkową reklamę i zwiedzających. Łatwo jednak utworzyć program szlaku turystyczno-artystyczno-gastronomicznego właśnie pod Arkadami, lecz nie na ich filarach, ale we wnętrzach ich lokali.

Pod względem przestrzennym Arkady KDM to jedno z tych miejsc, z którymi sobie nie radzimy, ale też nie przeprowadzono jak dotąd dokładnej i co ważne - publicznej analizy możliwości rozwiązania problemu Arkad KDM. Prowadzono na ten temat rozmowy z lokalną Spółdzielnią. Sprawy własności, zarządu i gospodarki nieruchomościami są tutaj priorytetowe. Do dyskusji powinni się włączyć specjaliści od gospodarki nieruchomościami, z tymi z lokalnej spółdzielni na czele - bez ataków, pretensji, tylko z konstruktywnymi postulatami. Zagadnienia estetyki, architektury, historii, sztuki, integracji, aktywizacji, bezpieczeństwa, rozwoju schodzą wobec kryzysu finansowego i ekonomicznego na dalszy plan - możemy ubolewać, ale tak jest, więc rozwiązania powinny to uwzględniać i polepszać, a nie to pogłębiać. Powinniśmy więc szukać spójnych propozycji, ale nie w momencie, gdy powstał szaleńczy pomysł, lecz wcześniej. Warto więc przyjrzeć się innym chromym miejscom we Wrocławiu i w porę postulować strategie i metody poprawy - nie odkładać ich na później, lecz ciągle proponować, zanim zrodzi się idea, która zagłuszy wszystko. Takich miejsc jest w naszym mieście sporo.

Arkady KDM są nielicznym przykładem arkad we Wrocławiu - to nie tautologia, lecz fakt. Arkad, jako rozwiązania architektonicznego, we Wrocławiu wiele nie uświadczysz. Wrocław to nie Bolonia. Klimat mamy jaki mamy, tradycję handlu też, więc arkad mamy mało, tym bardziej powinniśmy je chronić i traktować jako perełki, szczególne atrakcje - takimi wszak są, wszyscy je kochamy, szczególnie w deszczu lub w upały. Ruska to kolejny przykład arkad, które po prostu umierają, przede wszystkim estetycznie. Na hasło "arkady" kojarzono dawniej tylko jedno miejsce - tak nazywa się też przystanek tramwajowy i tutejsza księgarnia. Od pewnego czasu to tzw. nazwa krocząca - jej terytorium przesunęło nieco dalej. Teraz musimy dodawać te 3 litery, ale to nic - one uczą wielu ludzi o ich przeszłości, więc swoją rolę odegrało już pobliskie centrm handlowe (nie nobilitujmy go nazwą "galeria").

Tym razem mamy znów wyzwanie w postaci kolejnego "pomnikowego" pomysłu. Arkady KDM nie potrzebują makijażu, lecz domycia i nowej diety. To miejsce potrzebuje silnej i szerokiej strategii placemakingu ("miejscotwórstwa"). Najtańszym dla zarządców i Gminy rozwiązaniem jest tzw. dozór społeczny, czyli strategiczne i systemowe działania powodujące NAPEŁNIENIE przestrzeni ludźmi. Wówczas nawet monitoring nie jest zawsze konieczny, chyba że w nocy. Pod Arkadami wiszą kamery - czy ktoś w Policji śledzi to, co się tutaj dzieje w kontekście brudzenia architektury i otoczenia? Wygląda na to, że nie - dopóki nie ma urazów ciała, dopóty Policja milczy i nie prześladuje brudzących.

Przypomnijmy sobie uchwałę Rady Miejskiej w sprawie wznoszenia pomników na terenie Wrocławia (XLIX/1438/10) - czy są w niej uwzględnione tablice pamiątkowe? Treść pierwszego paragrafu wskazuje, że jak najbardziej (link:
http://wrosystem.um.wroc.pl/beta_4/webdisk/133659%5C1438ru05.pdf):
"§ 1. 1. W rozumieniu niniejszej uchwały określenie pomnik oznacza dzieło rzeźbiarskie, architektoniczno-rzeźbiarskie lub o charakterze założenia architektoniczno-przestrzennego, opracowane w szerokiej skali środków artystycznego wyrazu od form realistycznych do abstrakcyjnych. Składać się może z jednego lub większej liczby elementów, a także wykorzystywać nowoczesne środki multimedialne. Pomnik winien upamiętniać osobę, zdarzenie historyczne lub ideę." Tablice pamiątkowe (="aleja gwiazd") są więc pomnikiem i podlegają tej uchwale - jeśli już z jakichś absurdalnych powodów ma to być realizowane.

Warto jednak zastanowić się nad tą realizacją "alei gwiazd", bo z pewnością nie rozwiąże ona "problemu arkad". Tablice to makijaż, w dodatku dość kosztowny, nałożony na zaniedbane i osamotnione ciało pozbawione życia i towarzystwa, które będzie ów makijaż podziwiać. Jeśli towarzystwo będzie, makijaż naprawdę będzie zbędny. Tablice powstaną, a potem będą niszczone, tagowane, obłupywane, obsikiwane itd. Będzie tylko gorycz, że w ten sposób zostały wydane publiczne pieniądze.

Zatem od początku.

Po pierwsze
trzeba Arkady odczyścić, odremontować, odświeżyć, umyć - wiadomo. Kwestia sporna, czy zrobi to Spółdzielnia na swój koszt, czy Gmina Wrocław. Wiemy, że jest to w planach - nikt z urzędników nie planuje tam jakichkolwiek inwestycji na brudnych ścianach. Podobny problem z podziałem prac porządkowych jest na wrocławskim Manhattanie - tam również właścicielem gruntu jest Gmina, a zarządcą spółdzielnia, w dodatku bez grosza przy duszy (podobno). Efekt: ruina. Ale idzie ku dobremu, planowany jest oczywiście remont. Arkady KDM warto traktować podobnie - geodezyjnie to część budynku, więc pod zarządem Spółdzielni, ale przestrzennie i użytkowo to część przestrzeni publicznej miasta, więc "rzecz publiczna", na którą powinna łożyć Gmina, tym bardziej jeśli to obiekt tworzący założenie urbanistyczne wpisane do rejestru zabytków (A/1491/543/Wm).

fotowizualizacje powyżej: arch. Katarzyna Sobuś, arch. Anna Rumińska / Archiwum eMSA Inicjatywa Edukacyjna

Po drugie trzeba skupić uwagę nie na samej przestrzeni, jako źródłu dobra, lecz na jej granicach, jako generatorach ogromnego potencjału. To granice, krawędzie przestrzeni publicznej mają karmić przestrzeń, a nie odwrotnie. Kierunek sugerowany w pomyśle tablic jest dokładnie taki: ktoś wierzy, że ta inwestycja spowoduje poprawę przestrzeni i przypływ pieszych. OGROMNY BŁĄD MYŚLOWY. Odwrotnie: działania przedsiębiorców z witrynami na Arkady KDM mogą spowodować, że nic tu nie będzie potrzebne, poza szybkimi kelnerami. Zatem trzeba tak przygotować granice tej przestrzeni, aby one wpływały na samą przestrzeń, nie odwrotnie. Radni, urzędnicy, przedsiębiorcy, ludzie ze spółdzielni - oni wszyscy mogą być pewni, że nie ma sensu pakować setek tysięcy w płaskorzeźby, bo efekt będzie 0,05-procentowy albo mniejszy - zdjęcia pojawią się w przewodnikach i informacji turystycznej i na tym koniec, z Arkadami dalej będzie problem, jeśli nie podejmie się działań placemakingowych. Pomysł "alei gwiazd" nie przyniesie prestiżu Arkadom KDM, wbrew pozorom. Klasę i prestiż zapewniłyby tu działania otwierające przybrzeżne (graniczne) sklepy na tę przestrzeń. Na tym zasadza się potencjał tych arkad, jako rozwiązania architektonicznego. Weźmy przykład Bolonii, miasta, które stoi arkadami, nie ważne, że słonecznego - ważne jest to, że tamtejsze tłumy nie są przyciągane tablicami pamiątkowymi, lecz handlem, gastronomią, animacją i rozrywką. Dzięki temu jest tłum. Dzięki temu jest dozór. Dzięki temu jest dobra przestrzeń publiczna.

