ruch pieszy na Rynku we Wrocławiu - krótka historia RYNKOWEJ IMPLOZJI czyli FRONTOWE OFICYNY

opublikowane: 23 mar 2015, 08:36 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 23 mar 2015, 12:10 ]
Wrocławski Rynek z perspektywy lat... to taka nasza specyficzna RYNKOWA IMPLOZJA - żeby się nie denerwować, trzeba to zrozumieć, ale czy da oswoić... Zabudowa Rynku rozrasta się dośrodkowo, chodnik przesuwa się też ku środkowi, kurczy się płyta główna. 20 lat temu nie mieliśmy tu Strefy Zamieszkania, był chodnik wokół i jezdnie pośrodku. Potem dali nam łaskawie cały plac, ale teraz stopniowo zabierają i tworzy się strefa zaogródkowania, a nie zamieszkania. Publiczna strefa piesza się kurczy. Urzędnicy korzystają z tego, że mają dużą płytę główną, ale to tylko pozory. W Krakowie jest o wiele większa, bo blok śródrynkowy jest mniejszy, a mimo to chodniki mają odkryte, a ogródki stoją na jezdni. Tam zależy widocznie na odkryciu pierzei w sezonie turystycznym, u nas nie. Ale tam funkcjonuje pewna komisja, która wypowiada się nt. przestrzeni publicznej, czyli to, co postuluje od dawna.

To ciekawy czas, gdy tracimy pierwotny chodnik. Ktoś uznał, że odda go pod stoły i krzesła. Wg niektórych słusznie, ale dlaczego czynsz taki niski i dlaczego nie na stałe, tylko motają ciągle ludziom w głowach, że to niby ciągle chodnik? Pierzejom rosną na wiosnę dobudówki, budki, kubatury, ścianki, daszki i podesty - swoiste parterowe BRZUCHY zwane wciąż ogródkami gastronomicznymi, mimo że dawno przestały być ogródkami z parasolami, markizami i lekkimi płotkami. Konserwatorka miejska mówi, że specyfiką Wrocławia były markizy, ale czy budki z przodu również? Estetka miejska mówi, że ogródki na jezdni będą źle wyglądać, ale czy budki wyglądają dobrze? Oryginalny chodnik zanika, a staje się nim jezdnia, którą nazywają szpilkostradą...

W sumie, dla architekta, urbanisty, placemakera, antropologa... - to bardzo ciekawe zjawisko przestrzenno-społeczno-gospodarcze, jak zmienia się przestrzeń tego placu, jak się zacieśnia. Muszę o tym książkę napisać. Druk zwarty, książkę, album, film, spektakl, kabaret, teledysk! a może konkurs, grę planszową lub komputerową, aplikację na komórki i tablety... serię klocków! Wow, gra planszowa byłaby super. Zbijemy fortunę na tym story. Ale dla wszystkich inwestycyjnie i decyzyjnie zaangażowanych w tę w historię cena będzie 3-krotnie wyższa. Koncept już mam w prezencie od urzędników, radnych i projektantów. Dziękuję.

-------------

Na powstającą właśnie we Wrocławiu szpilkostradę, którą od dawna krytykujemy, spada ogrom zarzutów. Nie ma się co dziwić, że temat ruchu pieszego na wrocławskim Rynku stał się synonimem WIELKIEGO BAŁAGANU, skoro w naszym mieście nikt w urzędzie ani w radzie miejskiej fachowo się tym nie zajmuje. Ruch pieszy i zarządzanie przestrzenią publiczną są tak złożonymi tematami, że wymagają zespołowego zarządzania, a nie jednoosobowego, bo dotykają także zieleni miejskiej, małej i otwartej gastronomii, handlu okrężnego, estetyki, konserwacji zabytków, a wreszcie psychologii społecznej i zaufania społecznego, jak również edukacji kulturowej i przestrzennej.Co zaś mamy we Wrocławiu? Kolejnego Koordynatora, który nie ma szans na ogarnięcie całości. Jest nadzieja, że może urzędnicy pójdą za naszą radą i z tych dwóch już koordynatorów oraz innych dyrektorów, kierowników lub specjalistów utworzą ZESPÓŁ DS. ROZWOJU PROSPOŁECZNEJ PRZESTRZENI PUBLICZNEJ. Członkiem tego zespołu powinni być koordynatorzy z UM, ale także pozaurzędowi, niezależni konsultanci opłacani z budżetu Gminy.

