ławkologia‎ > ‎

eventoza kontra placemaking

opublikowane: 8 cze 2013, 07:31 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 18 maj 2014, 03:06 ]
Jeśli ktoś nadal twierdzi, że promując (i oczekując tego od urzędników i radnych) m.in. w prasie dospołeczne typy i ustawienia miejskich mebli zmuszam kogoś do integracji, to niechaj się puknie w czoło, najlepiej kawałkiem ławki, to zadziała magicznie:) Więcej o dospołeczności w projektowaniu pp będę mówić (a także robić i pokazywać;) na spotkaniu "Design Udomowiony" 21 czerwca, akurat w dobry czas: jeśli słońce wylezie, niechaj ludzie idą na trawę, zamiast słuchać wykładu, słowo daję, nie musimy mieć tłumu;)

Zdjęcia do artykułu - tutaj

Jarmark Świętojański na Rynku - ta impreza (bo nie jest to bynajmniej placemakingowe wydarzenie) pokazuje, jak można eventowo aranżować przestrzeń publiczną, w odróżnieniu od "Europa na Widelcu", ale o tym innym razem. Eventozę będę zawsze krytykować, ale jedno jest dobre w tej miejskiej chorobie, że eventy pokazują pewne modele, które przekonują niedowiarków, albo tych, co nazywają mnie KO-wcem:D co to zmusza ludzi do integracji na siłę. Szczególnie socjopatów, no;)

Przy organizacji JŚ skorzystano tym razem z dobrego modelu wpuszczając firmy ogrodnicze, które wykonały aranżacje meblowo-roślinne, z założeniem, że ma być sporo różnorodnych typów i ustawień siedzisk. Przestrzeń zyskała, bo daje możliwość różnym ludziom różnie siedzieć, półleżeć lub leżeć. Bo w dospołecznych ustawieniach chodzi o szansę różnorodności, również w relacjach między ludźmi. Jeśli 99% ławek miejskich jest (jak we Wrocławiu) ustawionych ODspołecznie, to te szanse są ZEROWE.

Firmy projektowe i ogrodnicze spisały się na medal. I o to chodzi, bardzo dobrze, pochwalam, popieram, promuję. Brakuje jednej rzeczy: rozkładanych zadaszeń, bo czas najwyższy w aranżacji pp zrozumieć i polubić fakt, że "w Polsce często pada". Nie czekajmy na słońce, nie marzmy o Toskanii lub Holandii, bo to nie ten klimat, po więc prostu organizujmy składane zadaszenia, wtedy w czasie deszczu pp się nie wyludni w ciągu 5 sekund.

Niechaj więc uczą się projektanci zatrudniani przez zdiumy, zzki, zzmy i inne, niechaj uczą się urzędnicy, radni i dziennikarze. Oby częściej tak się działo i NIE TYLKO NA RYNKU, ale nie na zasadzie eventu, który przywali w przestrzeni na trzy dni lub tydzień, a potem martwota lub hiperpub, jak na co dzień (również teraz, tyle że po drugiej stornie Ratusza). Rynek jest w ten weekend tak przestymulowany, że jak to biedne dziecko, zwariuje zaraz. Wyruszycie 10 metrów poza Rynek i kawałek Oławskiej i tam już cisza, spokój, nuda, martwota, jak zwała, tak zwał (niektórzy preferują ciszę). A tamtejsi restauratorzy i sklepikarze wyją z tęsknoty za klientem.

Jest też drugie oblicze "eventu", nie tylko rynkowego: podmioty handlowe ściągane w pp z zewnątrz zawsze zabijają handel w podmiotach tubylczych. Jeśli się komuś wydaje, że zapędza tym sposobem klientów do lokalnych sklepów lub knajp, to mocno się myli. Eventoza tym się różni od placemakingu (z którym stoję murem i który promuję), że rozsadza tubylców, ignoruje ich potencjał, podczas gdy placemaking bazuje właśnie na nich: to ONI wychodzą w pp i sprzedają to, co mają. Problem z tym w PL jest często taki, że 1) im się nie chce, 2) nie mają funduszy na dodatkowe aranżacje, 3) nie ma podmiotu, który ich zgromadzi i załatwi za nich żmudne, 2-3-miesięczne formalności. Skutek jest prosty: organizator ściąga zewnętrznych, a wtedy konflikt gotowy. Jednak nie tędy droga, o nie. Przykładem eventu jest wrocławski festiwal "Europa na Widelcu" skoncentrowany wokół kultury jedzenia, ale ZAWSZE generujący problem z miejscami do siadania. Dla porównania w Toruniu festyn miejski przybrał cechy placemakingu:

kliknij na zdjęcie, by powiększyć

I wreszcie trzecie oblicze "eventozy": brak widocznych i efektywnych zależności między polityką promocyjną miasta a lokalizacją i aranżacją przestrzeni publicznej. Sęk w tym, że każdy event promuje dane miejsce i stwarza szansę, by stawało się ono Miejscem, czyli miejscem wartościowym i regularnie bez-eventowo odwiedzanym. Najcenniejsza w funkcjonowaniu ludzi i przestrzeni publicznej jest dobra, różnorodna codzienność i zwyczajność (o tym więcej w czasopiśmie Autoportret). Wrocławski Rynek słynie z przestymulowania, a jego najbliższe okolice - z niedostatecznej stymulacji. Dlatego każdy event powinien promować te miejsca wokół wrocławskiego Rynku, które potrzebują promocji i aktywizacji, np. ul. Kuźnicza, Szewska, Oławska i Świdnicka - te ulice mają problem - tak, również Kuźnicza, ponieważ jej wadliwa aranżacja przestrzenna nie stworzyła prawidłowego środowiska aktywizacyjnego. Jeśli więc organizatorzy i zarządcy (urzędnicy z biura promocji UM lub innych jednostek UM) planują event, to powinni go potraktować jako narzędzie promocji terytorialnej, jako okazja do rozlewania się aktywności poza Rynek, na te ulice, które potrzebują PILNEGO wsparcia. Do tych okazji powinni być zawsze wciągani, zapraszani lokalni handlowcy, aby event nie stał się inicjatywą przeciwko ich biznesowi (o tym powyżej).

Na koniec mała uwaga szczegółowa odnośnie wyposażenia, mebli miejskich. 6-osobowe, zadaszone, wysokie siedziska z drewna, które ustawione są przy punktach gastronomicznych, w praktyce funkcjonują jako mikro-zbiorowiska. Zaprojektowane dla siedzenia przy nich 6-8 osób, zajmują stosowną powierzchnię, jednak w praktyce eventów zajmowane są najczęściej przez pary, trójki lub czwórki, co jest całkowicie nieefektywne. