funspace‎ > ‎

Sport - miejsko czy osiedlowo?

opublikowane: 13 lis 2011, 01:55 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 13 lis 2011, 12:10 ]
Antwerpia, Beligia, fot. Anna Rumińska

Czy sport musi być wciąż aktywnością oddzielaną od codziennego życia osiedlowego? Czy sport powinien stanowić przede wszystkim przedmiot krajowych lub miejskich igrzysk lub wielkich, publicznych i przeraźliwie medialnych festiwali? Nie. Nie powinien. Euro 2012, Kliczko&Adamek, mecze ligowe (czy jak im tam), ciągle sport wielkiej skali - profile miejskie na portalach społecznościowych non-stop piszą albo o wysokim sporcie, albo o wysokiej kulturze, albo o wysokiej estetyce przyrody. Te wszystkie trzy formuły są cudowne, bo zawsze komuś służą (choć osobiście potępiam podział na wysoką i niską kulturę), jednak nie mogą być jedynymi.

Sport, jak i handel i muzyka, wymaga rozbudowanej hierarchii. O ile handel służy przede wszystkim dorosłym, o tyle sport - przede wszystkim dzieciom, ale także i dorosłym. Bułki i mleko (coraz częściej jest to chleb i mleko, bo taniej) lub ziemniaki i marchew powinniśmy MÓC (tak, ja CHCĘ mieć taki wybór) kupić albo u babinki na ulicy, albo w lokalnym, osiedlowym sklepiku, albo w nieco większym supermarkecie, ale w jeszcze większym hipermarkecie, albo w hali targowej, albo na targowisku, albo zamówić ze sklepu lub po prostu przez Internet, bez kontaktu z choćby jedną żywą istotą ludzką. Chcemy i możemy mieć ten wybór. W końcu to XXI wiek, no nie?

Muzyka wymaga tego samego, ale z tą sferą kultury nie jest najgorzej, bowiem muzyka towarzyszy nam praktycznie wszędzie. Nawet cisza samotności bywa przerywana muzyką z aparatu telefonicznego. Nawet czekanie, czynność do niedawna liminalna, przejściowa, ma obecnie akompaniament muzyczny - czekając na połączenie coraz częściej słuchamy muzyki, której wcale sami nie wybraliśmy.

Ze sportem musi być i jest podobnie (jest tylko w naszych marzeniach). W nogę chcą grać już małe dzieci, w tenisa również, w siatkówkę, ping-ponga, kosza itd. Zatem dostęp do miejsc, w których można TO robić powinien być szeroki i zróżnicowany: od ściany własnego domu, poprzez ścianę na szkolnym boisku (ogólnie dostępnym, bo to teren gminy!), poprzez wariantowe urządzenia na placach zabaw (ciągle takowych brak), aż po profesjonalne budowle i sprzęty na Orlikach, innych boiskach lub w halach sportowych - wynajmowanych wszak odpłatnie, co jest jedną z głównych barier rozwoju sportu i higieny ruchowej.

Warto (trzeba...?) koniecznie i pilnie wrócić do dawnych zwyczajów, kiedy dzieciaki mogły łupać w tenisa i w nogę nie tylko na kortach tenisowych lub Orlikach (ogrodzonych, higienicznych, chronionych, nadzorowanych, wynajmowanych odpłatnie), ale na ściance przy boisku (niestety takich wolnych ścianek tenisowych już się nie buduje, ale wszyscy narzekają, dlaczego mamy takie słabe osiągnięcia w tenisie ziemnym...) lub na poletku, boisku (najlepiej trawiastym, bo to wielki FUN grać w nogę na trawie!) między swoimi domami i uliczkami osiedlowymi. Na Zalesiu we Wrocławiu jest miejsce zwane przez nas, tubylców, Dołkiem. Nikt o nim nie pisze, chyba że na czacie, gdzie miejscowe, zaleskie dzieciaki umawiają się na spotkanie - nie wiem, czy piszą go z wielkiej, czy z małej litery, nie wiem, czy w ogóle używają w pisanym tekście tej nazwy - dobrze byłoby to zbadać, ale to utopia, jak badanie sposobów zamieszkania, o czym marzy niejeden socjolog i antropolog (wspomniano o tym w "Co znaczy mieszkać. Szkice antropologiczne", Warszawa 2007). Nie ma sposobu, by badawczo wejść w osobisty świat człowieka, w tym wypadku - w bardzo osobistą korespondencję młodzieży.