Warto wspomnieć, że kilka razy pisząc do RM i UM postulowałam powstanie w obu jednostkach grupy konsultantów pracujących nad projektem prospołecznej przestrzeni publicznej. "Komisje" takie powinny mieć zupełnie odmienne składy i być obowiązkowe w obu podmiotach. Rada powinna kontrolować Urząd, a nie jemu schlebiać. Wielu urzędników i radnych po cichu się ze mną zgodziło, ale oficjalnie odpisywali decydenci (mam długą historię tej fascynującej korespondencji): zamykali zawsze temat argumentując, że przecież jest koordynator ds. projektu estetycznego wystroju miasta, która się tym zajmuje i kwita. Nie chciało mi się dyskutować dalej z nimi, skoro nie rozumieją w czym rzecz. Czekam na przychylny czas.

Ww. koordynatorka natomiast, tj. pani Beata Urbanowicz, również przyznała mi rację i jest na to notatka służbowa (do przeczytania tutaj). O ile wiem, nie zrobiła nic publicznie w kierunku, by powstała "komisja" lub (lepiej) ZESPÓŁ. Czekałam 2 lata, więc podczas grudniowego (2014) spotkania z prez.Dutkiewiczem postulowałam więc wraz z Tomkiem Sysło założenie w UM (Wydział Transportu) SEKCJI ds. ROZWOJU RUCHU PIESZEGO, analogicznie do sekcji rowerowej, której tylko częścią osobową jest Oficer Rowerowy. Powołano jednak Oficera Pieszego, czyli kolejnego jednoosobowego Koordynatora ds... - ale NIE SEKCJĘ. Wciąż będziemy mieć skutki tej błędnej decyzji, czyli 1) obciążenie i koncentracja odpowiedzialności jednocześnie bez odpowiedzialności, 2) nadmiar tematów i problemów na głowie 1 osoby Oficera Pieszego, 3) chromą jego rolę. Dlatego rezultatem bardzo dla nas twardym będzie nadal miasto zarządzane fatalnie w kontekście ruchu pieszego i do-społecznej (E.Hall+T.Hołówka) lub pro-społecznej przestrzeni publicznej. Przygotujmy się na najgorsze, chyba że urzędnicy zmienią strategię i zaczną z nami rozmawiać SŁUCHAJĄC, a nie tylko słysząc.

We Wrocławiu prospołecznymi aspektami otwartej przestrzeni publicznej zajmują się więc osoby rzekomo tylko specjalizujące się właśnie w tym - w praktyce działające PRZECIWKO dobru osób pieszych. Dlaczego przeciwko? Ano dlatego, że interes konserwatorów zabytków zawsze idzie w sprzeczności ze zmianami społecznymi, pojawianiem się nowych typów OSOBY PIESZEJ, oni wszak pilnują, by miasto było estetycznie i naukowo ARCHAICZNE, a nie NOWOCZESNE, a miasto archaiczne jest z założenia wrogie współczesnym pieszym, chyba że... MĄDRZE SIĘ NIM ZARZĄDZA mając interesy PIESZYCH (a nie cegieł) na pierwszorzędnym względzie. We Wrocławiu, a także wielu innych polskich miastach o genezie średniowiecznej, rządzi więc głównie miejski konserwator zabytków. Dodatkowo też rządzi ww. koordynator, czyli tzw. "miejska estetka" albo "plastyczka". Pamiętajmy, że urzędnicy są często z jednej "puli" - środowiska, roku akademickiego, zatem znają się, czasem nawet piją ze sobą wino lub kawę, jedzą obiady, odwiedzają się itd., więc nikt tu nikomu nie będzie krytykował działania ani podważał decyzji.

Pierwsza wrocławska władczyni (konserwator) walczy więc o dobro zabytków, i chwała Jej za to, ale to
RUCH PIESZY powinien być jednak priorytetem, bo zabytki oglądają PIESI, w tym SENIORZY, którzy nie lubią niedogodnych chodników, ale za to płacą podatki i biorą udział w wyborach. Druga wrocławska władczyni (estetka) walczy o dobro estetyki, i chwała Jej za to, ale to RUCH PIESZY powinien być jednak priorytetem, bo to PIESI oglądają z bliska efekty tego tajemniczego "projektu estetycznego wystroju miasta (ktoś go w ogóle widział/czytał???), a nie tylko jurorzy konkursów, ponadto to PIESI chodząc lub siadając blisko rzeźb i płyt pamiątkowych chcąc nie chcąc chronią je przed wandalizmem - PIESI to DARMOWY DOZÓR SPOŁECZNY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ. Mamy jeszcze nowego koordynatora ds. rozwoju ruchu pieszego, ale na razie się tylko rozkręca, lecz podejrzewam, że uwagę skupi na zebrach, a nie ludziach.

