Chwastozercy‎ > ‎

Co znaczy "produkt lokalny" / "lokalny" versus "przetwarzany lokalnie"

opublikowane: 29 gru 2016, 03:06 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 29 gru 2016, 06:54 ]
Warzywo na stole - bez oleju ani rusz. Liście, łodygi, korzenie, kwiaty, bulwy, cebule, kłącza, owoce - ogólnie: WARZYWA - wszystko to lubi być skąpane w olejach lub innych tłuszczach, które nie tylko przenoszą smaki, ale i zwiększają wartość odżywczą potrawy. Mamy nadzieję, że w każdym regionie w Polsce jest tłocznia oleju... Jest czy nie? Kto nie ma dostępu i musi jeść rafinowany tłuszcz w płynie zwany bezpodstawnie olejem i dostępny w sklepach - współczujemy, bo to tak, jakby mieć w lodówce olej silnikowy - sam tłuszcz, pusta energia, nic poza tym. Rafinacja pozbawia olej cennych składników, więc w sensie spożywczym i odżywczym jest to tylko ciecz olejopodobna. Wszystkim niezaopatrzonym w dobre, uczciwe oleje życzymy noworocznie, aby w swoim regionie znaleźli rzetelną tłocznię olejów, w której zaopatrzą się w zdrowe, wartościowe, smakowite, złote sosy.

Polska od dawien dawna tłoczyła oleje. Niegdyś w każdym ogródeczku rósł len lub konopie. Nie wyobrażano sobie śniadania (czyli dawn. posiłku, od śniedne = jadalne) bez oleju. Ba! Każdy sam sobie tłoczył olej. Rośliny te dawały też inne surowce niezbędne w gospodarstwie, np. pakuły, słomę, włókno do tkania itp. Warto wrócić do tego zwyczaju, bo świadomi konsumenci są przyszłością ludzkości. A przynajmniej starać się kupować i spożywać LOKALNY OLEJ, a nie ciecz olejopodobną - bez masowego importu olejów z innych kontynentów, bo jest to zwyczajnie nieekologiczne (nie odbierając tym tłuszczom ich zalet), bez ściemniania, że palmowy olej ekologiczny (z certyfikatem zielonego listka) jest lepszy od nieekologicznego, bo to również ściema - pod ten ekologiczny również wypala się lasy tropikalne, również łamie się prawa pracownicze i prawa człowieka, również wysiedla się wioski i pozbawia siedlisk dzikie zwierzęta. Certyfikat jest tu niestety tylko symbolem ściemy, nieświadomości klienta i wyzyku producenta.

Bliska jest nam teza i filozofia, że najlepsze jest to, co LOKALNE. O tym mówi również makrobiotyka, wiec zachęcamy szczególnie młodzież do podążania ścieżką lokalności. Olej zimnotłoczony to nasze dobro etniczno-rolnicze, wiec oprócz oliwy (oleju z oliwek), olejów z odległych stron świata oraz ewentualnie uczciwych tłuszczów zwierzęcych (masło, smalce), trzeba mieć w domu kilka lokalnych olejów. W sensie spożywczym, to patriotyczny obowiązek, bo patriotyzm spożywczy to ważny wątek w teorii konstruowania tożsamości lokalnej.

Na Dolnym Śląsku jest kilka tłoczni oleju, które tłoczą oleje z ziaren pozyskiwanych z regionu lub spoza regionu, np. :"Naturalny Olej"  Łukasza Bogdańskiego (Dziećmorowice, gm. Walim), "Oleania" Łukasza Wzorka (Malczyce, pow. średzki), "Zdrowe Oleje" Katarzyny Nowak-Uszok (Brzezinki, gm. Jelcz-Laskowice), czy "Olejarnia Bożydar" Jacka Rylskiego (Brzezia Łąka, gm. Długołęka). Wciąż jednak za mało jest takich tłoczni, a tym bardziej wciąż za Malo jest lokalnych, dolnośląskich upraw roślin oleistych, przede wszystkim nie desykowanych, tj. nie opryskiwanych herbicydem w celu skrajnego dosuszenia ziarna na ok. 2 tygodnie przed jego zbiorem (niestety desykacja jest dozwolona, a nawet wspierana przez tzw. władze centralne). Zapotrzebowanie na olej wzrasta m.in. dzięki edukacji jedzeniowej, ale podaż nie nadąża za popytem.