Wbrew pozorom Zalesie, na rynku nieruchomości jedno z najdroższych terytoriów, nie jest wcale zintegrowane, jednak można tu wybadać (=zauważyć i przeanalizować:) wiele subtelności życia codziennego świadczących o ukrytych potrzebach i nieujawnianych na szerszą skalę więziach społecznych. Radni osiedlowi tu nie zachodzą, więc nie widzą tych drobnych sygnałów - Zalesie słynie z bycia sypialnią. Oprócz dwóch lokali gastronomicznych, apteki przy przychodni i dwóch małych sklepików spożywczych, nie ma tu ani kultury, ani integracji, ani rozrywki, ani zróżnicowanego handlu, ale jest... sport. W minimalnym zakresie, ale jest. W dodatku dzięki wspomnianemu Dołkowi, a raczej dzięki pomysłowi urbanistycznemu sprzed wielu lat. W Dołku spotykają się tylko nieliczni - są to głównie dzieci i młodzież, czasami dorośli piłkarze-amatorzy, czasami rodzice z dziećmi. Stoi tu stół pingpongowy, na którym w lecie często się gra w pingla (chyba niewielu już tak mówi). Jeszcze nikt go nie zdewastował, to ciekawe, prawda? Obok stołu stoi ławka, na której gromadzą się czasem ci, którzy wcale nie chcą grać - chcą po prostu porozmawiać. Zatem "urządzenie sportowe", jak zwą je niektórzy, stanowi katalizator kontaktów i w tym sensie pełni arcyważną rolę w życiu osiedla - równie ważną jak ŁAWKA. Podobnie funkcjonuje inny stół pingpongowy zlokalizowany na boisku zaleskiej szkoły podstawowej. Ten stół to zaleski, lokalny klub - czasem pub, czasem klub, czasem kawiarnia, nie do końca wiadomo, co się tam robi (osobiście tam nie bywam, jedynie regularnie obserwuję:), ale ważne, że się robi. Jest to niewątpliwie ważne miejsce spotkań. Wobec całkowitego braku sensownej oferty gastronomiczno-rozrywkowej na sypialnianym, willowym Zalesiu (nuda, panie, nuda!), stoły pingpongowe, na których można postawić to i owo oraz czasem usiąść, gdy ławki okażą się zbyt daleko, okazuje się podstawowym katalizatorem kultury. Nie będę teraz wnikać w fakt, że ta kultura niejednemu się po prostu nie podoba - to nie jest istotne, bowiem najważniejsze jest, że młodzież znajduje sobie ustronne miejsca spotkań w kręgu własnej grupy rówieśniczej lub pasjonackiej, oraz że nikt - mówiąc kolokwialnie - ich stamtąd nie goni. Lepiej że robią właśnie to, niż gdyby wałęsali się po okolicy lub nad pobliską Odrą.

Proksemika jest tutaj szczególnie interesującym i ważnym aspektem. Lokalizacja stołów oraz towarzyszących im często ławek bywa rozmaita. Obserwacja tych miejsc na wielu wrocławskich podwórzach przynosi ciekawe rezultaty. W przypadku Zalesia ławki stoją albo zbyt daleko i niezależnie od stołu - jak na boisku, gdzie stoją w zasadzie wzdłuż ścieżki obok stołu - albo jest ich zbyt mało i stoją wyłącznie liniowo - jak w przypadku Dołka. Lokalizując te ławki nikt bowiem nie zastanawiał się nad faktem, że stół PP funkcjonuje nie tylko jako "urządzenie sportowe", ale również - właśnie przede wszystkim na co dzień - jako miejsce spotkań. Ławki służą więc tutaj nie do gromadzenia publiczności wokół stołów, lecz do usadzania przechodniów (szkoła). W Dołku - owszem, przeznaczone są dla publiczności, ale jako że jest to nieformalne miejsce spotkań, jest ich po prostu za mało. Natomiast przy szkolnym stole nie ma ławek dla publiczności. Stoły PP stawia się na boiskach szkolnych nie z myślą o miejscu spotkań, lecz o grze, mini-turnieju - mini, bo realizowanym głównie na przerwach. Stół PP w szkole traktowany jest jako narzędzie ekspresji ruchowej nadpobudliwych lub trudnych uczniów, zwykle oczywiście chłopców. Bardzo często można zauważyć upominanie uczniów przez nauczycieli, że "nie wolno siadać na stole. Dlaczego? Bo się zniszczy i nie służy do siadania, ale do grania". Ot, częsty błąd i niezrozumienie zachowań ludzkich. Ciekawe, na pedagogicznych studiach tego nie uczą...?