Po trzecie koniecznym zabiegiem jest uwolnienie tutejszego handlu DO PRZESTRZENI ARKAD - każdy z handlowców powinien dbać o swój pas, aż do wewnętrznego lica filarów. To typowa praktyka i procedura w wielu włoskich miastach. Pamiętajmy, że przestrzeń publiczna nie ogranicza się do tego, co na zewnątrz, ale też "wchodzi" we wnętrza: półprywatne lub pół-publiczne. Wnętrze sklepu lub kawiarni to naturalna kontynuacja pasażu na wolnym powietrzu. Tak właśnie powinniśmy rozumieć przestrzeń publiczną - razem z jej granicami, tj. przyległymi lokalami handlowymi, gastronomicznymi lub usługowymi. Wzdłuż Arkad mamy kilka sklepów - ani jednej kawiarni z prawdziwego zdarzenia, a to właśnie ta funkcja generuje klientów, którzy nie pędzą tranzytem przez pasaż, ale zatrzymują się i nadzorują przestrzeń - chcąc nie chcąc. Po każdej stronie pod Arkadami powinny być min. dwie kawiarnie, restauracje, bary, fast-foody, cokolwiek z gastronomii ze stolikami pod arkadami. Stoliki będą tutaj pełnić funkcję dziennych kamer darmowego monitoringu. Pas ruchu jest na tyle szeroki, że świetnie by się tutaj zmieściły.

Zatem nie tylko sklepy powinny zajmować arkady wyposażeniem, ale również sklepy powinny ustawiać stendy z rozmaitym asortymentem - wszystko po to, aby ZATRZYMAĆ klienta. Jeśli obok stoją stoliki, to klient może usiąść i siłą rzeczy popatrzy na asortyment - mamy 2 w 1. To są typowe mikro-strategie stosowane w placemakingu. Lodziarnia? Świetnie! Nic tak nie animuje przestrzeni publicznej, jak ludzie liżący lody i gapiący się na przechodniów. Trzeba im jednak postawić stoliki i krzesła. Mamy tu niezłe sklepy z odzieżą i wręcz oldskulowy sklep ze szkłem (chyba jeszcze jest?) - oni nie muszą wystawiać swoich produktów na wieszakach, ale mogą zrobić dowolną animacyjną reklamę swoich lokali - pomysłów będzie w bród, jeśli zabraknie, na pewno pomożemy. Mamy tu też świetną księgarnię, która mogłaby wystawiać woluminy wzorem bolońskich libreria - i nie chodzi o to, aby stendy z książkami kosztowały krocie, to mogą być zwykłe drewniane lub metalowe regały, ważniejsze, że będą generować PRZYSTANKI klientów.

Po czwarte w ww. rozwiązaniach potrzebna będzie wyrozumiałość finansowa spółdzielni lub/i Gminy - za zajęcie pasa arkad przedsiębiorcy nie powinni dopłacać, bo się na to nie zdecydują. Brak opłaty lub jej mała kwota zachęci ich do "wyjścia na ulicę" - pamiętajmy, że w Polsce wciąż uczymy się dopiero funkcjonować z handlem w przestrzeni publicznej. I nie tylko z handlem...

Po piąte potrzebna jest tu animacja okazjonalna, wydarzenia cykliczne, czyli lokalne sensacje przyciągające klientów, przechodniów, obserwatorów, media... Wzorem innych europejskich miast zalecilibyśmy tutaj targowiska kolekcjonerskie. To jest pasja/hobby odchodzące w niszę, jednocześnie zapewniające ciągłość dorobku kulturowego w małej skali. Kolekcjonerzy nie powinni cisnąć się tylko w swych mikrolokalikach. Są atrakcją turystyczną i społeczną równie wielką, jak buskerbus, bajkobus lub codzienny mim. Są nawet większą atrakcją, niż "aleja gwiazd". Gdybyśmy tu co tydzień mieli targowisko kolekcjonerskie, byłby dozór i placemaking. Ten prosty sposób stosują inne miasta w Europie i USA.

