Chwastozercy‎ > ‎

Chwastozercy, laboranci, zielarze - kto zacz?

opublikowane: 24 lut 2016, 09:52 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 24 lut 2016, 12:06 ]
Radio Wrocław emitowało ostatnio materiał o jedzeniu "dzikich roślin", z którego dowiedzieliśmy się, że panuje moda na chwasty. Aha. Wychodzi na to, że jesteśmy modni. Jednakowoż zawsze podkreślamy, że tu nie chodzi o modę. No, ale nic to, dziennikarskie teksty rządzą się swoimi prawami. W materiale zebrano do jednego wora kilka różnych wątków, więc spieszymy z naszym wyjaśnieniem - pozdrawiając Tomasza Sikorskiego śledzącego stale naszą stronę na Facebooku: CHWASTOŻERCY. Tam lokujemy większość naszych treści, ale już wkrótce przeniesiemy je na inne medium.

Warto rozróżnić odmienne sposoby wykorzystania chwastów - czyli ziół, roślin wolnych, nieuprawnych, które zawierają substancje czynne. Z perspektywy człowieka sa to wszystko rośliny użytkowe. W historii kultury symbolicznej i materialnej mamy m.in.: ziołolecznictwo, medycyna naturalna, zielarstwo, znachorstwo, medycyna ludowa, chwastożerstwo, zbieractwo, nalewkarstwo, rolnictwo, permakultura, pszczelarstwo... Są to odrębne formuły odmiennego stosunku człowieka do roślin nieuprawnych oraz odmiennym sposobie ich wykorzystania. Jest wielu ziołolekarzy (medyków naturalnych), którzy nie wezmą do ust potrawy z np. duszonych chwastów, bo jedno nie oznacza wcale drugiego. Znamy paru chwastożerców, którzy wcale nie leczą się ziołami, a w sytuacji zagrożenia wolą antybiotyki - farmaceutyki. Znamy pszczelarzy, którzy nie jedzą chwastów, które tworzą pożytek dla ich pszczół (np. znienawidzonej przez botaników i rolników nawłoci). Ludzie są różni, a te różne perspektywy życiowe mogą doskonale istnieć obok siebie - ważne tylko, by mieć taką świadomość i tolerować z szacunkiem innych i ich odmienną perspektywę patrzenia na rośliny.

Medycyna naturalna, zwana czasem ludową (nie do końca słusznie), nie zakłada wcale codziennego jedzenia roślin. Są to dwa oddzielne porządki kulturowe, mieszane również z pozostałymi wymienionymi powyżej. Medycyna ludowa ma wiele wspólnego ze znachorstwem, zakłada percepcję magiczną, wg której roślin używamy w niewielkich ilościach i tylko w wyjątkowych okazjach zagrożenia zdrowia i życia. Rośliny te, jako dzikie - z porządku nieoswojonego, pozadomowego=pozawiejskiego, ze sfery sacrum negatywnego - są groźne, niebezopieczne (dzikie!), więc należy je stosować doraźnie, ostrożnie i pod czujnym okiem specjalisty - szamana, szeptuchy, znachora, zielarza itp. Te osoby są wtajemniczone w sacrum roślin i posiadają stosowną wiedzę i umiejętności. Te osoby pochodzą także ze sfery sacrum. Wcale nie oznacza to, że owe osoby codziennie jedzą zioła na obiad - nie, jedzą oswojoną, "osiadłą: żywność, czyli głównie zboża, właśnie po to, by ta sfera żywności stała się tłem dla wyjątkowych praktyk magicznych związanych z leczeniem za pomocą roślin. Porządek codzienny (profanum) jest tu mocno oddzielony od porządku niecodziennego, magicznego (sacrum). Jednak leczyć się ziołami, to nie znaczy je jeść. Antropologia jedzenia wyjaśnia te kwestie dość łatwo, a różnicę między nimi można zrozumieć już choćby na podstawie różnicy w wielkości (stężeniu) przyjmowanej dawki oraz formie podania. Kluczowe jest też przyrządzenie: surowizna, susz, kiszonka lub natyna (jarzyna gotowana, duszona, inaczej warmuz, szpinak itd.) - to w chwastożerstwie, a macerat, tinktura, napar, odwar, wywar, destylat, ewentualnie nalewka, likier lub wino - to w zielarstwie. Dwa zupełnie odrębne światy.