Wspomniany powyżej Dołek to bardzo ciekawy i rzadko stosowany w nowych osiedlach przykład rozwiązania urbanistycznego. Wytyczony na początku XX wieku stanowi piękny, interesujący i świetnie funkcjonujący wrocławski crescent [czyt.kreszent], który jest jednym ze sposobów wprowadzania terenów zieleni (lub innych) pomiędzy zabudowę mieszkaniową.
Każde odgięcie linii zabudowy od prostokreślnego rozwiązania (nie chodzi tu tylko o geometryczną prostokreślność, ale też o rozwiązanie najprostsze z możliwych, prostokreślną mentalność) przynosi najczęściej dobre, lub przynajmniej ciekawe rezultaty - nie tylko funkcjonalne lub społeczne, ale także oczywiście kompozycyjne, estetyczne. W bliższej skali - urbanistycznej - podobnym przykładem jest odgięcie linii zabudowy od linii krawędzi jezdni zastosowane np. w budynku GSW Hauptverwaltung autorstwa Sauerbruch Hutton Architekten przy Markgrafenstraße (zdjęcie obok, Berlin, fot. Anna Rumińska). W skali architektonicznej przykładem jest często stosowane w miastach zachodniej Europy załamanie witryny w fasadzie handlowo-usługowych parterów zwartej pierzei, które zwiększa powierzchnię netto witryny przynosząc wymierne korzyści ekonomiczne, ale także społeczne - przy witrynie często montuje się niskie murki, na których ludzie po prostu siadają i rozmawiają (o tym szerzej w zakładce "Citying. Like It!").
Uzyskana w ten sposób dodatkowa powierzchnia na otwartym powietrzu umożliwia lokalizację tzw. ogródka gastronomicznego (zdjęcie obok, Bruksela, fot. Anna Rumińska). W ten sposób stwarza się też miejsce na ewentualną pochylnię zwiększającą dostępność dla wszystkich w myśl uniwersalnego dizajnu (zdjęcie poniżej, Bruggia, fot. Anna Rumińska). Odgięcie prostokreślnej linii jest zatem pożądane zarówno w pionie, jak i w poziomie - lokalne odgięcie krawężnika doda nieco miejsca na kolejną ławkę, która nie zmieści się, jeśli linia krawężnik będzie projektowany sztywno i bez refleksji nad tymi subtelnymi możliwościami i potrzebami. Stosowane dawniej podobne rozwiązania tworzyły na skrzyżowaniach ulic niewielkie skwery, na których gromadzą się do dziś mieszkańcy lub lokalni sprzedawcy.



Crescent jest o tyle dobrym społecznie rozwiązaniem, że nieznacznie zmniejszając powierzchnię poszczególnych działek, zwiększa powierzchnię terenów publicznych nie służących transportowi kołowemu. Tym samym daje możliwość urządzenia zieleńca, placu zabaw lub boiska w samym środku osiedla, bez konieczności wydzielania obszernych terenów pod budowę Orlika, kompleksu sportowego lub szkoły z kilkoma boiskami. Czasem nawet minimalne ścięcie narożnych działek przynosi rozwiązanie w postaci dodatkowej przestrzeni zieleni, sportu, rekreacji lub po prostu spotkań. Narożniki, skrzyżowania, są to bowiem Miejsca (w sensie antropologicznym, dlatego z wielkiej litery), w których ludzie lubią się spotykać, by obserwować wszystkie możliwe kierunki i strefy. W takich miejscach czasami grywa się w szachy, warcaby lub karty - w zależności od miasta, kraju czy kręgu kulturowego. Wszystko dlatego, że narożnik od zawsze był miejscem granicznym - w języku antropologii nazywanym mediacyjnym, tzn. miejscem, w którym zachodzą pewnego rodzaju przemiany, mikrotransgresje - narożnik, podobnie jak próg, przywołuje pamięć o rozstajach, na których dla zwiększenia ich magicznego bezpieczeństwa stawiano kapliczki lub inne symbole apotropeiczne (ochronne). W miastach podobną funkcję pełnią obecnie skrzyżowania ulic, a urbanistyczno-architektoniczne rozwiązanie kubatury wyznaczającej przestrzeń tego Miejsca bardzo często determinuje późniejsze funkcjonowanie i znaczenie tego miejsca. To od ukształtowania narożników ulic zależy to, czy skrzyżowanie stanie się Miejscem. We współczesnych miastach narożniki/skrzyżowania pełnią często jedynie funkcję sygnalizacyjno-porządkową lub żebraczą (zdjęcia po lewej, Wrocław, fot. Anna Rumińska).
Współczesność przynosi jednak nowe formuły skrzyżowań - tutaj często lokalizowane są bankomaty, miejsca uznane przez Marca Auge'go za nie-miejsca, które wszak są wyjątkowymi Miejscami, tyle że nie zakorzenionymi w historii. Gdyby tak wykorzystać fakt, że przy bankomatach gromadzą się czasem spore grupki ludzi, oraz przełożyć ten fakt na stosowną organizację przestrzeni lub aranżację architektury, rezultaty mogłyby być wyjątkowo interesujące... (zdjęcie poniżej po prawej , Wrocław, fot. Anna Rumińska).

Wróćmy jednak do sportu. Crescent zaleski mieści trawiaste i dość słabo utrzymane boisko do piłki nożnej. Mało kto o nie dba, poza okresowym strzyżeniem trawy (robią to oczywiście służby miejskie - dziękujemy!:), Bramki nie mają siatek, murawa jest wytarta korkami i adidasami, ale czy to ważne? W lecie i wiosną regularnie przychodzą tam grupy młodzieży i dorosłych i grają zwyczajne mecze - ot tak, towarzysko, nieoficjalnie, zamiast wegetowania przy komputerze lub telewizorze. Podobnie rzecz się ma z boiskiem do koszykówki, które na Zalesiu zlokalizowane jest na terenie szkoły podstawowej, czyli terenie gminnym - dlatego jest ono ogólnie dostępne, szkoła nie zamyka ogrodzenia. I słusznie. Mimo to, że płot szkolny od wielu lat jest stale dewastowany, szkoła zrealizowała nowe, wielofunkcyjne boisko, które cieszy się ogromnym powodzeniem, nie tylko oczywiście wśród uczniów.

W Dołku koło trawiastego boiska stoi też wspomniany stół PP i dwie kibicowskie ławeczki. Poza tym - pusto. Ogromny potencjał, jakie ma to miejsce, nie jest wykorzystany - brak inicjatyw, działań, pieniędzy, pomysłów, zawsze czegoś brak...:) Crescent ogrodzony jest wspaniałym szpalerem kasztanowców, które jesienią stają się kolejnym katalizatorem społecznych zachowań - dzieciarnia ściąga tu niezmiennie od wielu lat i torturuje drzewa łapiąc spadające kasztany, lśniące, twarde, takie, że chce się je zjeść... Drzewa jakoś dają sobie radę z tymi torturami, jednak męczą je choroby typowe dla kasztanowców, ale to już inny rozdział zaleskiej opowieści. U szczytu Dołka stoi trafostacja, swoją drogą ciekawy przykład powojennego modernizmu w małej skali. Jedno z pomieszczeń przerobiono dawno temu na kiosk, który wielokrotnie zmieniał właściciela. O ile kiedyś, gdy jeszcze nie funkcjonował pobliski sklepik spożywczo-gazetowy (wówczas był to tylko warzywniak "U Pani Zosi", teraz jest to "Sklep u Pani Małgosi"), kiosk ten stanowił na Zalesiu ważne miejsce spotkań i handlu.

