kuli-kultura

Chcemy promować ideę kuli-kultury i kuli-turystyki (analogicznie do agro-turystyki) tj. turystyki opartej na kulinariach w małej, domowej skali. Ci, którzy potrafią gotować i przygotowują od wielu lat te same dania, powinni mieć możliwość promowania swoich talentów i produktów, wytworów. Ale jak to robić, skoro dzieci w przedszkolach i szkołach nie mają kontaktu z przygotowaniem realnej żywności? Rzadko uczą się gotować, tym bardziej biesiadować razem z dorosłymi. Gdy dorośli biesiadują, dzieci w placówkach oświaty są od tego odsuwane, mają nie przeszkadzać. Ciasta i torty są dla wizytacji, komisji, gości, wielkich person. A dzieci??? Sio, nie przeszkadzać.

Koniec złudzeń. Mamy XXI wiek.

W XX wieku uczyliśmy się w szkołach gotować. Nie uczyliśmy się, co jest zdrowe, a co nie. Używaliśmy do tego realnych produktów, z których robiliśmy realne potrawy, które potem realnie zjadaliśmy w grupie uczniów i nauczycieli. Tak było.

W XXI wieku nie uczymy się gotować, ale uczymy się dużo o zdrowej żywności i ochronie środowiska. Używamy do tego nieprawdziwych produktów, które potem odkładamy na półki. Posiłki jemy w stołówkach, w których stoły dziecięce są oddzielone od nauczycielskich. Te dziecięce nie są wyposażone w serwetki i kwiatuszki w wazonikach.

To są pomoce dydaktyczne do zajęć przedszkolnych z zakresu edukacji kulinarnej i żywieniowej:
- plastikowe pieczywo
- plastikowe wędliny
- plastikowe jajka
Smutno nam. Dzieciom też. Tak, tak, znamy opowieści o zarazkach i zatruciach. Tak. Tym bardziej nam smutno.

Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Czy naprawdę Sanepid ma rządzić naszym życiem bez refleksji i innych możliwości, niż te obecne??? W cośmy wdepnęli w tej oświacie??? Może trzeba zrobić jakąś solidną konferencję pedagogiczno-kulturalną z udziałem Fundacji Edukacji Przedszkolnej, Platforma Kultury, Network Sunrise, Dzikie Dzieci, dziecisawazne.pl, CZASzDZIEĆMI.PL, Handmade Montessori i innych?

W edukacji przedszkolnej nie rozwija się w dzieciach tożsamości lokalnej w oparciu o kuli-kulturę - o kulinaria, umiejętności kulinarne, biesiadowanie, pasje związane z przygotowaniem żywności i częstowaniem nią ludzi. To jest nasza tradycja, w którą powinniśmy wdrażać nasze dzieci. Wielka szkoda, bo jesteśmy im to winni. W oparciu o kuli-kulturę powinniśmy rozwijać kuli-turystykę, czyli turystykę opartą na kulinariach i biesiadowaniu, na lokalnych smakołykach i umiejętnościach ich wytwarzania. Nie chodzi tutaj wyłącznie o szumne kulinarne dziedzictwo, choć ten temat i ta formuła jest ściśle związana z kuli-kulturą i ją wspiera, współtworzy. Nam chodzi o zwyczajne codzienne gotowanie, pieczenie i smażenie - o potrawy, które w rodzinach robi się od pokoleń i którymi częstuje się gości - sałatki jarzynowe, rosoły, chleby, zimne nóżki, kiełbasy, bigosy, placki, pomidorówki, barszcze, ogórki kiszone lub pikle, weki i inne słoiki na zimę i wiele wiele innych smakołyków. Te wszystkie umiejętności nie mogą być zagubione i zapomniane. Mogą być atrakcją turystyczną w małej skali, na tej podstawie, jak i na podstawie rolnictwa (agroturystyka) może rozwijać się polska wieś.
Tutaj publikujemy nasze zdjęcia z tematyki kuli-kulturalnej.

Tutaj możecie zapoznać się z jednym z naszych projektów: Reaktywacji Hali Targowej we Wrocławiu przy ul. Piaskowej.


a może "Śniadanie Hitlera" lub "Przysmak Stalina"?

opublikowane: 11 paź 2013, 09:45 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 4 gru 2016, 23:02 ]

Znów się przejęłam intelektualnie heh... Chodzi o "Muesli Kolumba", czyli produkt z amarantusa omawiany tutaj w minucie 3:30, a także o Inków, o których mowa w minucie 2:28. Myślę i myślę, ale milczeć trudno. Jako antropolog kultury (w tym kulinarnej) nie mogę milczeć w kwestii dużego nietaktu w tej produkcji i tym filmie. Jest mi za to nieco wstyd, bo znam wiele osób z Ameryki.

Nazwa "Muesli Kolumba" to czarny humor, marketingowa wpadka, coś, co zdaje się sugerować ignorancję i niską wiedzę - jeśli zakłada się, że potencjalnymi klientami i konsumentami są ludzie myślący, znający historię i empatię. Kolumb i Inkowie? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Raczej Aztekowie, którzy też hodowali amarantusa. Z Inkami zapoznał się "bliżej" Pizarro, ich morderca, ale Kolumb to zapewne lepszy reklamowy magnes, nie napisano jeszcze o nim tak źle, jak o tamtym. Skoro więc chodzi o magnes i marketing, to lepiej produkować parówki, pójdą na pniu: parówka z amarantusa, cudowne.