Nadal nikt więc nie walczy o dobro pieszych, nie chroni naszych interesów społecznych. W Departamencie Spraw Społecznych UM też nie ma takich osób - dla nich relacje ludzi między budynkami to sprawa dla architektów, którzy ani tego nie bardzo rozumieją, ani nie są często użytkownikami pp, wbrew pozorom. Wielka szkoda, że urzędowi społecznikowcy nie umieją zrozumieć, że wzrost zaufania społecznego i rozwój depresji u seniorów i bezrobotnych może być łagodzony odpowiednią aranżacją przestrzeni publicznej, np. chodników i ŁAWEK. Wrocławscy urzędnicy i radni sądzą, że jeśli temat dotyczy czegoś twardego (czyt. budynków, ławek, chodników), to trzeba go skierować do tych od twardych spraw", czyli architektów - najpierw do komisji architektury, która nie umie zabrać głosu i kieruje do urzędu miejskiego - i tak
tak lądują one z Rady Miejskiej w Urzędzie Miejskim, tj. u pani Beaty Urbanowicz ("estetki miejskiej"). Ta natomiast nie ma w tych sprawach (i nie może!) kompetencji, bo jej stanowisko na to nie pozwala, nie zajmuje się zawodowo tym tematem, a tylko estetyzacją, jak podkreśla sama Ona, radni i urzędnicy. Nie popiera do-społecznych ustawień ławek, bo jej samej nie jest miło patrzeć się w oczy obcym. Mimo to decyduje o tym, jak mamy korzystać z chodników i ławek, ma na to bezpośredni wpływ.

Zarzucam więc powyższym stanowiskom negatywne oddziaływanie na prospołeczne aspekty przestrzeni publicznej, mówiąc wprost, na upośledzanie pieszego ruchu w mieście - nie tylko poprzez bariery architektoniczne, ale też poprzez antyspołeczne aranżacje przestrzeni publicznej, które nie sprzyjają relacjom ludzkim.
U nas wciąż architektura to tylko budyneczki - do wyburzenia lub do odmalowania. Najlepiej bez ludzi, bo ci przecież wszystko psują i utrudniają. Ta niechęć do ludzi jest znamienna i klarowna w działaniach wielu polskich i wrocławskich urzędników i radnych, a widać ją także niestety w działaniach architektów, choćby na większości ich zdjęć promujących ich nagradzane rewitalizacje i przebudowy - Wrocław też się tym chwali, np. pokazując kompletnie wymarły Plac Uniwersytecki. U nas radość z inwestycji budowlanych jest tak wielka, że wciąż, ale to wciąż cieszą się niektórzy z wybrukowanych, pustych placów i lśniących ścian i okien, zamiast zrobić wszystko, by zaczęli na nich bywać ludzie, żywi ludzie, nie fantomy z wizualizacji, ale żywi, zadowoleni ze swego miasta mieszkańcy. Takich widoków na co dzień nie znajdziecie - kwitnie jednak fala festiwalowa, tzw. (przeze mnie) EVENTOZA, bo urzędnicy, radni, projektanci drogowi i architekci nie potrafią zarządzać przestrzenią publiczną i projektować nią tak, by wypełniła się pozytywnymi relacjami - a tylko taka architektura i przestrzeń publiczna może być przeze mnie uznana za dobrą. Nie ta <ładna> czy <wybitna>, ale ta, która generuje POZYTYWNE RELACJE i OBECNOŚĆ LUDZI, przede wszystkim stałych mieszkańców.

Nawet festiwal Food Trucków (Ulicożercy itp.) odbywa się w PÓŁPRYWATNEJ przestrzeni publicznej, a nie tej otwartej, na placach, deptakach. Dlaczego? Bo przepisy zajmowania pasa drogowego są WROGIE PIESZYM. Mam już dość pisania o tych fatalnych przepisach, które z upodobaniem forsuje ZZK, ZZM i ZDiUM, a także wszelcy koordynatorzy. One zakładają, że podmiot lub osoba, które chce animować przestrzeń publiczną miasta musi przejść KILKANAŚCIE uzgodnień i zdobyć KILKANAŚCIE zezwoleń, a to wszystko na 3 miesiące PRZED ANIMACJĄ. Przecież to jest chore... Ale to właśnie odzwierciedla wielki brak zaufania do mieszkańców, wielki strach o domniemaną estetykę, strach o to, że gdy przecież gdy mieszkaniec postawi zbity z palet stół na chodniku, to na pewno kogoś tym zabije i przede wszystkim ZASZKODZI ESTETYCE MIASTA, a praktyce zaburzy estetyczne wrażenia JEDNEJ OSOBY - estetyczki miejskiej, ewentualnie także innych podobnie myślących urzędników. Nawet dyrektorzy wielu samorządowych instytucji kultury i organizacji pozarządowych (także tych ze statusem OPP!) zlokalizowanych w parterach przy uczęszczanych chodnikach zaklejają szyby plakatami i zasłaniają żaluzjami, a o pozwolenie zrobienia czegokolwiek na chodniku muszą prosić z wielkim wyprzedzeniem, są traktowani jak każdy inny podmiot, choćby komercyjny, domniemywa się że na pewno postawią coś szkaradnego, więc trzeba ich zweryfikować zanim wyda się zezwolenie. W efekcie te instytucje i organizacje nie robią nic - chodniki mamy puste, a jeśli coś się pojawia, to legalnie-okazjonalnie (eventoza i zezwolenie sprzed 3 mies.) albo nielegalnie, do czasu, gdy misji nie poczuje Straż Miejska, wyręczając urzędników. Koszmarne, koszmarne, koszmarne zarządzanie miastem. I dziwicie się drodzy Państwo, że jest martwe, że ulica umiera po ulicy???