Na Zalesiu zlokalizowany jest kompleks sportowy - Stadion Olimpijski wraz z przyległościami, tj. dwoma boiskami lekkoatletycznymi, halami sportowymi "centrum tenisowego" itd. Skupmy się na moment na tenisie ziemnym. Za Komuny w miejscu obecnej hali sportowej (obok boiska bejsbolowego) istniało asfaltowe, ogólnie dostępne boisko do piłki nożnej lub innych gier zespołowych oraz otwarta, o niesprecyzowanej funkcji przestrzeń z nawierzchnią również asfaltową. Teren był ogrodzony, ale furtka była zawsze otwarta, a w płocie od strony ulicy Paderewskiego (wówczas Olimpijskiej) skutecznie i bezproblemowo działała dziura w płocie. Wolna Polska przyniosła rozwój inwestycji i uporządkowanie, więc asfalt i otwarte boiska zniknęły, nie mówiąc o płocie, który teraz nie tylko nie ma dziur, ale w trakcie imprez wzmocniony jest osobami ochroniarzy. Na wspomnianej otwartej przestrzeni istniała też - zamiast ogrodzenia - wysoka, żelbetowa ścianka tenisowa. Regularnie ktoś w nią walił piłką tenisową. To było jedyne bodaj w całym Śródmieściu miejsce, gdzie bezpłatnie i samodzielnie można było grać w tenisa. To się już skończyło, ale może kiedyś wróci i przyczyni się do rozwoju polskiego tenisa ziemnego? Frekwencja dzieci na bezpłatnych imprezach tenisowych pokazuje, że zainteresowanie tenisem ziemnym wśród małolatów jest nadal przeogromne i zapewne nigdy nie zmaleje. Jednak to zainteresowanie, zapewne niejedna pasja, kończą się wraz z nabyciem przez dziecko świadomości, że... ćwiczyć grę w tenisa po prostu nie ma gdzie - albo zapłacisz (rodzice, dziadkowie, wujkowie i ciotki...) i zapiszemy cię do świetnej szkółki tenisowej i zaczniesz treningi na korcie lub w hali, albo żegnaj tenisie, bo bezpłatnego kortu nie ma, a ścianki to zbędna inwestycja. I tak setki dzieciaków z tenisową iskrą w oczach musi porzucić swoje marzenia, kiełkującą pasję... Wielka szkoda. A wystarczyłby kawał żelbetu co jakiś czas...

Na koniec pojedźmy na chwilę do Antwerpii. Zdjęcie obok przedstawia "kompleks" rekreacyjno-sportowy na osiedlu mieszkaniowym. Zwyczajny,  dość prosty, nie przeinwestowany. Kompleks to nazwa popularna w Polsce, zbyt szumna dla tej konkretnej inwestycji, nie oddająca jej pro-społecznej istoty. Obszar ten jest tylko częściowo zabezpieczony wysokimi siatkami, tj. w miejscu boiska i od strony okien sąsiednich budynków. Są tu stojaki rowerowe, ławki, kubły na śmieci, boisko i tyle. Wszystko. Prawie nic, a tak wiele. Ogólnie dostępna przestrzeń, nie strzeżona przez specjalnie zatrudnionego pracownika, bo i po co? Im większy panoptikon, tym większy strach. Ludzie muszą uczyć się kontrolować siebie sami, choćby to miało przynosić okazjonalne problemy.

