krajobraz‎ > ‎

Zieleń i zabawa

opublikowane: 16 wrz 2019, 04:10 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna
Duże miasto. Plac zabaw w narożnej dziurze po zburzonej kamienicy. Piasek, wierzby, chwasty, drewno, trochę metalu, minimum plastiku, zabawa, przygoda, miękkość. Akurat nie ma tu dzieci, bo jedzą obiad, są na wakacjach albo... w pobliskim parku, gdzie woda spływa kaskadami po kamieniach, po których wspinają się, jak szalone, gdzie wśród drzew na trawie siedzą ich rodzice, gdzie tryska ocieniona koronami fontanna, gdzie nikt nie wrzeszczy "nie wolno wchodzić do wody!!!".

To osiedle inwestycji budowlanych na terenie miasta europejskiego. Zanim powstanie tu nowa plomba, dzieci mają przynajmniej swój plac wolny od kompozytowych posadzek i introdukowanych, zagranicznych roślin, które z każdego skweru czynią doświadczalną mikroszkółkę ogrodniczą, a nie rozumny zieleniec. W takich sytuacjach człowiek myśli "i po co nam ten pieprzony postęp? po co nam to przereklamowane projektowanie? dlaczego nie można po prostu wysypać piasku i wpuścić dzieci???". Och, wiadomo dlaczego... Znajdzie się tysiąc powodów. Najczęstszy jest ten: "do piasku sikają koty!". Albo ten: urządzenia rekreacyjne muszą mieć atest, jeśli mają być zakupione ze środków publicznych".

Projektowanie zieleńców i placów zabaw w Polsce przeżywa od kilkunastu lat poważny kryzys. Wszelkie atesty wykluczyły wypadki na placach, ale spowodowały, że OPUSTOSZAŁY. Wolny, niekontrolowany import i handel roślinami dał swobodę wyboru, ale spowodował zanik wiedzy o lokalnych roślinach oraz bezrozumne i szkodliwe nagromadzenie gatunków obcych.

Jak dobrze, że i tę dyscyplinę, architekturę krajobrazu, zdobywają powoli, acz skutecznie wspaniali, młodzi ludzie z ich świeżym spojrzeniem na Przyrodę i Przestrzeń. Oby tylko nie ugięli się pod naporem archaicznych zakazów i nakazów, tych bolesnych, starczych, bezwzględnych tez głoszących, że "zieleń trzeba projektować" i "dzieci trzeba ujarzmiać". Nie, zieleni ani dzieci nie trzeba projektować ani ujarzmiać w rozumieniu układania ich pod linijkę, roślin w programie komputerowym, a dzieci w przedszkolu.

Projektowanie terenów zieleni. To jedna z nazw przedmiotów kształcących umysł młodych projektantów. Jakże często nie potrafią oni odróżnić smaku lokalnych drzew i ziół, nie potrafią rysować odręcznie, a tym bardziej ręcznie wykonać fizycznej makiety. Bo któż ich tego uczy? Mało kto. Tak się dziś "projektuje ogrody": żywą Przyrodę i Przestrzeń układa się w martwym komputerze. Smutne. Nic dziwnego, że potem miejskie zieleńce wyglądają jak szkółki ogrodnicze i wymagają kosztownego utrzymania. Nic dziwnego, że dzieci zachowują się jak bezmyślne automaty. Nie jest to wina ani zieleńców, ani dzieci.

Powtórzmy: zieleni nie trzeba projektować. Nawet więcej: zieleni nie powinno się projektować. Zieleń, Przyrodę trzeba obserwować, dotykać, smakować, wąchać, słuchać. Przyroda sama podpowiada, co warto wzbogacić, a co ująć. Przyrodę trzeba najpierw POZNAĆ. Zieleńce można nawet zostawić samym sobie, jedynie je rozumnie ogrodzić i uporządkować. One same zaprojektują się o niebo lepiej, niż uczyniłby to niewiadomo jak wykształcony człowiek. Wykształcenie traci tu swoją wartość, jeśli nie jest właściwie wykorzystane.

Jeśli ktoś już bardzo, bardzo chce mieć jakiś wpływ na Przyrodę i Przestrzeń, jeśli ktoś już bardzo chce "projektować", to niechaj spróbuje co najwyżej DELIKATNIE wpływać na formę, skład gleby i zakres gatunkowy, ale tylko tak, aby nie zmieniać diametralnie lokalnych warunków; niechaj spróbuje naprawić lokalne warunki, jeśli zostały negatywnie zmienione przez poprzednich nierozumnych "projektantów" lub "zarządców"; niechaj obserwuje rośliny, trzyma je w subtelnych ryzach, aby kilka lokalnych lub przywleczonych gatunków nie przyćmiło tych innych, również lokalnych, a może nawet rodzimych.