Pyszne oleje, świeżo tłoczone, polecamy je zawsze. Najcenniejsze są te, które są tłoczone z ziaren z regionu, ziaren lokalnych. Pytajcie zawsze tłoczarzy, aby mieli świadomość, że jest to ważne dla nas, świadomych konsumentów. Jednak nawet, gdy tłoczą oni oleje z ziaren nielokalnych (czytaj: nieuprawianych lokalnie = w regionie), są oni bardzo ważnym i pożądanym ogniwem łańcucha konsumenckiego. Odrębną sprawą jest czystość ziarna: czy np. rzepak przed tłoczeniem jest opryskiwany herbicydem, czy nie? Skoro glifosat (składnik herbicydu) zostaje w ziarnie w toksycznym prezencie dla naszych stołów i ciał, to pytajcie o to tłoczarzy, niech wiedzą, że nas to interesuje, że nie jest nam obojętne, co wkładamy do ust.

Kwestia lokalności i uznania produktu za lokalny jest bardzo interesującym wątkiem w antropologii jedzenia i food studies. Ten trend odzwierciedla w znaczącym stopniu tendencje wytwórców żywności, ich tęsknoty marketingowe i stosowane przez nich techniki w celu dołączenia do tzw. szacownego grona  wytwórców żywności lokalnej, tradycyjnej, regionalnej - określeń jest sporo. Wszak te właśnie grona są wspierane finansowo przez urzędy marszałkowskie, urzędy gminne, miejskie, a także lokalne grupy działania. Stad m.in. wzięła się tak wielka popularność kilku najpopularniejszych systemów certyfikacji, np. „Dziedzictwo Kulinarne”, „Teraz Polska”, „Produkt Lokalny” i innych. Poza olejami również inne rodzaje produktów przetworzonych zasługują na uwagę, np. piwa, sery, mąki, kasze, soki, przetwory (po dolnośląsku: weki) itp. W tym kontekście ma to ścisły związek z rozwijająca się branżą olejarską, branżą tłoczarzy olejów m.in. na Dolnym Śląsku.

PIWA

Wiele tzw. rzemieslniczych browarow warzy piwa na odległym słodzie i granulacie chmielowym - nawet nie szyszkach, lecz granulacie, np. lubelskim. Mimo to są one sprzedawane i konsumowane, jako lokalne - czytaj: regionalne, np. dolnośląskie. W niektórych dolnośląskich (i nie tylko) restauracjach znajdziecie wiele takich ofert w menu: "piwo regionalne". Oznacza to, że jest ono wytwarzane lokalnie, w okolicy, innym słowem warzone jest w pobliżu. Na marginesie pozostawia się odległości, które mają do przebycia składniki tego piwa. W sporadycznie wybranych restauracjach znajdziecie inna ofertę: "piwo lokalne". Co to oznacza? Nikt do końca nie wie, chyba że zacznie drążyć. Lokalne, to w domyśle i oczekiwaniu coś, co powstaje lokalnie z lokalnych surowców i półproduktów, czyli takich składników, które wyrosły lub zostały wyhodowane w okolicy, w regionie. Ciekawostka są piwa aspirujące do bycia piwną wizytówką subregionów, a wytwarzane całkowicie poza nimi, mające jedyne lokalne nazwy, np. izerskie lub walońskie. Świadczą one o ogromnej potrzebie rozwoju produktu lokalnego w Górach Izerskich oraz na obszarach działania Walończyków w Karkonoszach. Kapitał społeczny jest tu ogromny, zasoby kulinarne i surowcowe również, zatem piwa te czekają na zwiększenie poziomu lokalności, a mogą to zrobić jedynie lokalni piwowarzy. Do takich piwowarów należy Bartłomiej Bogdański z Sobotki Gorki, który wraz ze wspólnikami wytwarza piwo wysoce lokalne. Nominowaliśmy je z powodzeniem do Arki Smaku Fundacji Slow Food. Dzięki naszym staraniom doczekało się ono opisu w mediach Slow Food International.