Żarty na bok - nazywanie produktów pochodzenia południowo-"amerykańskiego" imionami kolonizatorów, agresorów i morderców zawsze będzie złą praktyką i dowodem ignorancji, bez względu na to, jakie mają zasługi dla rozwoju Europy. W kontekście "rozwoju" Ameryki doprowadzili do upadku cywilizacji oraz śmierci tysięcy ludzi. Zaborcy na naszych terenach też zdziałali wiele dobrego, choćby w kolejnictwie, to może nazwijmy produkt "Namiestnikowskie wafelki"? Ale, ale! Gdzież tam Kolumbowi do rosyjskich namiestników..., ma na rękach więcej krwi, niż wszyscy oni razem wzięci. Grzegorz Łapanowski Grupa Kulinarna, promujecie te produkty, i słusznie, ale jesteście też związani ze Slow Food.Wiem, że głęboko drążycie etykę kulinarną, choćby w kwestiach wegetarianizmu, więc wierzę, że podejdziecie z refleksją do tego, co tutaj piszę ;)

To tak, jakby ktoś w Ameryce, swój produkt z importowanej, europejskiej rośliny (weźmy choćby lebiodę lub lipę) nazwał "Przysmakiem Hitlera" lub "Śniadaniem Stalina". Nie, nie przesadzam. Przyjdą kiedyś czasy, gdy Kolumb doczeka się prawdziwej, surowej i globalnej oceny tego, co wyprawiał w Ameryce ze swoimi koleżkami, finansowany przez hiszpańskich Królów Katolickich, ubrani w śnieżnobiałe kryzy i haftowane płaszcze, popijając wyborne, hiszpańskie wino do ówczesnej przepięknej muzyki - Jordi Savall wydał niegdyś CD z przepiękną muzyką życia Karola V, wnuka Królów Katolickich, Ferdynanda i Izabeli - to właśnie ta muzyka towarzyszyła kolonizatorom w ich zagładzie. Może wreszcie ktoś kiedyś odważnie nazwie to ludobójstwem, jak osądzono Hitlera i Stalina, a także Pizarra, bo to on tępił Inków, rabował i mordował tych, o których pan Kubara mówi w filmie, że swoją "WALECZNOŚĆ WZMACNIALI AMARANTUSEM". Kolumb był ponoć od łagodniejszy od Cortesa i Pizarra, ale za uszami też miał wiele, był również dyktatorem, więc i tak promowanie jego imieniem żywności jedzonej przez tych, których parszywie wykorzystywał, okradał i zabijał, jest fatalną pomyłką. Do Europy przywiózł nie amarantus, ale obce nasiona i ludzi=niewolników - tak, stamtąd, gdzie wzmacniali oni swą waleczność. Panie Kubara, proszę zmienić tę nazwę... Kolumb amarantusa zlekceważył, przecież katoliccy królowie nie jadali chwastów ani roślin z dżungli, tym bardziej jedzonych przez nie-ludzi - to było tabu jedzeniowe, inaczej amarantus byłby od dawna i na naszych stołach. Od najazdów Hiszpanów hodowla amarantusa była przez nich ZABRONIONA. Tam, na ziemie Mezoameryki Krzyś zawiózł nie tylko psy tresowane w łapaniu ludzi, ale także wiele europejskich nasion, które zaburzyły "amerykański" ekosystem (jak u nas urocza nawłoć).

To straszna narracja - śniadanie Kolumba... nawet nie chcę o tym myśleć, a wydawało mi się że "EKOPRODUKT" promuje świadomy konsumeryzm, którego zadaniem jest EDUKACJA, nie tylko żywieniowa. Kolumba mamy kojarzyć z amarantusem na śniadanie? Ktoś uważa nas za idiotów? Czy autorzy nazwy nie wiedzą, co z Hiszpanii wiozły Santa Maria, Pinta i Niña? Bogaty, sponsorowany facet jadał śniadania ze Starego Lądu czy wcinał miks z jakiegoś chwastu, który jedli nie-ludzie, których miał odpłatnie i SIŁOWO schrystianizować? Lokalni zdrajcy donieśli mu, iż tubylcy się tym chwastem wzmacniają, więc postanowił pozyskać nowe siły??? To jakiś absurd, fatalna narracja w marketingu. Hitler w swoim bunkrze w Polsce też jadał lokalne rośliny, kilka kobiet musiało "degustować" je przed podaniem na wypadek gdyby były zatrute. Gdzie tu etyka, uczciwość, idea Slow, ekologia, regionalizm? Kolumb, Cortés, Pizarro i inni kolonizatorzy dokonali ludobójstwa za pieniądze swych katolickich sponsorów. Niechaj ktoś się w tej firmie obudzi, stuknie w głowę i szybko zmieni nazwę, choćby na "Musli Atahualpy" albo "Musli Cuauhtemoca" dla uhonorowania zgładzonej cywilizacji, a nie jej niszczycieli.

Napisałam prośbę do producenta o zmianę nazwy. Zawsze chętnie na swoich wykładach mówię o podobnych historiach produktów kulinarnych, a ich nazewnictwo jest zawsze ciekawym przypadkiem badawczym, jednak moja konsumencka natura i praktyka każe mi napisać do producenta list z wiarą, że zrozumie moje dobre intencje - Kolumb nie jest godzien obecności przy amarantusie, więc PR tego produktu zyska wiele, gdy jego nazwisko zostanie wyrugowane z tej marki. Proszę o to:)

równonoc jesienna

opublikowane: 20 wrz 2013, 00:29 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 4 gru 2016, 23:04 ]

Już w najbliższą niedzielę: RÓWNONOC JESIENNA, czyli powitamy Panią Jesień. Z niedzieli 22 IX na poniedziałek 23 IX witamy nową porę roku. To ważny dzień - kulturowo, astronomicznie i zwyczajowo. W eMSA mówimy, że to ważny, kuli-kulturalny dzień. Więcej o kuli-kulturze przeczytacie tutaj: DOKŁADNIE, równonoc nastąpi o godzinie 22:44. Świętujemy ten dzień troszkę wcześniej, tj. 21 IX, naszym Warsztatem Chwastożercy. Zapraszamy 21 IX do Browaru Mieszczańskiego.

