Chwastozercy‎ > ‎

Semiotyka chwastożerstwa

opublikowane: 25 sie 2015, 03:07 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 25 sie 2016, 10:54 ]
My, Chwastożercy, NAWŁOĆ <lubimy> i tępić jej nie będziemy. Rozumiemy jednak, gdy inni chcą ją tępić. Raczej ją zjemy :) Dlaczego? O tym tutaj. Nie jesteśmy bowiem botanikami, a m.in. antropologami kultury, dla których liczy się szeroki kontekst, wielość interpretacji i którzy w wyjaśnianiu rzeczywistości stosują metodę opisu gęstego (autor: Clifford Gertz). Co znaczy lubić? Cenić przede wszystkim i umieć wykorzystywać jej pożytki - pszczelarze coś o tym wiedzą, bo miód nawłociowy należy do tych najbardziej poszukiwanych. Na bazarach stale słyszymy na stoiskach pszczelarskich pytania klientów o ten gatunek miodu. Zatem dlaczego tępić nawłoć? Dlatego, że w kontekście kilku dyscyplin nauki i życia jest <inwazyjna>. Jednak, jak powiedział wybitny polski antropolog kultury, Czesław Robotycki: "nie wszystko jest oczywiste".

Zajmujemy się antropologią kultury, biesiady i krajobrazu, semiotyką przestrzeni publicznej, antropologią komunikacji społecznej i podobnymi tematami - w szerokim kontekście tych dziedzin zajmujemy się chwastożerstwem. Określenia CHWAST używamy świadomie, z lubością i premedytacją - już kilkakrotnie wyjaśnialiśmy etymologię tego wyrazu i uzasadnialiśmy metafory w naszej nomenklaturze: "od chwatania przezwany, bo zielska chwataią ziemię dla siebie, zachwaszczając ją; u innych Słowian chwastati, chwastun, chwasta, znaczy ‘pyszałka, co się chełpi, chlubi’, jak i w dawnej polszczyźnie: »lekarz faści« (f, jak zawsze w 15. wieku, zamiast chw), t. j. ‘chełpi się’ (środkami swemi) w mazowieckim Polikarpie około r. 1450. Czy może w dalszym związku z chwost, ‘ogon’ (?), przynajmniej chwoszcz, foszcz, nazwy uprzykrzonego chwastu rolnego, ‘equisetum’, r. 1472 chwoszczki i choszczki" (za A. Bruecknerem). Powyższe dyscypliny w naszych działaniach nie koncentrują się na bezwzględnej misji ingerencji w to, co dzieje się wokół. Przemiany w przestrzeni obserwujemy z pasją i staramy się je rozumieć i wyjaśniać. Inaczej niż botanicy, których rolą i celem jest ochrona gatunków ściśle związanych z rodzimym terytorium (pytanie: od jak dawna?), a tym samym ingerencja w kondycję środowiska i historię botaniki. Inaczej niż konwencjonalni rolnicy, których rolą i celem jest ochrona masowych upraw przydatnych dla człowieka według określonej formuły użyteczności. Nie jesteśmy cepelią rolnictwa ani cepelią botaniki, gdzie hamowanie przemian uznawane jest za ingerencję pożądaną.

Tak, cenne jest prawo gatunków rodzimych do istnienia, jednak zastanawia nas, gdzie jest granica ingerencji w przyrodę - ingerencji uznanej za pozytywną. Obserwujemy z z zainteresowaniem potyczki dwóch porządków rzeczywistości, tj. sytuację, w której ingerencja jednej grupy ludzi ("przywieźli nawłoć", "pozwalają nawłoci na inwazję") z pewnych względów zostaje uznana za szkodliwą, a inna ingerencja innej grupy ("wyeliminować nawłoć, wroga różnorodności") jest uznana za pożądaną z innych względów. O tak, ingerencja ingerencji nierówna, to pewne! Podtrzymywanie osłabionych rodzimych gatunków w ich walce z najeźdźcami - tak, to zacna misja, trudna, mozolna, czasami z góry skazana na niepowodzenie. To jak chronienie zanikających zawodów, rzemiosła, mody odzieżowej, kulinariów, języka, czegokolwiek - flora jest jednym z ogniw holistycznej całości. Bardzo ważne to ogniwo, rzecz jasna. Wspieranie tzw. rodzimych (pytanie, od kiedy?) gatunków w ich istnieniu jest też utrzymywaniem rodzimego krajobrazu w jego niezmienionym kształcie, gdyż służy to określonym celom. Te wysiłki przypominają walkę niektórych miłośników architektury regionalnej (tzw. ludowej) i wynikające z tego nakazy typu "budynek musi mieć spadzisty dach z pokryciem z dachówki ceramicznej". Jednak racji jest wiele, jak sami wiecie. Mniejszość (tzw. elity) stale edukują większość (tzw. masy) w tym, co  jest właściwe. To walka iście archaiczna i oparta często na resentymencie i sprzeciwie wobec globalizacji.

Owszem, większość ludzi dobrze czuje się w oswojonym, tzw. tradycyjnym", tj. "przeszłościowym" krajobrazie (obojętne, czy zbudowanym, czy naturalnym), bo wiąże się to z poczuciem bezpieczeństwa, poczuciem tożsamości terytorialnej i kulturowej, odwagą w podejmowaniu inicjatyw  itd., o czym m.in. pisał Kevin Lynch w swojej książce "Obraz miasta", a także wielu antropologów krajobrazu, o czym wiemy wszyscy doskonale, bo czujemy to intuicyjnie - w krajobrazie niezmiennym czujemy się bezpiecznie, a skojarzenia narastają wraz z pokoleniami. Jednak nie zawsze jest to możliwe, czy zatem zmienimy diametralnie postawę i zaczniemy walczyć z tzw. naleciałościami i najeźdźcami? Do jakiego stopnia będziemy chronić "rodzimy krajobraz", a tym samym "rodzimą florę" lub inne "rodzime rzeczy? Do jakiego stopnia walka ma merytoryczny sens, a od kiedy jest ideologią lub światopoglądem, który utrzymuje wyznawcę w przekonaniu, że |nie godzi się na obecny stan, że przynajmniej walczy. Tak, my tez walczymy - trzeba walczyć, dlatego nie potępiamy walki z nawłocią, ale jej po prostu nie praktykujemy rozumiejąc jednak tych, którzy to robią. Nie można bowiem walczyć o wszystko. My walczymy o coś innego:)

Czy ktoś uzna ziemniaka za gatunek inwazyjny, bo stosunkowo dawno temu zdominował uprawy rolne i ogrodnicze, a w efekcie rodzime gorzelnictwo, historię gastronomii nie tylko polskiej, tradycje rodzinne i dziedzictwo kulinarne? Obecnie - nikt nie uzna, bo według wybiórczych dyscyplin nauki/techniki i życia ziemniak jest nad wyraz przydatny człowiekowi. Czy doczekamy się dnia, gdy ktoś uzna pszenicę zwyczajną za "wroga bioróżnorodności"? Wszak swoją dominacją spustoszyła ona nasze stoły, ogrody, pola i krajobrazy. Zepchnęła pszenicę orkisz na dalszy plan, wyparła proso i grykę... Pszenico, ty wrogu! Nie, nie doczekamy się postulatów masowej eliminacji pszenicy, bo pszenicę je nieomal każdy (a jednak... ta liczba maleje). a jej różne gatunki są podstawą kultury kulinarnej wielu etnosów. Potępianie pszenicy to zamach na tradycję i ustabilizowaną kulturę, ale... i tworzenie nowej. To również cenimy, tymczasem obserwujemy, jak poszczególne grupy ludzkie walczą ze sobą o prymat. Rządzi wciąż spór binarny, opozycja gluten/bezgluten - podobnie jak gaz/bezgaz albo ołów/bezołów, gmo/nogmo, mięso/bezmięso, nabiał/beznabiał i wiele innych opozycji binarnych, na których tradycyjny człowiek zasadza swe myślenie o rzeczywistości. Można jednak inaczej, np. transwersalnie, a nie binarnie, tzn. można dać zgodę na istnienie przeciwieństw w imię określonej racji. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, gdy uprawomocni się różnorodność interpretacji, a to jest najtrudniejsze w recepcji świata.

Kto wie, może za 500 lat uznamy to za rewolucyjny czas, gdy ludzkość dokonała odwrotu od pszenicy, uznając ją za "wroga bioróżnorodności" i "wroga zdrowotności"... Bo przecież cała machina herbicydowa spowodowała, że niektóre gatunki chwastów są zagrożone, więc cóż, czas chronić chwasty - co na to rolnicy??? Może trzeba zmienić bieg ludzkości i odejść od pszenicy, a wrócić do zbieractwa... Niektórzy w to wierzą, to również szanujemy. Może trzeba zmienić bieg ludzkości i wyeliminować niechcianych gości - przyjezdne gatunki nawłoci - i ukatrupić nawłociowe pszczelarstwo oraz inne niszowe dziedziny nawłociowego pożytku. Gdyby nawłoć została uznana za przydatną, momentalnie pojawiłyby się jej uprawne pola. A może facelię też uznać za wroga? Wszak jest obca. Co z tego, że daje nawóz, paszę, miód, pachnące i smaczne kwiaty. Facelia, to wrogu, precz z Polski!

We współczesnym świecie rządzi pieniądz i utylitaryzm. Dopóki więc nawłoć nie zostanie znacząco oswojona gospodarczo (niestety pszczelarze są wciąż niszą), dopóty botanicy będą postulować jej eliminację. Inaczej mówiąc, gdyby nawłoć była silniej zagospodarowana, głos botaników byłby tak samo słaby, jak głos środowisk postulujących wyburzanie modernistycznej architektury. Jeśli peerelowskie bloki są zamieszkałe przez setki ludzi albo zajęte przez setki pracowników biurowych, mało kto postuluje ich wyburzenie. Późna moderna jest według niektórych takim samym chwastem przestrzennym, takim samym SPAMEM, jak nawłoć czy podagrycznik. Jeśli jest przydatna, nikt nie postuluje jej wyburzenia,. Podobnie z nawłocią - gdyby była przydatna, nikt nie postulowałby jej eliminacji, podobnie jak nie postuluje eliminacji ziemniaka lub pszenicy, gdyż gatunki te są wysoce przydatne, mimo że też - w jednym, wybranym, kontekście można uznać je za SZKODLIWE.

Poczekamy, zobaczymy... Niewykluczone, że przyjdzie kiedyś taki czas, gdy autorytet z innej dziedziny nauki rzuci hasło "wyeliminujmy uprawę ziemniaka, bo zdominowała krajobraz rolny kraju" albo ponieważ "brzuchy ludziom rosną niemożebnie, więc precz z ziemniakiem!". Nie do pomyślenia, prawda? Jakież to bzdury wypisujemy... ojej! A jednak... Jeśli prześledzicie historię gastronomii, ziemniak poczynił horrendalne spustoszenie w dziedzictwie kulinarnym naszego etnosu (w jego różnorodnych granicach na przestrzeni wieków). Jeśli przeczytacie pamiętniki chłopskie i dzieje propinacji, ziemniak i żyto okażą się wielkimi "wrogami" nie tylko bioróżnorodności rolniczej i kulinarnej. Powiedzcie to Poznaniakowi, dostaniecie w gębę.

Szanujemy niezmiernie, że istnieją inne recepcje rzeczywistości i jej opisania. Szczególnie mocno cenimy różnorodność, jak to antropolodzy kultury nie parający się antropologią stosowaną, zaangażowaną. Cenimy nie tylko różnorodność biologiczną, ale i intelektualną, naukową, społeczną. Chcielibyśmy, aby dyscypliny zwaśnione funkcjonowały ze sobą w zgodzie. Nawet filozofia może w tym pomóc, jeśli człek przybliży sobie wyjaśnienie tzw. rozumu transwersalnego - termin ukuty i wyjaśniony przez niemieckiego filozofa postmodernistę, Wolfganga Welscha, w jego książce "Nasza postmodernistyczna moderna". Pasjonują nas migracje roślin wraz z ludźmi i na przemiany w tych migracjach wpływamy de facto swoimi działaniami, np. rozwożąc sadzonki czosnku dziwnego po Polsce. Botanik uzna to za zgrozę, my nie. Życie jest bowiem różnorodne i warto to cenić. Botanik zaleci eliminację inwazyjnych gatunków rośliny, a pszczelarz zaoponuje broniąc pożytków gatunku miodu, który zdobywa właśnie popularność. Niejeden kreatywna poetka lub prozaiczka (ewentualnie rodzaj męski) zbuduje na łanach żółtej mimozy sentymentalne narracje przywołujące lata dziecięce lub sierpniowe pejzaże o zachodzie słońca. Dyscypliny, które nas zajmują nie tolerują jednak (w naszym ich rozumieniu, wszak rozumienia mogą być rozmaite) ostrej ingerencji, a raczej badają, wyjaśniają i oswajają przemiany, które są dla innych trudne, nieakceptowalne. Dlatego mamy zupełnie inną perspektywę, niż botanicy, czy nawet etnobotanicy. Dlatego nie będziemy postulować