SERY

Są i tacy serowarzy, którzy reklamują swoje serowarnie, jako zagrodowe lub farmerskie. Oby takich jak najwięcej. Jednak w czasach PRL każda nieomal gospodyni domowa była serowarka, bo... sama robiła sery. Ale czy robiła je z mleka od własnych krów lub kóz? W mieście - nie, bo mleko kupowała w sklepie. Na wsi - często tak, ale to temat zasługujący na odrębny opis. Serowarki miastowe nie wytwarzały serow z mleka od własnych zwierząt, lecz kupowały je w sklepach, nastawiały na zsiadłe, po paru dniach powoli warzyły, odcedzały i podawały na stół w postaci domowego twarogu. Wkład ich pracy w wytworzenie sera był bardzo istotny. Fakt, mleko było „obce”, ale nie tak odlegle, jak obecnie. Współczesny dyskurs nt. serowarstwa w praktyce nie nazywa takich osób serowarami, bo nie wytwarzały one serów z lokalnego mleka ani z przeznaczeniem na handel, choćby niszowy. Niektórzy współcześni przetwórcy, zwani serowarami, robią jednak dokładnie to samo: wytwarzają sery z mleka skupowanego od innych, a nie z mleka od własnych zwierząt. Bywa to tajemnicą poliszynela, sami wytwórcy niechętnie się tym chwalą. Dlaczego? Wszak kupować półprodukty od innych, to żadna ujma. Najprawdopodobniej dlatego, że: 1) opisywani, jako zagrodowi lub farmerscy, winni używać wyłącznie mleka od własnych, lokalnych zwierząt, 2) lokalnego pochodzenia mleka oczekują  od nich konsumenci (w domyśle). Konsumenci są bowiem przekonani, ze są to sery lokalne, zagrodowe, farmerskie, czyli wytworzone z mleka od własnych krów. Skąd faktycznie pochodzi to mleko - ot, tajemnica... Reasumując, lokalnym serem jest raczej ten wytwarzany z lokalnego mleka, tj. mleka pochodzącego od najlepiej własnych krów. To jest prawdziwie slowfoodowy ser. Przykładowymi serami o takim poziomie lokalności są te wytwarzane przez Mariusza Purgała z rodziną ("Malinowa Zagroda") w Przemkowie lub Sylwestra Wańczyka z rodziną ("Wańczykówka") w Krzeszowie.

Ania_Szlączka_soki_owoce - Kopia (2)Podobnie rzecz się ma z mąkami, kaszami, sokami i innymi przetworzonymi produktami. W tym kontekście jednym z produktów wysoce lokalnych są soki owocowe autorstwa Anny i Bolesława Szlączków z Lutyni k/Wrocławia, miejscowości będącej swoistym zagłębiem sadowniczym w najbliższym sąsiedztwie Wrocławia. Jednak nie każdy sok tutaj tłoczony jest prawdziwie lokalny. Decydują o tym domieszki smakowe, sposób opracowania receptur składnikowych, wielkość upraw (rozpiętość areału i tym samym skali produkcji jest ogromna) oraz stosunek autorów tych soków do ich własnych, rodzinnych upraw, tj. sądów, drzew, ich dobrostanu, a także flory i fauny wspierającej, czyli zwiększającej czystość składnikowa końcowego produktu, jakim jest sok. W handlu dostępne są rozmaite soki, wiele z nich zamykana jest obecnie w kartony z kranikiem. Nieświadomi konsumenci nie wiedza, co jest w środku - albo nie chcą, albo nie mogą się dowiedzieć. Karton kartonowi nie równy, bo sok stanowiący jego zawartość również może być całkowicie różny = może pochodzić z owoców masowo traktowanych opryskami środkami ochrony roślin, które pozostają trwale na jabłkach. Może tez pochodzić z owoców czystych chemicznie i smakowo, tj. takich, w których laboratoryjnie nie stwierdzono obecności pozostałości chemicznych. Takie są właśnie soki z marka "Owoce Lutyni”. Zasługują one na wyższą (o)cenę, ponieważ za badania laboratoryjne ich wytwórcy plącą osobiście, w przeciwieństwie do tych nieprzebadanych. 

Skoro więc mamy być uczciwi w nazewnictwie i weryfikacji, to produkty dzielmy na LOKALNE i PRZETWORZONE LOKALNIE. 