Warsztat Chwastożercy odc. 1

opublikowane: 19 wrz 2013, 00:58 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 4 gru 2016, 23:12 ]

ami
21 września 2013 o godz.12.30-15, zrealizowaliśmy Warsztat Chwastożercy, na którym opowiadaliśmy o jadalnych chwastach, a uczestnicy wykonywali stronice  do swoich żywnościowych zielników. Warsztat prowadziły: Anna Rumińska (architektka, etnolożka), Monika Kujawska (etnolożka), Ewa Wasilewska (architektka), wszystkie - pasjonatki roślinożerstwa i ziołolecznictwa. Warsztat zorganizowaliśmy w ramach wydarzenia WOLNA KUCHNIA w Browarze Mieszczańskim.
Cóż to bowiem są te chwasty? To rośliny lecznicze i bardzo cenne, część z nich jest jadalna, ale przez rolnictwo zostały uznane za gatunki niepożądane w uprawach lub hodowlach. Dla ludzi są źródłem mikro- i makroelementów oraz witamin, są smaczne i warte uwagi. W kuchni zrównoważonej i powolnej (WOLNA KUCHNIA - SLOW CUISINE) chwasty przestają być intruzami i stają się lokalną żywnością, jednym z najbardziej pożądanych punktów programu kulinarnego zgodnego z ideą SLOW. O ruchu SLOW możecie przeczytać tutaj. Na Warsztacie Chwastożercy przedstawiłyśmy tylko część z jadalnych chwastów - bylin, a także krzewów i drzew. Pokazałyśmy tylko te, których wybrane części, lub całość, są jadalne i mogą zagościć na naszych stołach - tym samym zmienić swój status z Chwastu na Żywność.
Zdjęcia z Warsztatu możecie obejrzeć TUTAJ.




---

Oto program wydarzenia WOLNA KUCHNIA (pierwsza edycja):

9.00-15.00 | przystawka | Wrocławski Bazar Smakoszy

12.00-14.00 | danie główne | Bitwa wrocławskich Kucharzy
w szranki staną kucharze z: Folks, Lwia Brama, Szajnochy 11,
Studio Kulinarne – Piotr Kucharski i Wines&Olives

Szefowie kuchni stoczyli pojedynek na noże o DESKĘ Slow Food.
Dobrali z publiczności po dwie osoby do swojej drużyny i stanęli ramię
w ramię do bitwy z profesjonalistami. Wystawcy z Wrocławskiego Bazaru Smakoszy
zapewnili najlepsze i najsmaczniejsze produkty niezbędne na polu Bitwy.

12.30-15.00 | deser | Warsztaty Chwastożercy
Anna Rumińska, Monika Kujawska, Ewa Wasilewska
eMSA Inicjatywa Edukacyjna

bakłażan z bylicą i stokrotkami    placki z krwawnikiem

----

9.00-15.00 |Starter| Wroclaw Gourmet Bazaar

12.00-14.00 | Main Course | Wroclaw Chefs Battle
battle of the restaurant chefs: Folks, Lion's Gate, Szajnochy 11,
Culinary Studio-Piotr Kucharski, Wines & Olives

Chefs duelled for the BOARD of Slow Food Youth Wroclaw.
They chose two persons from audience to join their teams
and stood shoulder to schoulder with the professionals.
The Exhibitors of the Wroclaw Bazaar Gourmet
provided the best and most delicious products for the Battle!

12.30-15.00 | Dessert | Weedeater's Workshop
Anna Rumińska, Monika Kujawska, Ewa Wasilewska
eMSA Inicjatywa Edukacyjna

105-lecie otwarcia Hali Targowej

opublikowane: 28 lip 2013, 09:23 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna

Tutaj możecie zapoznać się z naszym pomysłem na reaktywację Hali Targowej Piaskowa.
Nowy temat w 2013 roku: OBCHODY 105-lecia otwarcia Hali Targowej Piaskowa. No cóż, sprawa jest ważna i poważna, to już nie są rozgrywki prywatne, indywidualne, czy niszowe. Obiekt jest arcy-ważny dla mieszkańców, przestrzeni i historii. Pracuje w nim, koło niego i w mentalnym zbliżeniu z nim wielu zaangażowanych, ambitnych ludzi. Wszyscy myślą o tym, że coś jest nie tak. Wszyscy chcieliby, by Hala funkcjonowała inaczej, by rozkwitła. Media coś tam piszą, ale póki co, bez kontekstu 105-lecia - nie wiemy, dlaczego, może dlatego, że perspektywa 5 października jest we wrocławskiej rzeczywistości odległa, jak Mars. Potem wszyscy obudzą się z ręką w nocniku i zaczną krzyczeć: "Nikt nie pomyślał o uczczeniu 105-lecia! Zgroza!!! Kto winny? Prezydent! Społem! Facebook! Kupcy! Rada Miejska! Ktokolwiek!" - winnego będą szukać, ale nie znajdą.

Dlatego kolejny raz trąbimy o 105-leciu. Uważamy, że brak wydarzenia z tej okazji będzie wstydem dla wszystkich ww. Dlatego dziś piszemy na ten temat list do Rady Miejskiej, Urzędu Miejskiego i prasy. Kolejne trąbienie o ważnej sprawie, znów nazwą nas aktywistami, będą odbijać piłeczkę, rżnąć głupa, zamiast skupić się na meritum? Irytujące jest już to wszystko.

105-lecie przypada 5 X 2013 - to będzie środek okresu targowego nowego jarmarku na Placu Nowy Targ. Urząd ogłosił niedawno przetarg na organizację tego targowiska. Spodziewamy się, że wpłynie to decydująco na obroty w Hali. Chcemy, aby ten fakt, wraz z obchodami 105-lecia, stał się kolejną okazją do debaty nt. kondycji Hali Targowej Piaskowa. Ostatnio w prasie ukazał się przegląd "hal targowych" - to dobrze, że GW go dokonała. Zestawienie (na pierwszym miejscu!) Hali Targowej Piaskowa z (w większości) budami, hangarami, blaszakami większych rozmiarów zwanych halami targowymi pokazuje, jak słaba jest polityka targowa Wrocławia. Jej po prostu nie ma. Efektem jest zestawienie zabytkowego gmachu Hali Targowej z blaszakami. Prawdziwe faux paux, ale nie dziennikarzy, lecz raczej decydentów w tym mieście. UWAGA: Hala Targowa Piaskowa jest JEDYNĄ PRAWDZIWĄ HALĄ TARGOWĄ WE WROCŁAWIU. Nie mamy innej. Czy ktoś czeka, aż upadnie całkowicie?

Do PSS Społem Północ napisaliśmy dwa dni temu propozycję spotkania w celu omówienia ewentualnego wydarzenia z okazji 105-lecia. Miło, że Społem odpowiedziało już po 2 dniach, cieszymy się bardzo. W odpowiedzi padła jednak propozycja spotkania za miesiąc, po urlopie szefostwa.

Takie rozwiązanie nie jest dobre, bo nie da się w miesiąc przygotować dobrego eventu, tym bardziej, jeśli ma bazować na woluntarystycznej pracy ludzi zaangażowanych w promocję i rozwój Hali, tym bardziej, że póki co, nie ma żadnego budżetu na te obchody.

Dlatego ponownie poprosiliśmy o spotkanie - szybsze, w najbliższych dniach, np. z działem marketingu. Kto wie, być może PSS Społem Północ przygotowuje "własne" obchody i mają wszystko zaplanowane, więc dopiero z końcem września zaczną działania promocyjne i dowiemy się o planowanych obchodach. Oby tak się stało, trzymamy kciuki i na pewno się z tego faktu ucieszymy, w końcu na siłę nie musimy robić obchodów aktywistycznych, woluntarystycznych. Starczy już tego wolontariatu, cała Polska, mało tego, Europa (!) stoi na wolontariacie, bezpłatnych stażach i praktykach, czas wprowadzić modę na systemowe, profesjonalne i odpłatne działania = pracę. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Zaglądajcie na ścianę. Kto chętny do wsparcia dowolnie organizowanych obchodów 105-lecia - piszcie na emsa.relacje@gmail.com

mizeria

opublikowane: 7 lip 2013, 02:40 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 3 lis 2013, 15:17 ]

MIZERIA. Dziś jest niedziela. Dziś jest lato. Obydwa fakty oznaczają, że w wielu ogródkach na polskich wioskach jest dużo świeżych, zielonych ogórków. Ta roślina lubi naszą glebę. Oznacza to następnie, że w wielu wiejskich ogródkach (nie tylko wiejskich) warzywną część letnio-niedzielnego obiadu będzie MIZERIA - sałatka bardzo popularna w Polsce - na wioskach, w miastach, szczególnie w barach mlecznych - miejscach taniego, domowego jedzenia. Mizeria składa się ze świeżych ogórków w plasterkach z solą i śmietaną (albo jogurtem - mniej tradycyjne, ale zdrowsze:). Raj w ustach. Bardzo popularna na niedzielny obiad o godz.14/15. To danie w istocie odzwierciedla historię Polski, podobnie jak wiele innych dań, dlatego tak wspaniale jest znać korzenie kuchni.

Znacie wyraz <mizeria> - nieszczęście, nędza, ubóstwo itp. Sałatka mizeria wiąże się z tym, że 1) świeże ogórki nie zawierają wartości odżywczych (prócz wody), więc jest to dosłownie ubogie danie, 2) mizeria była popularna w czasach/obszarach niskich przychodów, więc kojarzy się ją z daniem chłopskim. Każdy chłop miał niegdyś łatwe źródło mleka, a ogórki rosły w każdym warzywnym ogrodzie (nadal rosną:). Obecnie to tylko dawna konotacja - znajdziecie mizerię w najdroższych restauracjach w Polsce serwujących tradycyjną, polską kuchnię. Ogórki są zwykle obierane przed utarciem na plasterki - nie tak, jak na tym zdjęciu. Czasem dodawana jest cebula w plasterkach, bardzo często - pieprz, siekany zielony koperek lub szczypiorek.

Formuła tego dania - ogórki z gęstym produktem mlecznym - jest powszechnie znana na całym świecie ponieważ są to produkty nieomal wszędzie dostępne. W różnych kulturach różnie się je przyrządza. Grecy słyną z przepysznego sosu tzatziki (τζατζίκι) lub odświeżającego, jogurtowego napoju z plasterkami ogórka (z mleka owczego lub koziego, nie krowiego, jak w Polsce). Jest też turecki cacik, cypryjski talattouri, iracki jajeek, irański mast-o-khiar, bułgarska mleczna sałatka, w Serbii i Chorwacji sałatka tatarska itd. Jednak w Polsce tradycyjnie nie dodajemy do mizerii czosnku, ale dobrze jest to zrobić, smak jest mniej tradycyjny, ale ostrzejszy i danie jest zdrowsze:) Co jeszcze na letnio-niedzielny obiad? No cóż... Może kurczak lub schabowy o ziemniaki?:)

Dlaczego piszemy o mizerii? Bo jest daniem sezonowym i ma związek z kulturą jedzenia. Otóż kultura, to nie tylko pochłanianie żywności, ale także jej przygotowywanie i wiele innych praktyk skoncentrowanych wokół spożywania posiłków przez ludzi. Zauważyć można, że kraje różnią się między sobą kulturą jedzenia. Tym zajmuje się antropologia biesiadowania, którą zajmujemy się także w związku z życiem w przestrzeni publicznej. Biesiadowanie, to nie tylko jedzenie w domach lub restauracjach, ale także wspólnie na ulicy, w biegu lub stacjonarnie. Wielu z nas nie raz chwytało w palce watę cukrową (szczególnie w dzieciństwie) i pędziło z nią do parku. Wielu z nas szukało gotowanej kukurydzy, gdy wreszcie się pojawiła na deptakach. Sezonowej żywności jest wiele, ale to właśnie ona powoduje, że kraje różnią się między sobą. Dlatego tak cenne są uliczne stragany z lokalną żywnością. Niestety, nikt w Polsce nie sprzedaje na ulicach mizerii, wielka szkoda.

