krajobraz‎ > ‎

CHWASTY W ŚREDNIOWIECZU czyli co WIE WIEdźma, co wie WIEśniak?

opublikowane: 13 maj 2017, 06:27 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 13 wrz 2018, 04:55 ]
"Chwasty w średniowieczu" to szczególny oksymoron. Jeśli średniowiecze, to nie chwasty. W tamtych czasach trudno było o chwasty, gdyż nie było masowego, intensywnego rolnictwa opartego na syntetycznych, ostrych herbicydach i biotechnologicznych GMO. Konwencjonalne, intensywne rolnictwo oraz nowożytna botanika nadały ziołom lokalnym status chwastu, rośliny niepożądanej.

Rośliny rodzime, zielne, lecznicze oraz jadalne nie miały tak silnego statusu intruza w agrofitocenozie, środowisku pól uprawnych. Jasna sprawa, walczono z roślinami niepożądanymi, ale czyniono to inaczej, niż obecnie. Botanika, jako nauka, również była w powijakach, ale wyłącznie w rozumieniu dyscypliny naukowej, czyli w sensie nowożytnym. Znajomość gatunków wśród tzw. społeczeństwa była bowiem bardziej zaawansowana i powszechna, niż obecnie. Do leczenia i jedzenia pozyskiwano powszechnie to, co rosło wokół.

Jednak w średniowieczu istniały chwasty w sensie metaforycznym. Chwastami były... KOBIETY WIEdzące, czyli WIEdźmy. Rugowano je z zapałem godnym współczesnych polityków, randapowych lobbystów i rolników konwencjonalnych. Na stosie spalono ok. 60 tys. kobiet oskarżonych o czary i manipulowanie ziołami. W tomie 1. "Biograficznego słownika przyrodników śląskich" na ponad 400 stronach nie ma ani jednej kobiety, bo i skąd, skoro nie miały dostępu ani do nauki, ani do literatury. Co nie znaczy, nie nie WIEdziały tyle, co męscy mędrcy i badacze, a często nawet więcej. O ile wiem, WIEdźmy i szeptuchy nie mają ani pomnika, ani nawet nie są patronkami skweru stosownie zarośniętego roślinami leczniczymi. Mam nadzieję, że się mylę.

WIEdźmy, jak również gospodynie domowe i zakonnice, zagrażały lobby klerykalnemu. książęcemu, królewskiemu, rycerskiemu... Zbyt dużo wiedziały, by dopuszczać je do głosu. WIEdźma WIEdziała, jak wyleczyć, jak uśmierzyć, jak złagodzić, jak wykarmić, jak zapalić, jak zaparzyć, jak uwiercić, jak uwarzyć, jak pozyskać, jak znaleźć... Była konkurencją ekonomiczną. Na (Dolnym) Śląsku również ścigano kobiety za tę WIEdzę. Mężczyźni też WIEdzieli, a jakże, ale pochodzili z "cywilizowanych", czyli schrystianizowanych krajów/kręgów, a nie z lasów, jak mniemano o kobietach, więc zgromadzeni byli w klasztorach i strzegli mocno swej wiedzy.

Istniały też nieliczne klasztory kobiece i są one jedynym śladem kobiecej wiedzy o ziołach, która jednak nie doczekała się jeszcze pełnego i ukierunkowanego opracowania. Nadrenia-Palatynat ma swoją Hildegardę z Bingen, której rocznica śmierci przypada na 2019 rok. Śląsk ma niewątpliwie dużo późniejszą Józefinę Kablikovą (J. E. Kablick), z resztą też pochodzenia niemieckiego. Niestety Mirosław Syniawa, autor ww. "Biograficznego słownika przyrodników śląskich" nie poświęcił Kablikovą miejsca. Widocznie nie objął jej naukowy klucz ustalonej metodyki doboru postaci tego zestawu. Jednak autor we wstępie pisze wyraźnie:
"Zawiera on [słownik - wyj. A. Rumińska] nie tylko biografie osób urodzonych na Śląsku i badających jego przyrodę, ale i osób spoza Śląska, które miały swój wkład w poznanie przyrody jego obszaru, oraz Ślązaków, którym dane było badać przyrodę odległych krajów i kontynentów".