Po szóste wskazane jest włączenie przechodniów - nie-klientów - w użytkowanie pasażu=arkad. Robi się to stosunkowo tanio stawiając do-społeczne ławki. Warto rozważyć aleję gwiazd w formie ławek pomnikowych (ewentualnie odwrotnie - pomników ławkowych). Kilkanaście ławek z kilkunastoma sławnymi Wrocławianami - to mielibyśmy 2 w 1: i animację, i edukację, i ławki. To wygeneruje ryzyko zajmowania ławek przez bezdomnych, ale bezdomność nie może stanowić argumentu przeciwko animacji społeczno-przestrzennej. Bezdomnymi musi się zająć Straż Miejska. Dzięki ławkom zapewnione też będzie "bywanie pozytywne" niezależnie od godzin otwarcia lokali. Oczywiście to generuje ryzyko libacji, ale może też zapewnić dozór po godzinach zamknięcia lokali, a przede wszystkim daje możliwość korzystania z przestrzeni publicznej bez konieczności wydatków. Libacje to zadanie do rozwiązania dla Straży Miejskiej i Policji - typowe narzędzia to monitoring i patrole piesze. Potencjalne libacje nie mają prawa eliminować szans przyzwoitego użytkowania przestrzeni publicznej przez ogół przechodniów - mniejszość w tym wypadku nie może decydować o życiu większości - tak w przypadku arkad, jak i typowych chodników, skwerów, placów lub parków. Niestety często dzieje się, że kilku pijaczków stanowi dla służb porządkowych i urzędników argument wystarczający likwidacji publicznych ławek.

Po siódme Arkady KDM trzeba analizować w kontekście szerszym, tj. całej Świdnickiej i jej skrzyżowań. Skuteczna aktywizacja Arkad sprowokuje działania na rzecz wzrostu statusu Placu Kościuszki, który nie jest placem, a tylko węzłem komunikacyjnym, czego dowodzi to, że nie ma tu bodaj jednej ławki. Ktoś nas, przechodniów zachęca do tego, by tutaj tylko przemknąć... Liczba ławek między Piłsudskiego a Kazimierza Wielkiego jest żałośnie niewielka - współczujmy nie tylko seniorom... Dawną sugestię urządzenia na Pl.Kościuszki fontanny z urzędu skomentowano ryzykiem kąpieli wrocławskiej mniejszości etnicznej, de facto też facto często Polaków.

Całość tych działań powinna być spięta/zwieńczona systemem lojalnościowym, splotowym - rabatami łączonymi pomiędzy tutejszymi lokalami - to rzadkość w Polsce, ale to dobry kierunek, sprawdzony za granicą. Zachęci to klientów do bardziej intensywnych zakupów i bywania tutaj dłużej niż 5 minut, w biegu. Te wszystkie działania doprowadzą do tego, że Arkady KDM staną się MIEJSCEM - strefą docelową, a nie tranzytową, i tylko wtedy wzrośnie ich kondycja, prestiż i estetyka. Każda arkada powinna być nie tylko pasażem tranzytu, lecz handlowo-rekreacyjnym PASAŻEM PRZYSTANKÓW z pasem ruchu - trzeba odwrócić priorytety. Podobnie jak każdy inny pasaż handlowy, nie ważne czy zewnętrzny, czy wewnętrzny.

Reasumując:
1 - remont / odczyszczenie, bez nowych ozdób, ta architektura broni się sama,
2 - weryfikacja granic - przyległych do Arkad lokali pod względem asortymentu (nowi z gastronomią - mile widziani!),
3 - wyjście przedsiębiorców w przestrzeń obu arkad - przestrzeń lokali połączona organicznie (handlowo i użytkowo) z przestrzenią pasażu=arkad,
4 - wyrozumiałość finansowa zarządców terenu - promocyjne czynsze za pas zewnętrzny lub czasowe z nich zwolnienie,
5 - targowiska kolekcjonerskie i inne wydarzenia okazjonalne i koniecznie regularne,
6 - umiejscowienie kilkunastu ławek (min.3-osobowych siedzisk do-społecznych) ogólnie dostępnych,
7 - analiza przestrzenno-użytkowa Arkad w kontekście całej ul.Świdnickiej, szczególnie Pl.Kościuszki i jej skrzyżowania z ul.Piłsudskiego,
8 - system lojalnościowy / splotowy / partnerski pomiędzy lokalami.

Tutaj obejrzycie zdjęcia spod Arkad KDM:)

Jest tam też kilkanaście zdjęć z inspiracjami...
kliknij na pokaz slajdów, by powiększyć


Comments