Chwastozercy‎ > ‎

etyka i semiotyka w produkcji żywności

opublikowane: 6 lut 2014, 04:12 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 2 wrz 2015, 05:59 ]
te·o·sin·te n
Język tak pięknie nazywa archaiczną, wysoką roślinę spokrewnioną ze współczesną kukurydzą, a wciąż dziko porastającą płd-zach.Meksyk. Oryginalnie w języku Nahuatl (azteckim) brzmi to równie pięknie: teocintli, co w języku kolonizatorów ziemi nieco na północ (czyli terenów np. Siuksów) oznacza sacred dried ear of corn, to z kolei w języku Słowian oznacza święty suchy kłos kukurydzy (teōtl to po aztecku bóg). Jaki to ma związek ze współczesnością? Choćby taki, że pewna archeobotaniczka z Panamy, Dolores Piperno hoduje teosinte w dwóch szklarniach - jedna ma współczesne środowisko klimatyczne, druga - pradawne, przed udomowieniem, w późnym plejstocenie, gdy niższa była temperatura (o 2C) i emisja CO2. Usiłują w ten sposób poznać pochodzenie kukurydzy, które do dziś nie jest znane. Mówimy, że pochodzi z Ameryki, ale skąd się TAM wzięła? Jeszcze nie wiadomo. Wiadomo, że teosinte jest spokrewniona właśnie z kukurydzą, a nie np. z ryżem, który przypomina o wiele bardziej, bo do współczesnych złotych kolb wcale nie jest podobna. Eksperyment przyniósł wniosek, że 11 tys.lat temu było inaczej: teosinte wyglądała jak dzisiejsza kukurydza. Nic dziwnego, że ówcześni farmerzy wybrali ją na główny gatunek uprawny (jedna łodyga, silny kłos=kolba itd.). Historia teosinte dowodzi, że to nie człowiek ją zmienił, lecz sama dostosowała się do zmian klimatu - po prostu się zmniejszyła, by przetrwać.
TUTAJ czytajcie więcej o tym eksperymencie.

Co łączy teosinte z czekolada, musli i kawą? Szykuje się sympatyczne śniadanko, prawda? Nie dla wszystkich sympatyczne... Być może wiecie, że kukurydza dla Azteków była materializacją istoty boskiej. Tak było często w kulturach plemiennych: to, co rosło wokół i zapewniało społeczności przeżycie, stawało się dla ludzi wcieleniem bóstwa. W ten sposób ludzie oswajali często nieprzychylną rzeczywistość, w której brakowało żywności, plony zależały od słońca i deszczu, a powody ich spadku nie zawsze były jasne. Aztekowie tłumnie zamieszkiwali kiedyś obecny Meksyk, ale niejaki pan Cortez wyrżnął ich w pień nieomal całkowicie. Nieliczni potomkowie nadal żyją, język również, ale w formie niszowej, bo jak wiadomo, w Meksyku rządzi hiszpański - język tamtejszych kolonizatorów i zabójców.

Nie, żebyśmy mieli coś do Hiszpanów, o nie, kochamy ich, jak oni nas, ale wciąż nie mówi się o tym ludobójstwie w sposób rzetelny. Nikt masowo nie domaga się prawdy, więc propaganda sukcesu trwa. W Polsce rodzą się nawet pomysły dumnego marketingu - określania produktów zbożowych nazwami, które w umysłach ludzi empatycznych i znających historię przywołują tę zagładę. Dotyczą np. CZEKOLADY i AMARANTUSA. Pierwszą - rzeczywiście piękną czekoladę handmade z dodatkami - o nazwie Cortez Chocolate Premium, dystrybuuje firma "Czas na Herbatę". Firma Ekoprodukt produkuje i sprzedaje "Musli Kolumba" używając w dodatku określenia "żywność ekologiczna" - logiki w tym niestety nie ma, drodzy Państwo. Czy wiecie, że w czasach konkwisty hodowla i spożywanie amarantusa były ZABRONIONE? Dlaczego? Ponieważ objęte były kultem, a przecież kolonizatorzy przybyli z misją chrystianizacyjną, więc "pogańskie" wierzenia tępili z głębokim zapałem i pod wezwaniem swego boga. Gdzież by Kolumb spożywał "pogańskie ziarno"? Jakże to tak... Zapewne wierzył, że mu zaszkodzi. Musli Kolumba? To niesamowicie fałszywa narracja. Mimo to, współcześnie honor związany z zaletami tych produktów wciąż oddawany jest w ich nazwach owym najeźdźcom i mordercom (i to z nazwiska!), a nie twórcom, hodowcom, ówczesnym konsumentom. Wciąż śmietankę spija Hiszpania i Portugalia, a nie Meksyk, Peru, Chile, Kostaryka i inne tamtejsze kraje.

Produkcja kawy, czekolady, amarantusa, komosy białej i wielu, wielu innych "amerykańskich" specjałów wciąż nie przynosi splendoru tamtejszym kulturom, obecnie państwom wcale nie zamożnym. Hipotetycznie, gdyby ktoś z tamtych krajów zastrzegł te produkty (nie surowce), jak my oscypki lub kołocz, zbiliby zapewne fortunę. Geneza tej żywności lokuje się w tamtej części świata, a nie w Europie, podobnie z niektórymi warzywami... Dlatego wciąż trudno nam mówić, że kawa z Ameryki Śr. i Płd. to sprzedaż fair-trade (kawa z Etiopii - odrębny, bardzo smutny temat...). To nigdy nie będzie fair, dopóki tamtejsze państwa nie będą masowo bogacić się na fakcie, że Europa i północna Ameryka nie może przetrwać bez kawy i czekolady, kaszy z quinoa i , tak jak nie mogą przetrwać bez chilijskich win lub arabskiej ropy. Tak, "fair trade" oznacza zakup od rolnika, ale nam chodzi o szerokie rozumienie przymiotnika FAIR. No cóż, mniejsze zło.

Dlaczego nie można nazwać pięknej i smacznej czekolady oraz, jak mniemamy, przepysznej i na pewno zdrowej mieszanki owocowo-amarantusowej imionami przywódców azteckich lub inkaskich, zamiast nazywać je imionami odkrywców i morderczych kolonizatorów? Trudno pojąć wyroki polskich marketingowców, ale brak im i empatii, i globalnej etyki. Może też brak im wiedzy. Tak czy siak, to wyjątkowo negatywna praktyka i jako świadomi konsumenci oraz reprezentanci antropologii stosowanej, stanowczo ją piętnujemy. Natomiast gorąco popieramy i uwielbiamy badania archeobotaników.

W tym momencie trzeba przywołać jeszcze jeden wątek: plebiscyty. Najbardziej dotyczy nas, Dolnoślązaków, plebiscyt „Dolnośląski Produkt 2014" organizowany przez Oddział Prasa Wrocławska we Wrocławiu. O tym w kolejnym odcinku.


fot. Anna Ruminska                                    fot. Czas na Herbatę                                    fot. Ekoprodukt
www.emsarelacje.pl                                   www.czasnaherbate.net                           www.ekoprodukt.pl