Niechaj następnie ten ktoś wprowadzi urządzenia rekreacyjne, ale nie na zasadzie "placu zabaw" za kilkaset tysięcy, lecz prostych, uniwersalnych, ręcznie (przez rodziny?) robionych konstrukcji, które będą mogły być twórczo (a nie biernie) wykorzystywane przez dzieci, młodzież i dorosłych, ze starszyzną włącznie. Nie ma nic gorszego, jak selekcja wiekowa. Takie place zabaw powstawały już dwadzieścia lat temu, ale były wówczas krytykowane i usuwane po donosach. Powstają nadal, a ostracyzm społeczny jest nieco słabszy. Nadal jednak zbyt wiele powstaje placów z plastiku, na których producent urządzeń zaprojektował zachowanie dzieci. Nic dziwnego, że one mają te place w nosie. Ale czyż nie szkoda publicznych, gminnych pieniędzy? Lepiej wydać je na cykl seminariów edukacyjnych, a potem na wspólne, osiedlowe budowanie bezpiecznego placu naturalnego.

Warto też zmienić proporcje we wprowadzaniu gatunków do zieleńca: na 100% gatunków zastanych, zamiast rugować je wszystkie i kupować nowe 100% obcych, warto odwrócić zabieg i utrzymać 90% lokalnych i wprowadzić 10% (albo i mniej). Warto stosować zwierzęce i roślinne repellenty, proste, biologiczne nawozy, kompost i obornik, budki lęgowe, domki dla zapylaczy, małe sterty gałęzi dla jeży, zbiorniki z wodą, naturalne środki ochrony roślin... Warto mieszać gatunki ozdobne z użytkowymi, a najlepiej stosować przede wszystkim użytkowe, tylko lokalne, bo większość roślin w naszym otoczeniu jest użytkowa. Warto wprowadzać odmiany rodzime roślin leczniczych i jadalnych. Nie odmiany ogrodowe, bo mają mniejszą zawartość substancji czynnych. Warto do takich zieleńców przyprowadzać grupy dziecięce z przedszkoli i szkół, uczyć je, jakie mają lokalne skarby.

Naprawdę nie trzeba wprowadzać oferty szkółkarskiej na każdym skwerku. Tak, tak..., widok tyyyyylu pięknych roślin w szkółce powoduje zamęt i niespokojny projektant chciałby je mieć wszystkie w swoim "projekcie" - po co? Aby wykazać się pracą nad "doborem gatunków". Wszak po to, według starych reguł, zatrudnia się projektanta, by dobrał gatunki. Tyle że to nie TA umiejętność jest domeną dobrego projektanta. Ale jak przekonać inwestorów, że zieleniec skomponowany z lokalnych chwastów jest środowiskowo i ekonomicznie DOBRY, właściwy? Oto ta sztuka, którą posiadają nieliczni.

Jeśli już ktoś musi <projektować> to warto nauczyć się umiaru i wybierać obce gatunki wyłącznie jako akcenty. No, chyba że ktoś koniecznie chce wydać nadmiar inwestorskich pieniądzy i dosłownie zatruwać życie sobie i innym mnogością obcych gatunków, chemikaliami potrzebnymi do ich wsparcia w obcych warunkach, a także hałasem urządzeń niezbędnych do ich "utrzymywania". Hałas kosiarek przeszkadza WSZYSTKIM WOKÓŁ, a nie tylko właścicielom posesji. Wbrew pozorom istnieją przepisy ograniczające generowanie hałasu. Dobry teren zieleni, dobry ogród - to miejsca, gdzie wcale nie trzeba wydawać pieniędzy na utrzymanie. Koszty eksploatacji są zbędnym wydatkiem i są generowane wyłącznie przez nieumiejętnych ludzi - albo inwestorów, albo zarządców, albo projektantów, albo wykonawców. 

Jak powszechnie wyglądają dziury w zabudowie? Wiadomo: przez kilka lat stoi obskurne ogrodzenie, za które brudasy (tak, brudasy!) wyrzucają swoje śmieci, a właściciel lub zarządca posesji nie sprząta ich, bo "przecież trwa budowa, to nikomu nie przeszkadza" albo "to teren prywatny, możemy tu robić, co chcemy". Owszem, PRZESZKADZA, owszem, NIE MOŻECIE, bo na te śmieci patrzymy my wszyscy, żądając od was porządku. Także dlatego nie możecie, że miasto to nie tylko wymuskane kamienice i skwerki, ale też place budowlane i inwestycje czekające na swoje pięć minut. Zanim stanie nowa budowla, warto utrzymywać porządek z korzyścią dla lokalsów. Warto stosować ten prospołeczny sposób zagospodarowania "posesji oczekującej" i przysposobienie jej dla mieszkańców, SĄSIADÓW.
Comments