Sądzę więc, że Kablikova powinna się w tym słowniku znaleźć, choćby jako rodzyneczka. Ten zbiór jest bez niej niepełny, tym bardziej, że odkryła dla świata nowy lepiężnik wyłysiały (czes. Devetsil kablikove, łac. Petasites kablikianus) i pierwiosnek maleńki (czes. Prvosenka nejmensi, dawn. Kablicinka nejmensi, łac. Kablikia minima). Autor słownika skupił się najpewniej na osobach wykształconych na uczelniach wyższych i badających florę Śląska. Takim przykładem jest Mattioli, urodzony w Sienie, student uniwersytetu w Padwie, który napisał książkę o ziołach Gór Olbrzymich, tj. Karkonoszy i Izerskich. Kablikova natomiast nigdzie nie studiowała botaniki ani dyscyplin pokrewnych, badała florę sama w kontakcie z badaczami-mężczyznami. Ten przykład pokazuje, jak opisy historii niechcący fałszują realia i siłą rzeczy blokują dostęp do informacji.

W średniowieczu, a także dużo później, promowało się fakt, że wyłącznie mężczyźni umieli pisać i czytać, bo umiejętności te były warunkiem chrystianizacji i utrzymania władzy. Zapisywali swoją WIEdzę o ziołach, roślinach, chwastach, zielsku, jak zwał, tak zwał. Równolegle inni mężczyźni, ściśle związani z klerem, wydawali przepisy zezwalające im na eliminowanie kobiet za ich WIEdzę i praktyki ziołolecznictwea i konsumpcji ziół. W tym samym czasie miliony kobiet ratowało tymi ziołami życie rycerzy, kupców i żołnierzy. Samodzielnie zdobywały wiedzę przyrodnicza, a w czasach nowożytnych korespondowały z najwybitniejszyminuczonymi swych czasów - mężczyznami - tak praktykowała botanikę ww. J. Kablikovą.

Niektóre zioła zakonnicy uprawiali w swych średniowiecznych ogrodach klasztornych. We Wrocławiu jest taka replika ogrodu w Muzeum Architektury - wirydarz klasztorny, bo muzeum mieści się w dawnym klasztorze Bernardynów (tych z brązowymi kapturami).

Spoza Śląska sprowadzano też świeckich mężczyzn znających się na TEJ rzeczy, ale oficjalnie po to, by szukali minerałów i rud metali. Tak, rycerstwo (książęta piastowscy i ich harde drużyny) potrzebowali dużo metali i kamieni (pół)szlachetnych na zbrojenie i zdobienie, co warunkowało odróżnienie się od plebsu, pospólstwa, WIEśniaków i WIEdźm. Ci ostatni nosili inne amulety - biżuterię z tańszych surowców, np. drewna, włókien, gałęzi, łyka, wełny itd.

Z czasem owi świeccy mężczyźni umiejący znajdywać cenne rudy metali zaczęli szukać i ziół. Z biegiem lat rozwinęło się słynne karkonoskie ziołolecznictwo i aktywność karkonoskich tzw. laborantów. Jednym z najważniejszych magicznych ziół średniowiecza była mandragora, a z tych jadalnych - np. pokrzywa, stosowana namiętnie już choćby w Bizancjum (ale i dużo wcześniej), czy czosnaczek spożywany w Europie już 6000 lat temu, co potwierdzają fitolity znalezione na naczyniach ceramicznych.