Na czele decyzji o tym, jak mamy chodzić i siadać stoją więc u nas <specjaliści> od przestrzeni publicznej. Beata Urbanowicz jest bodaj pierwszym wrogiem odsunięcia ogródków od pierzei - wg niej z przyczyn estetycznych "będzie to głupio wyglądać". Konserwatorka miejska powołuje się na historię i podtrzymuje DOBUDÓWKI do wszystkich pierzei wrocławskiego rynku. To są specyficzne FRONTOWE OFICYNY - takie mamy chyba tylko my we Wrocławiu. To już dawno przestały być  OGRÓDKI GASTRONOMICZNE z parasolami lub markizami i w ostateczności lekkimi płotkami. To są po prostu zwarte kubatury, dobudowane BUDY. Skoro mamy rozbudowę oficynową Rynku DOŚRODKOWO, to oczywiste jest, że musi się przesunąć chodnik - chodnikiem staje się obecnie jezdnia, bo pierwotne chodniki ZAANEKTOWALI urzędnicy dla użytkowania przez restauracje. Wcale się restauracjom nie dziwię, skoro im ktoś na to pozwala. Wygładzenie jezdni nazywane jest szpilkostradą. Skoro więc tędy mamy chodzić my, piesi, to kędy będą jeździć auta i rowery? Drodzy Państwo, może zatem zbudujecie także na Rynku drogę rowerową i wyznaczycie dojazdy dostawcze? Ach, zapomniałam, przecież mamy tutaj STREFĘ ZAMIESZKANIA! Oznacza to priorytet ruchu pieszego. To bardzo ciekawe rozwiązanie - IMPLOZJA PIESZA...

Urzędnicy i radni chcą się zatem przekonać na własne oczy, ale KOSZTEM naszych pieniędzy, stóp i kółek, że ich pomysł z przebudową jezdni na rynku (tak, to wciąż jezdnia) był i jest bardzo zły. Najciekawsze jest to, że sami mało chodzą po mieście i sporadycznie w nim siadają na ławkach - nie wiem, dlaczego, może 1) nie mają czasu, bo po pracy do domu, 2) boją się być rozpoznanymi, by im ktoś nie zarzucił nieróbstwa, 2) boją się być napastowanymi, 4) nie interesuje ich to wcale. Podobny problem mamy z pracą architektów - ci projektują przestrzeń, w której potem nie bywają - 1) nie mają czasu, 2) nie mają potrzeby, w końcu zlecenie zrobione, kasa wypłacona, więc po co sprawdzać efekty. Przed Biurem Impart na Świdnickiej (od str. Kazimierza Wielkiego) architekci zrobili tak absurdalne stopnie, że co rusz ktoś się będzie na nich wywracał - stopniowo gubione schody, żeby było ładniej? Tak, na wizualizacjach konkursowych dobrze to wygląda, jest do tego taki specjalny trik w oprogramowaniu. A że potem jeden czy drugi zwichnie lub złamie nogę... Nie ważne, panie i panowie, nieważne!

Regularne chodzenie po mieście powinno być wpisane w obowiązki radnych, urzędników i projektantów - WIZJE LOKALNE nie są obowiązkiem nikogo, ani tych, co projektują chodniki lub place zabaw, ani tych, co je zatwierdzają i finansują z naszej kieszeni. Ci wszyscy powinni pisać o swych spacerach i obserwacjach publicznie dostępne RAPORTY, byśmy widzieli, czy są czujni i czy rozumieją przestrzeń, również ich obowiązkiem powinno być jeżdżenie wózkiem inwalidzkim, pchanie wózków z dziećmi lub osobami z dyscunkcjami narządów ruchu, ciągnięcie walizek na kółkach, jeżdżenie na rolkach i deskorolkach, hulajnogach itd - to wszystko są PIESI. Może wtedy, doświadczywszy tych praktyk PIESZYCH, zrozumieliby, o czym mówi ta część społeczeństwa, która funduje im etaty. Skoro oni wszyscy nie ufają nam i regulują nam życie nakazami i zakazami, to my, odbiorcy, mamy to samo prawo braku zaufania, więc żądać powinniśmy raportów, wyjaśnień, sprawdzianów. Kto ich nie zda, noga dupa brama, jak mawiał mój dawny szef w pewnym wrocławskim biurze architektonicznym.