Podobne boiska lokalizuje się w wielu innych miastach, nie tylko Europy Zachodniej, ale również krajach muzułmańskich. Czasami nie ma nawet boisk, tylko zwykły plac, na którym kilku chłopaków kopie piłkę. Sęk w tym, że dorosłym nie przychodzi do głowy ich stamtąd przeganiać, dopóki wszystkie szyby w oknach są całe... Czasem tylko ktoś wrzaśnie, gdy zbyt mocno odbijają piłkę o ściany domów. Podobna sytuacja zdarza się nagminnie na podwórkach wrocławskiego Śródmieścia - wśród XIX-wiecznych kamienic nie ma ani skrawka miejsca, na którym chłopcy (rzadziej dziewczyny) mogliby pograć w nogę, kosza, siatę lub popykać rakietą. Podwórza zajęte są przez samochody wypierające powoli każdą aktywność ruchową.
W ramach projektu "Kulturka Podwórka" zrobiliśmy badania nt. preferencji i marzeń dzieciaków i dorosłych związanych z ich podwórzami. Na makietach, które własnoręcznie robili, pokazali, co chcą mieć na podwórzu. Niby banalna sprawa, bo wszak każdy to wie, czego trzeba dzieciom i dorosłym - plac zabaw i ławki. Otóż nie, plac zabaw to wymysł XX wieku, strefa stosowna wyłącznie dla dzieci w wieku do ok. 8 lat i ich opiekunów (lub nie). Powyżej ok.8-9 roku życia dzieciakom nie starcza plac zabaw. Chcą uprawiać sport: kopać piłkę, włazić na ściankę wspinaczkową, wisieć, wyginać się, dźwigać, uderzać, trafiać itd. Na zdjęciu obok widać podwórze przy ul. Łokietka we Wrocławiu, na którym kiedyś funkcjonowało boisko, ale obecnie chłopaki grają już tylko na klepisku waląc piłką o ścianę budynku. Co jakiś czas jakiś dorosły usiłuje "wyjaśnić" im, że to niepożądana aktywność. Chłopcy mają niskie oczekiwania - nie marzą o boisku, lecz o "kawałku placu do gry w piłkę". I żeby bramki dwie były. Nożna bez bramek to przecież bezsens. Dopóki więc na śródmiejskich lub blokowiskowych podwórkach nie zdołamy, my - dorośli, zorganizować dzieciakom placów do gry w piłkę, kosza, siatkę lub tenisa, dopóty będziemy borykać się z problemem wałęsających się wyrostków.
Podobnie ze ściankami wspinaczkowymi i tenisem - to są aktywności nie wymagające nawet tak ogromnych nakładów finansowych, jak plac zabaw, którego przeciętny koszt inwestycji nie schodzi poniżej 100 tys. PLN (wraz z uzbrojeniem terenu). Dorośli wynaleźli pewnego rodzaju ersatz - tzw. turnball, czyli piłkę tenisową na smyczy - niby grasz w tenisa, ale z tenisem ma to niewiele wspólnego, jednak nawet dla niektórych dorosłych jest to świetna alternatywa dawnej bezpłatnej i ogólnie dostępnej ścianki tenisowej z żelbetu. Gumowa smycz musi być jednak odpowiednio długa, aby można było faktycznie grać. Dla dzieci z zapyziałych podwórek nawet turnball jest nie lada wyzwaniem, jednak nie rozwiązuje pożądanego nieskrępowanego i nienadzorowanego dostępu do sportu. Turnball trzeba po prostu w pewnym momencie zwinąć i schować, inaczej ktoś go ukradnie. A nie o to chodzi, by wszystko było na "czy mogę" lub "poproszę". Chodzi o to, aby dzieci i młodzież bez przeszkód i bez specjalnego nadzoru mogli korzystać z urządzeń sportowych - boiska lub ścianki. Te "urządzenia" nie wymagają ani uzbrojenia terenu, ani supernowoczesnych materiałów budowlanych. Pewną przeszkodą są wyśrubowane normy, to fakt. Jednak wszystko zależy od tego, w jakim trybie realizuje się takie "urządzenie". Wygląda na to, że nie mamy wyjścia - musimy organizować dzieciakom nie tylko place zabaw za nieomal pół miliona, ale rozsiewać po osiedlach pojedyncze i SKROMNE (=niskobudżetowe) urządzenia sportowo-rekreacyjne, w przeciwnym wypadku naszym dzieciakom grożą krzywice, choroby serca, żylaki, frustracja, depresja, patologie, prostytucja, kradzieże, narkotyki, rozboje, alkoholizm i inne "atrakcje". To nie przesada - na podwórkach, które badamy i animujemy w ramach "Kulturki Podwórka" jest wiele dzieci, które dziećmi przestały już być. Znamy je od kilku lat - jeszcze kilka lat temu były pełne wigoru, szukały okazji do wyszalenia i zabawy. Dziś są już nakierowane na zarobek - jednym lub drugim sposobem, nie będę tu wnikać, jaki. Dzieci i młodzież trzeba po prostu czymś zająć - nie trzeba wymyślać gruszek na wierzbie, wystarczy posłuchać ich i siebie z dzieciństwa. "Odnaleźć w sobie dziecko", jak napisał kiedyś Wojciech Eichelberger.

opracowanie:
Anna Rumińska