Jakie to ma znaczenie dla edukacji i animacji kulturalnej? Kluczowe! Kultura, to pojęcie bardzo szerokie, ale w każdym jej rozumieniu obejmuje także biesiadowanie, jedzenie, żywność. Promując obwoźną gastronomię i jedzenie lokalnej żywności w przestrzeni publicznej, promujemy własną kulturę narodową, nasze dziedzictwo, historię, przeszłość, a także nasz współczesny stosunek do tych wartości. Jest to fundamentalne w rozwoju nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Dlatego musimy jeść między budynkami, ale nie tylko hot-dogi, frytki i włoskie lody, lecz przede wszystkim lokalne smakołyki znane nam od lat: pieczone ziemniaki, kiszoną kapustę, mizerię, gotowaną kukurydzę, wodę sodową, kiełbasę, marchewkę z groszkiem, rozmaite zupy... Dlaczego nie?

Opracowanie:
Anna Rumińska

Artykuł powstał w projekcie "Kulturka Podwórka 3D" w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w zakresie animacji i edukacji kulturalnej w II półroczu 2013 roku.

hala grafit i pomysły

opublikowane: 10 cze 2013, 11:46 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna

Po wielu miesiącach obserwacji i wywiadów związanych z wadliwym funkcjonowaniem Hali kupieckiej Grafit, mamy pewne wnioski, z którymi mozecie się nie zgodzić, ale które warto rozważyć. Na początek obejrzyjcie zdjęcia. Wkrótce opiszemy nasze pomysły.

grafit czy koh-i-noor?

opublikowane: 10 cze 2013, 11:38 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 4 mar 2014, 08:00 ]

Hala kupiecka Grafit. Znów czas na jej reanimację, znów kosztem podatników.

Tiaaaa... Nic dziwnego, że to dziwadło stoi puste. TO była niezła ściema: że niby halę kupiecką się buduje. W praktyce to dziwadło między zwyczajnym centrum wielofunkcyjnym a domem handlowym. W tej niby-hali kupieckiej, które całkowita powierzchnia wynosi 15780mkw, powierzchnia stoisk kupieckich wynosi (wg PFU) zaledwie 2731. Parking ma nieomal tyle samo powierzchni. Ciekawe, dla kogo, na pewno nie dla klientów, oni nigdy by go nie wypełnili przy tak małej powierzchni sprzedaży, raczej więc dla pracowników biur i usług. Ale ściema w punkcie 1.1.1. - że to niby trzeba stworzyć nowe miejsca pracy, wesprzeć handel kupiecki i zaspokoić potrzeby mieszkańców - niezła, naprawdę niezła ściema. Czyżby ktoś postanowił postawić biurowiec z parkingiem podziemnym i łupać za to dużą kasę, ale zdecydował się to podciągnąć pod halę kupiecką? Nieładnie.

Fascynująca jest w tym PFU tabela 2., czyli Zestawienie powierzchni wg funkcji podstawowej i pomocniczej (s.15). Ktoś wydał tutaj precyzyjne wytyczne, bo cudownie wiedział na 100%, że na parterze stoisk z mięsem i wędlinami potrzeba 9, a piekarni tylko 5, garmażerki tylko 2, drobiu tylko 3. Natomiast na 1. piętrze stoisk z odzieżą potrzeba 15, a z obuwiem tylko 3. Rozkoszne. Stoisk tzw. "zdrowa żywność" powinno być tylko 3 i to na 1. piętrze! Cudowne. Pracę ten ktoś wysadził na 1. piętro:) Gastronomię wydzielił i też sio na 1. piętro, po co łączyć to z handlem na parterze, no po co... Zagraniczni się nie znają, głupio robią kupując prasę i owoce oraz czytając i jedząc przy sklepach. Nie znają się i już. Apteka, stoisko z kawą i herbatą oraz przyprawy - też na 1. piętrze. O Dio... Brak słów, naprawdę. Ten, kto układał ten PFU, chyba dawno nie podróżował za granice własnego biura. Albo podróżował, ale nie miał czasu żyć, lecz latał tylko pstrykając foty budynkom.

Relacje ww. powierzchni są tak absurdalne, że nie sposób sprawić, by tak zaprojektowany obiekt zapełnił się najemcami. Podobnie szacuje się efektywność inwestycji w projektach dotacyjnych miękkich: liczy się, ile przypada wydatków na JEDNOSTKĘ - jeśli wychodzi za mało przy dużej dotacji, wówczas projekt nie wygrywa konkursu. To się po prostu musi zwrócić w postaci nakładu jednostkowego - w hali na sprzedaż, na mkw powierzchni kupieckiej. W tym wypadku jest to po prostu źle zaprojektowane.

Zaskoczenie, że to dziwadło nie hula? Niektórzy kupcy mówią mi, że zdarza się, iż czynsze w halach są wyższe niż w Skaju. No to nie hula to dobrze - ani ta hala, ani nasza, ani każda inna. To spory paradoks (może i dobrze), bo może KTOŚ się czegoś nauczy i nigdy więcej nie sfinansuje ani nie zaprojektuje takiego horroru. No ale nie, nie we Wrocławiu, nie w Polsce, my nie uczymy się na błędach ani nie jesteśmy mądrzy po szkodzie. Nadal popełniamy te same byki, tacy jesteśmy zarozumiali i zaćmieni. W dodatku dziwimy się rozkosznie "nie działa??? jak to???", po czym usprawiedliwiamy się równie rozkosznie "to tamten zawinił, nie my!".