Na koniec wrócę do upamiętnienia. To byłby piękny pomnik-skwer, czyli 2w1, prospołeczna przestrzeń publiczna, zamiast martwego, granitowego kłócą do obkładania kwietnymi wiązankami raz w roku. Rozważę złożenie wniosku do wybranej rady miejskiej, aby np. w ramach budżetu obywatelskiego stworzyć plac z zieleńcem ku chwale owych WIEdźm oraz nadać mu patronat: Plac WIEdźmy Zielarki. Wiadomo, co tam powinno rosnąć. Zastanawiam się też, które miasto uszczęśliwić tym wnioskiem. Przeczuwam, że łatwiej pójdzie mi w... Czechach. Jednak pierwsze skojarzenie padło na Gryfów Śląski, Goerlitz i Jelenią Górę, drugie na Karpacz i Miłków z okolicami i całym pasmem Karkonoszy, trzecie na góry, łąki i pastwiska pomiędzy i nad nimi. W wymienionych miejscowościach z ziołolecznictwa słynęli mężczyźni. W Karkonoszach rządził Rzepiór, Duch Gór. O WIEdźmach, czyli kobietach, ani słowa. O dzieciach - również. Wszystko dlatego, że łatwiej pisać o konkretnej postaci (Karkonosz-Liczyrzepa, C. Schwenckfeldt) i małej, acz silnej grupie zawodowej (karkonoscy laboranci), niż o niesprecyzowanej grupie społecznej (kobiety i pastuszkowie), tym bardziej, że kojarzonej dawniej z niebezpiecznymi zaświatami, a nawet mocami piekielnymi - dotyczyło to dzieci, starszyzny i kobiet. W starośląskich, staroniemieckich, staroczeskich i staropolskich archiwaliach trudno więc znaleźć odę ku czci wiedźmy, pastuszka lub szeptuchy, ewentualnie apoteozę czynności, które wykonywały te grupy.

Kobiety, dzieci, starszyzna - w tamtych czasach i miejscowoścach żyli rzecz jasna, więc przydałyby się tam pomniki-skwery dedykowane WIEdźmom, gospodyniom domowym, medykom-zielarzom oraz laborantom, dzieciom - wszystkim związanym z ziołolecznictwem i konsumpcją lokalnych roślin. Pomniki-skwery winny uhonorować wszystkie spalone na stosach WIEdźmy, wszystkich pastuszków testujących zioła z konieczności, by zapełnić puste brzuszki, wszystkie szeptuchy, które cudem uniknęły stryczka, wszystkie gospodynie domowe troszczące się o słynnym i mniej słynnych rycerzy, rzemieślników,kupców i mędrców, wszystkich laborantów karkonoskich, a także Caspara Schwenckfeldta, urodzonego w Gryfowie Śląskim medyka Jeleniej Góry, autora wspaniałych książek poświęconych lokalnym zasobom Dolnego Śląska, m.in. ziołom. Jest kogo chwalić, jest o czym i o kim pamiętać. Bogactwa Dolnego Śląska są niewyczerpane.

Przydałby się zatem Dolnośląski Szlak Ziołolecznictwa. Obecnie, w dobie powrotu konsumentów do naturalnych produktów spożywczych, kosmetycznych i leczniczych byłby to z pewnością bardzo popularny szlak na terenie Dolnego Śląska. W 2018 r. świętujemy w Polsce stulecie odzyskania niepodległości. Chodzi nie tylko o niepodległość państwową, ale i dżenderową (gender), społeczną, gastronomiczną, rolniczą. Świętujemy też stulecie przyznania praw wyborczych kobietom - ruch, który Marszałek Piłsudski wykonał dość szybko po 11 listopada 1918 roku. Otoczony był kobietami, przez pewien czas funkcjonował nawet w trójkącie, a dwie niewiasty popełniły z jego powodu samobójstwo. Fakty są jak puzzle. Układają się w całość. Szczególnie w 2018 roku. Jak również w 2019 r., bo wówczas, w dniu 09.06.1609 r. w Goerlitz, gdzie również piastował stanowisko lekarza miejskiego.

c.d.n.

Anna Rumińska
emsa.relacje(at)gmail.com

***
Anna Rumińska
z zawodu architekt i antropolog kultury, uprawia placemaking i ławkologię