Ziołolekarz (medyk naturalny) a zielarz (w tym także znachor, szaman lub szeptucha), to też nie ta sama persona, a te nazwy - jak wiadomo - nie są umocowane prawnie i napotykają na wielki sprzeciw medyków konwencjonalnych (tzw. lekarzy). Zielarzowi nie wolno mówić, że leczy. Leczenie jest zarezerwowane dla lekarzy, bo istnieje taki zawód. Rejestracja zawodów jest tu dość istotna. Dlatego np., że nie istnieje zawód dietetyk, wielu rozmaitych specjalistów tak się określa - bez względu na to, jaki kurs, studium lub uczelnię ukończyli. Prawnicy mają już ten sam problem, bo prawnikiem można być po 2 latach studiów uzupełniających, np. po licencjacie z innej dyscypliny. Lekarzem nie jest więc każdy (na szczęście!), zielarzem może być każdy, kto posiądzie stosowną wiedzę, bo takiego zawodu po prostu nie ma. My nazywamy siebie chwastożercami, tzn. że nie polecamy Wam tego, co rzekomo leczy, ale opowiadamy o tym, co jemy i naszym zdaniem można jeść, ale zawsze ostrzegamy, że jest to na własną odpowiedzialność jedzącego oraz że jest to kwestia indywidualna. Decyzja i odpowiedzialność jest po Waszej stronie - podobnie jak w przypadku informacji uzyskanych od zielarzy czy nieoficjalnych nalewkarzy. Jest to słuszne przeniesienie odpowiedzialności, bo wpływ roślin na człowieka jest sprawą osobniczą. Ziołolekarze korzystają też czasem z medycyny konwencjonalnej (farmaceutycznej), ale przede wszystkim z naturalnej, lecz niekoniecznie ludowej. Zielarz korzysta z ludowej i naturalnej, ale niekoniecznie z konwencjonalnej.

Medycyna ludowa różni się tym od naturalnej, że jest silnie symboliczna - niektórzy mówią, że opiera się na magii (z tym wiąże się szamanizm). Medycyna naturalna jest odległa od symboliki magicznej i zasadza się na ekologii i szacunku do przyrody. Ziołolecznictwo natomiast zbliża się mocno do medycyny konwencjonalnej, ale posiłkuje się zasadą prewencji i wykorzystania sił przyrody, jest uregulowana naukowo, w przeciwieństwie do zielarstwa. Z resztą zielarstwo i medycyna ludowa to też w zasadzie nie jest to samo, bo współcześnie symboliki i magii jest w zielarstwie niewiele, a w medycynie ludowej było jej bardzo dużo. W tym momencie wracamy do zbieractwa. To też nie jest dosłownie chwastożerstwo, które jest tylko fragmentem zbieractwa. Zbierano rośliny nie tylko do jedzenia, ale i do gospodarstwa domowego, rzemiosła, rękodzieła, zielarstwa i na handel. Laboranci karkonoscy nie byli chwastożercami, nie jedli na co dzień ziół, lecz wytwarzali z nich produkty lecznicze, np. nalewki, likiery, tinktury itp. Podobnie zielarze rosyjscy, chińscy czy kanadyjscy. Podkreślić należy nazwę, jaka zachowała się w zbiorowej pamięci i historii Karkonoszy: laboranci. Zwraca się tu uwagę na technikę badania i wytwarzania, profesjonalizm badacza oraz jego szkiełko i oko. Tu nie ma miejsca na magię. To są nauki przyjazne człowiekowi: chemia, fizyka, biologia.

Obecnie tradycje niemieckich laborantów działających w Karkonoszach kontynuuje na Dolnym Śląsku kilkanaście marek lokalnych i pozalokalnych, polskich i niemieckich, np. Manufaktura Michałowicka, Likier Karkonoski, Stonsdorfer Echt i inne. Każda marka jest inna, każda ma inne korzenie, ale wszystkie czerpią wiedzę z poprzednich pokoleń, choćby od swoich rodziców i dziadków.

Opracowanie: CHWASTOŻERCY