Fatalnie, fatalnie, fatalnie zaprojektowana <hala kupiecka>. Ktoś pomylił dom handlowy lub biurowiec z halą kupiecką. Ktoś nie ma zielonego pojęcia ani o handlu kupieckim, ani o robieniu zakupów (czyżby projektowali to mężczyźni?). W życiu nie poszłabym tam na zakupy z myślą, że idę do <hali kupieckiej>. Tylko 1/5 kupców z Grunwaldu się tutaj przeniosła - to był pierwszy sygnał, że coś jest źle, ale wtedy kroków nie podjęto. Kupcy dawali znaki, ale je zignorowano.

Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej wydała 36 milionów na budowę tego dziwadła. Potem prezydent przelał kolejne 4 miliony kolejnej spółce, "Wrocławskie Mieszkania", by ratowała i przerobiła halę (do k.września mają je zwrócić na konto gminy), m.in. na przychodnię - to już druga dyskwalifikacja. Kredytu udzielił PKO BP. Przetarg na projekt i budowę wygrała firma Alfa-Dach. Obowiązywało oczywiście kryterium najniższej ceny i spełnienia wymogów SIWZ. Obłędnie błędny projekt koncepcyjny na zlecenie inwestora wykonała pracownia Kuryłowicz&Associates, słynna ze stricte estetyzującego podejścia do architektury. Na własnej, wrocławskiej skórze czujemy tego efekty.

Reasumując, to, że obiekt jest pusty, obciąża inwestora strategicznego, generalnego wykonawcy i projektantów. Dla przypomnienia: Wrocław nie ma uzgodnionej rozważnej polityki targowej (kupieckiej) i jest ona miastu niezbędna i pilna. W rozgarniętym kraju, gdy project manager źle wyda kasę inwestycyjną, ponosi za to odpowiedzialność. Czy tutaj jakiś project manager poniósł odpowiedzialność za złe wytyczne projektowe lub po prostu zły projekt? W zasadzie główne cele inwestycji, za którą zapłaciliśmy wszyscy, nie zostały spełnione, a określone zostały w SIWZ w punkcie 1.1.1.: umożliwienie utrzymania miejsc pracy, wspieranie kupiectwa na tym terenie,  zaspokojenie potrzeb mieszkańców,  ograniczenie uciążliwości i minimalizacja energochłonności nowego obiektu, a także w punkcie 1.3.: aktywizacja przedsiębiorczości, stworzenie nowych miejsc pracy,   Czy ktoś poniósł finansową odpowiedzialność za niespełnienie tych celów?

Tutaj PFU, czyli Program Funkcjonalno Użytkowy z SIWZ na etapie przetargu na projekt i budowę hali. Poczekajcie chwilę, aż się załaduje, warto, bo program szokujący.
Tutaj ogłoszenie o przetargu na stronie ARAW.
Tutaj artykuł w GW o Grafit.

Opracowanie:
Anna Rumińska

dlaczego hala nie hula?

opublikowane: 10 cze 2013, 11:37 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna

HALA NIE HULA? Ten tekst nie dla tych, co nie umieją (=nie lubią) czytać więcej niż twitterową ilość.

Słońce w Hali operuje przepięknie. To jest gmach nad gmachy, przepiękne miejsce. I chyba sobie zaczniemy przynosić WĘDKARSKI STOŁEK, by usiąść w tym słońcu i chrupać młodą marchewkę, ciastko ze stoiska obok, popijając kawą z kawiarenki w głębi i czytając książkę z księgarenki z piętra (o rety! nie ma księgarenki w Hali!!!). Tylko... nie ma gdzie umyć marchewki! No chyba że w WC u tej miłej pani... Ale jakoś ta koncepcja nam upada, słońce wpada, przechodzi, mija, noc zapada, hala umiera. Rety, czy naprawdę w tym obiekcie nie ma nikogo, kto zna prawidła kupiectwa i preferencje klientów??? Co my na innej planecie żyjemy? No chyba tak. Obejrzyjcie zdjęcia z Hali i z jej otoczenia.

Znów czytamy to samo Grafit versus Hala Targowa. Czytamy sobie tak: "Nie mieliśmy wyboru bo popyt okazał się mniejszy niż zapewniano. Na piętrze będzie albo duży najemca, albo powierzchnie biurowe - tłumaczy prezes ARAW-u Dariusz Ostrowski" - mówi o Hali Grafit. Ze 150 stoisk została połowa, a z nich tylko część wynajęta. Czy ktoś stracił chociaż STOŁEK (metaforyczny, nie wędkarski) za tę totalną wpadkę inwestycyjną? Zatem skoro hala Grafit nie hula, to prezes szuka szans na zmiany, i słusznie (tylko ciut za późno, bo one cholernie dużo nas kosztują). Innym słowem można by oczekiwać, że skoro inna hala nie hula, to też w niej będą albo biura, albo jeden najemca, proste - podejmuje się kroki, by ratować obiekt. Otóż nie. Dlaczego? Bo hala Grafit to nie zabytek, więc można nią elastycznie zarządzać. Hala Targowa - owszem, zabytek, więc zmieniać go nie można bez zgody wielu. Lepiej niech sam się zawali, prawda państwo radni? Dlaczego radnymi nie zostają młodzi ludzie jeżdżący po świecie i doświadczający nowoczesnych form życia??? Ludzie, weźcie się do aktywności i kandydujcie na radnych! Trzeba nam wymiany pokoleniowej, zrozumcie to - dla nas samych, byśmy potem mogli bywać tu i tam. No i jest jeszcze kwestia miejscowego planu, ale to... e tam, ręce opadają.