Nasza antropologiczna perspektywa jest otwarta na rozmaite interpretacje, konteksty i narracje. Akceptujemy nawłoć w jej obecnej inwazji, tak jak akceptujemy inne przemiany w środowisku lub krajobrazie spowodowane u0pływem czasu i konkretnym zachowaniem lub postępowaniem człowieka. Widok łanów nawłociowych w Polsce, a także łanów innych roślin inwazyjnych (np. rdestowca ostrokończystego lub niecierpka drobnokwiatowego) odbieramy z niepokojem tylko wtedy, gdy włączamy w naszych głowach tryb przywiązania do przeszłości, strachu przed zmianami. Trudne jest wyłączenie tego trybu, ale po latach treningów udaje się nam to i wiemy, że ma to swoją wartość. Cenimy przemiany takimi, jakimi są, a ingerencję pozostawiamy innym i popieramy ją tylko w wyjątkowych przypadkach. Pamiętamy bowiem, że inwazji dokonał niegdyś również podagrycznik pospolity, tak przez nas ceniony, a tak bardzo odrzucony przez medycynę konwencjonalną, farmację, przetwórstwo, gastronomię i handel spożywczy. Girsz również eliminuje inne gatunki tam, gdzie rośnie. Nie będziemy go jednak tępić ani zachęcać do jego tępienia. Nasza postawa nie jest antropocentryczna, nie podkreśla tego, co dla człowieka stricte użytkowe. Nie jesteśmy konwencjonalnymi rolnikami. Chcemy podkreślać to, co dla człowieka przyjazne i z czym warto się zaprzyjaźnić, a nie walczyć. Promujemy to, co warto oswoić. Jak rzekł Benjamin Lincoln: "najlepszy sposób na wyeliminowanie wroga, to polubić go".

Z pewnej strony jest to postawa "antropouległa", bo pozwalamy człowiekowi ingerować w środowisko - "negatywnie", niszczycielsko, jak powiedziałby botanik. "Skoro dbacie o przyrodę, chrońcie ją przed skutkami bezmyślności człowieka" - nie, my nie dbamy, my z pełnym zrozumieniem różnorodności przyrodniczej (w tym owej niszczycielskiej" działalności człowieka") obserwujemy i notujemy jej kondycję, z czego wyciągamy dla innych jej wycinek: chwasty jadalne, pospolitość doskonałą, dobrą, przyjazną, przydatną - chwast, jak i pospolitość, są odrzucane i pogardzane, a my je gloryfikujemy - niechaj to będzie przekora, no dobrze :) Jednak ludzie mają w życiu i na świecie różne misje - to też warto chronić. ie popularyzujemy roślin "dzikich" w rozumieniu "wyjątkowych, unikatowych, trudnych do rozpoznania w lesie lub na łące, rosnących w ich naturalnym siedlisku z dala od siedlisk ludzkich" = "dzikich". Nie postulujemy też zatem niszczenia nawłoci, "jako wroga bioróżnorodności", bo bioróżnorodność nie ma wymiaru li tylko botanicznego lub biologicznego, ale także semiotyczny, społeczny, krajobrazowy, antropologiczny. Drastyczny wpływ na przemiany, które mocno zaznaczają się w przestrzeni publicznej, uważamy za bytowy nietakt. Jak jednak silny wpływ uznamy za ów nietakt...? To już nie jest takie oczywiste, jak z resztą stwierdziliśmy na początku za Czesławem Robotyckim.

Z tego samego powodu czujemy więc rezerwę wobec nazywania nieuprawnych roślin <dzikimi>, bo przymiotnik ten jest silnie powiązany m.in. z opozycją natura/kultura, z antropocentryzmem, przebrzmiałym ewolucjonizmem, nawet mimo tego, że rozróżnienie dziki/uprawny opisał w swym artykule "The Use of Wild Plants in Tropical South America" nasz ukochany strukturalista, Claude Levi-Strauss. Jeśli chwasty są "czarnuchem rolnictwa", to nie chcemy powielać tego wzoru semiotycznego - przepraszamy za mocne porównanie i rasistowskie określenie, ale chcemy pokazać ksenofobia dotyczy również roślin. Jednak włączamy te określenia ("dzikie rośliny jadalne") w nasze opowieści, ale raczej w kontekście badawczym, niż użytkowym. Nie nazywamy tak naszych bohaterów (CHWASTÓW), ale przytaczamy, że inni ich tak nazywają. Dla nas CHWAST to persona godna, a nie odrzutek, niewolnik lub szkodnik. Jesteśmy jednak otwarci na inne perspektywy krajobrazowo-botaniczno-semiotyczne i wiemy, że niektórym ten link się przyda, dlatego polecamy:
http://lukaszluczaj.pl/nawloc-wrog-bioroznorodnosci/

***
Anna Rumińska