Zatem PRODUKTY LOKALNE to te, które sa wytwarzane lokalnie (w subregionie oznaczania) z surowców lub półproduktów uprawianych lub hodowanych lokalnie (=w regionie, a najlepiej subregionie). Do wyjątkowej rzadkości należą produkty wybitnie lokalne, czyli takie, które mają 100% składników pochodzących z subregionu, z najbliższej okolicy, a jeszcze rzadziej - z własnego gospodarstwa oraz które podkreślają wysoka wartość lokalnych smaków dawnych, minionych, tradycyjnych, bez podkręcania ich smakami odległymi, np. śródziemnomorskimi, azjatyckimi, czy afrykańskimi. Świadomość wartości lokalnych i archaicznych smaków np. na Dolnym Śląsku jest tak niska, ze nie przykłada się wagi do tych praktyk, uznaje się je za zbyt radykalne lub bezcelowe używając jednocześnie argumentów typu „Dolny Śląsk nie ma dziedzictwa kulinarnego” - tak jakby na Dolnym Śląsku nikt dawniej niczego nie hodował, nie uprawiał, nie wytwarzał i nie jadał. W tych negatywnych ocenach kulinarnie dziedzicznych zasobów regionu nie padają nawet definicje dziedzictwa, wiec trudno przyznać im rację. Odnosi się to także do nazewnictwa kulinarnego, wiec popularność u nas zdobywają nie przeciery, smarowidła lub gąszcze, ale humusy, pesto i salsy. Praktyki wierności językowej, smakowej i składnikowej są jednak kluczowe dla innych społeczności (co równie ciekawe - podziwianych przez Polaków), np. włoskich, francuskich, japońskich, koreańskich i innych, gdzie rzadko stosuje się rodzaj "tuningu" obcymi smakami poprzez dodawanie obcych przypraw. „Lokalny”  znaczy tam „o smaku lokalnym”, tradycyjnym. Nie w Polsce, gdzie zachwyt nad obcymi smakami przyjął już rozmiar epidemii psychologicznej - tak, psychologicznej, bo odbiór smaku to kwestia wybitnie psychiczna, związana z narracją, wspomnieniami, kotwicami pamięci. Zawartość produktów obcych - w składzie i w smaku - decyduje więc o autentycznej głębi lokalności - produkt może być 100-procentowo, 50-procentowo lub 10-procentowo lokalny, ale czy w takim razie produkt 10-procentowo lokalny jest JESZCZE lokalny...? Kryteria weryfikacji owej głębi lokalności, poziomu lokalności powinny mięć zawsze kluczowe znaczenie w ocenie i wycenie produktów opisywanych jako LOKALNE. 

Skoro ww. piwa i sery traktowane są jako lokalne, to należałoby być konsekwentnym, sprawiedliwym i podobnie traktować oleje - jako “lokalne”, ale w rozumieniu “LOKALNIE TŁOCZONE”. Określenie PRZETWORZONY LOKALNIE nie znaczy LOKALNY w 100%, mimo że nie można odmówić temu produktowi wartości odżywczej. Warto zawsze pamiętać o tej subtelnej, acz arcyważnej różnicy, warto produktami przetwarzanymi lokalnie i w pełni lokalnymi zastępować owe odlegle, obce, importowane z innych kontynentów. Jeśli ktoś dąży do maksimum lokalności, jeśli ktoś szuka produktu lokalnego, aby np. budować na nim markę lokalnej grupy działania, tożsamość lokalną mieszkańców, wartość turystyczną i ekonomiczną miejscowości, aby mieć swój wkład w zmniejszenie negatywnych skutków masowej migracji żywności, to jest to dobry krok. Potem pozostaje kolejny: przejście na oleje w pełni LOKALNE, tj. tłoczone z ziaren LOKALNYCH, co pozwoli na stwierdzenie, ze tłoczymy, sprzedajemy, kupujemy i konsumujemy OLEJ LOKALNY.

Jakie to ma znaczenie? Komu to potrzebne? Argumentów jest wiele i bynajmniej nie wywodzą się one wyłącznie ze sfery smakowej, czyli uznawanej za przyziemna. Budowanie sieci lokalnych przedsiębiorców, rolników, wytwórców, przetwórców ma strategiczne znaczenie dla społecznego i ekonomicznego wzmocnienia miejscowości i jej najbliższych okolic. Taka miejscowość funkcjonuje o wiele lepiej od miejscowości bazującej na imporcie półproduktów. Ten typ miejscowości określany jest slow city, czyli powolne miasto, co należy czytać jako miasto bazujące na relacjach lokalnych, swojskich, a nawet swojackich. Odpływ młodzieży z takich miejscowości jest niższy, ponieważ mieszkańcy budują swoja przyszłość zawodowa w oparciu o gęsta, zróżnicowana siec różnorodnych relacji konsumenckich i producenckich. W takich miejscowościach chce się mieszkać i do nich przyjeżdżać w odwiedziny. Takie miejscowości budują swoja markę i wizerunek na dobrostanie mieszkańców i partnerów spoza miejscowości, czyli mieszkańców okolicznych wsi, które ściśle z nią współpracują. Dawniej ten model był podstawowym modelem funkcjonowania jednostek osadniczych. Wraz z cywilizacją i urbanizacją utraciliśmy to dobro, ale nie bezpowrotnie. Czy zatem cywilizacja jest nam bezwzględnie potrzebna…? Jest to pytanie retoryczne, ale warto wiedzieć, że można wrócić do owego starego, ale wcale nie archaicznego modelu i wyznaczać go jako wiodący w rozwoju miejscowości.

Artykuł opublikowany pierwotnie na stronie Slow Food Dolny Śląsk:

***

Anna Rumińska
Comments