Otóż w przypadku Hali nikt nie chce się zgodzić na zmianę tradycyjnego handlu detalicznego na "jednego najemcę" - w sumie ma to sens, bo przecież jest już zarządca całości, więc po co zarządca ma zarządzać jednym najemcą? Kupy to się nie trzyma. Jednak to pat, bo w obecnym kształcie też się to kupy nie trzyma. Zatem niech będzie: zarządca zarządza z odległości, a w hali siedzi jeden najemca i wynajmuje całą kondygnację, płaci czynsz i po temacie. I tak będzie problem, bo Halę trzeba pilnie remontować, sypie się. Zarządca to zapewne ciągle robi, mało widać, bo to nie są spektakularne remonty, raczej podtrzymujące życie, takie drobne przeszczepy. Póki co, tzw. tradycyjny handel detaliczny kwitnie i usiłuje przetrwać. Z tradycją, szczególnie tą lokalną, nie ma wiele wspólnego, bo wiele produktów w Hali jest spoza regionu, państwa lub kontynentu.

Zatem lepiej nic nie zmieniać i tylko oczekiwać, że pieniądze z nieba spadną, a zarządca zrobi wszystko, co trzeba. No i najemcy - oczywiście muszą, po prostu muszą, dobrze handlować bez względu na wszystko. Pilnują i radni, i służby konserwatorskie, i zapewne inni, by Hala była tym, czym nie umie być: zbiorowiskiem małych stoisk, z których każde rządzi się po swojemu, a całością zarządza jedna spółdzielnia/firma. W efekcie mamy to, co mamy - pełny bezwład.

W dodatku perspektywa klienta wygląda jeszcze lepiej. Strach czasem iść, bo zawsze jest jakiś kwas ze strony sprzedawców - albo cię opieprzą, żeś dotknął marchewkę, albo cię zrównają z błotem, żeś aparat wyjął, tym bardziej pstryknął (zawsze węszą podstęp), albo wyśmieją, że pytasz o skład ciasta, albo z oburzeniem zironizują, gdy spytasz o produkt, którego nie mają, albo zmierzą się tak, jakby chcieli zabić, albo po prostu uraczą cię taką miną lub zapachem, że w pięty idzie i marzysz o ucieczce. Dodaj do tego brak wózków, więc po co tutaj przychodzić? Ludzie, sprzedawcy, czy wy chcecie, byśmy do was przychodzili? Poważnie się zastanówcie. Na szczęście nie wszyscy tacy są, ale czy naprawdę musimy robić badanie terenowe w Hali, by zweryfikować, do kogo warto przychodzić stale, a kogo omijać?

Czy ktoś chce celowo Halę zarżnąć, czy ktoś ma niewiele oleju w głowie, czy ktoś żyje sentymentem i tęsknotą za niemieckim pejzażem tutejszego handlu, czy ktoś nienawidzi handlu a musi się tym parać, czy ktoś ma grupową depresję, czy ktoś próbuje na siłę utrzymać XIX wiek w XXI wieku, czy może chodzi o coś innego...? No tak, wiemy, o wszystko chodzi. O pieniądze też.

siedzenie i handel

opublikowane: 10 cze 2013, 11:30 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 10 cze 2013, 11:32 ]

W tym poście piszemy o siedzeniu w słońcu w Hali Targowej... O jakie siedziska i siedzenie chodzi? Otóż piszemy o tzw. <wolnych krzesłach> - dla gości obiektu, nie tylko klientów, ale i zwykłych halowych przechodniów. <Wolne krzesła> pełnią funkcję kotwicy pamięci. To siedziska dla posilenia się, wypoczynku, oglądania, przeczekania, rozmowy itd. - są to krzesła (mogą być oczywiście ławki lub leżaki, ale te ostatnie nie są lubiane przez osoby z ograniczeniami sprawności ruchowej) przyciągające i zatrzymujące ludzi w obiekcie, z których część stanie się klientami. Opłaca się stawiać je w miejscu handlu, nawet kosztem tego, że siadać na nich będą wciąż te same osoby (np. tubylcy) - wówczas nie należy ich zawsze i bezwzględnie  wyrzucać, ale dostawiać kolejne. W strefie wieńców również jest sporo krzeseł, na których siedzą sprzedawcy, odpoczywają, posilają się - w końcu ileż można stać, szczególnie jak nie ma zbytu. To dobry odruch, ale powinien przyjąć nieco bardziej nowoczesne formy, i estetyczne, i społeczne, to dość szeroki wątek.

Jest to pewien typ polityki, strategii kupieckiej - mniej lub bardziej świadomej - dość rzadkiej w naszej teraźniejszości, ale wcale nam nieobcej, dawniej bardzo popularnej. Siedziska muszą mieć stosowną lokalizację, by nie stały się utrudnieniem. Trzeba je również stosownie ustawiać, by generowały siadanie i zatrzymanie ludzi. Trzeba je stosownie nadzorować, aby wytworzyły dobre, a nie trudne (złe? niebezpieczne? szkodliwe?) relacje międzyludzkie. Miejsca do siedzenia pełnią strategiczną rolę w handlu detalicznym, szczególnie typu targowego. Funkcję <wolnego krzesła> mogą spełniać <krzesła adresowane>, ale nie zawsze to się udaje - to zależy od właściciela stoiska i zarządcy obiektu, jaką realizuję (jeśli w ogóle) strategię zatrzymania klientów w swoich strefach. To krzesełko na zdjęciu (koło kaletniczki), jak również inne przy stoiskach usługowych (np. koło szewca), jest adresowane dla klientów stoisk, np. przymierzających lub odstawiających coś, ewentualnie dla znajomych przychodzących w odwiedziny do właścicieli stoisk - dobrze, że tam stoją, ale na parterze nie ma żadnych, zatem nie tylko tego typu siedzisk brakuje.

Aranżacja stoisk w Hali wymaga korekt, aby zorganizować dodatkowe strefy zatrzymania klientów w obiekcie. Jednak często zdarza się, że zarządcy z góry uznają takie strefy za stracone, niekomercyjne, wprost generujące ryzyko zatrzymania niechcianych osób. Ryzyko jest jednak stałym towarzyszem handlu, podobnie dzieje się w kluboksięgarniach - zarówno wolne siedziska, jak i możliwość czytania książek bez ich zakupu, to nośniki ryzyka, jednak wliczonego w montaż finansowy przedsiębiorstwa: przedsiębiorca, instytucja lub organizacja sami ustalają swoją strategię pro- lub anty-społeczną, czyniąc wolne krzesła otwartymi dla wszystkich (licząc się z tym, że będą tu np. przesiadywać dzieci, czyli osoby o niskiej zdolności nabywczej) ALBO adresując je do wybranych użytkowników (wypędzając dzieci i innych niechcianych, by zostawiać puste siedziska dla tych mile widzianych). Kradzieże książek zdarzają się, ale częściej - zniszczenia woluminów, które są czytane bez zakupu - to również wkalkulowane jest w stosowną strategię. A skoro tak, wiemy dlaczego - po prostu są sytuacje, że to się najzwyczajniej w świecie opłaca. Nawet jeśli ktoś nie czuje misji "robienia ludziom dobrze", to przynajmniej czuje misję "robienia dobrze swemu portfelowi" - przy okazji zrobi dobrze ludziom:)

po co kuli-kultura?

opublikowane: 10 cze 2013, 11:27 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 10 cze 2013, 11:34 ]

eMSA zajmuje się coraz częściej i bardziej promocją idei kuli-kultury i kuli-turystyki (analogicznie do agro-turystyki) tj. turystyki opartej na kulinariach w małej, domowej skali. Ci, którzy potrafią gotować i przygotowują od wielu lat te same dania, powinni mieć możliwość promowania swoich talentów i produktów, wytworów. Ale jak to robić, skoro dzieci w przedszkolach i szkołach nie mają kontaktu z przygotowaniem realnej żywności? Rzadko uczą się gotować, tym bardziej biesiadować razem z dorosłymi. Gdy dorośli biesiadują, dzieci w placówkach oświaty są od tego odsuwane, mają nie przeszkadzać. Ciasta i torty są dla wizytacji, komisji, gości, wielkich person. A dzieci??? Sio, nie przeszkadzać.

Koniec złudzeń. Mamy XXI wiek.

W XX wieku uczyliśmy się w szkołach gotować. Nie uczyliśmy się, co jest zdrowe, a co nie. Używaliśmy do tego realnych produktów, z których robiliśmy realne potrawy, które potem realnie zjadaliśmy w grupie uczniów i nauczycieli. Tak było.

W XXI wieku nie uczymy się gotować, ale uczymy się dużo o zdrowej żywności i ochronie środowiska. Używamy do tego nieprawdziwych produktów, które potem odkładamy na półki. Posiłki jemy w stołówkach, w których stoły dziecięce są oddzielone od nauczycielskich. Te dziecięce nie są wyposażone w serwetki i kwiatuszki w wazonikach.

Oto pomoce dydaktyczne do zajęć przedszkolnych z zakresu edukacji kulinarnej i żywieniowej:
- plastikowe pieczywo
- plastikowe wędliny
- plastikowe jajka
Smutno nam. Dzieciom też. Tak, tak, znamy opowieści o zarazkach i zatruciach. Tak. Tym bardziej nam smutno.

Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Czy naprawdę Sanepid ma rządzić naszym życiem bez refleksji i innych możliwości, niż te obecne??? W cośmy wdepnęli w tej oświacie??? Może trzeba zrobić jakąś solidną konferencję pedagogiczno-kulturalną z udziałem Platforma Kultury, Network Sunrise, Dzikie Dzieci, dziecisawazne.pl, CZASzDZIEĆMI.PL, Czas dla mamy, a my gramy, Handmade Montessori i innych?

W edukacji przedszkolnej nie rozwija się w dzieciach tożsamości lokalnej w oparciu o kuli-kulturę - o kulinaria, umiejętności kulinarne, biesiadowanie, pasje związane z przygotowaniem żywności i częstowaniem nią ludzi. To jest nasza tradycja, w którą powinniśmy wdrażać nasze dzieci. Wielka szkoda, bo jesteśmy im to winni. W oparciu o kuli-kulturę powinniśmy rozwijać kuli-turystykę, czyli turystykę opartą na kulinariach i biesiadowaniu, na lokalnych smakołykach i umiejętnościach ich wytwarzania. Nie chodzi tutaj wyłącznie o szumne kulinarne dziedzictwo, choć ten temat i ta formuła jest ściśle związana z kuli-kulturą i ją wspiera, współtworzy. Nam chodzi o zwyczajne codzienne gotowanie, pieczenie i smażenie - o potrawy, które w rodzinach robi się od pokoleń i którymi częstuje się gości - sałatki jarzynowe, rosoły, chleby, zimne nóżki, kiełbasy, bigosy, placki, pomidorówki, barszcze, ogórki kiszone lub pikle, weki i inne słoiki na zimę i wiele wiele innych smakołyków. Te wszystkie umiejętności nie mogą być zagubione i zapomniane. Mogą być atrakcją turystyczną w małej skali, na tej podstawie, jak i na podstawie rolnictwa (agroturystyka) może rozwijać się polska wieś.

Prowadzimy też nasz kuli-kulturalny foto-blog skoncentrowany wokół tradycji GOSZCZENIA, biesiadowania, gotowania, spożywania posiłków, smakowania potraw i napojów, czyli wszystkich kuli-kulturalnych rzeczy ważnych w placemakingu! Wejdziecie do niego tutaj.

1-10 of 14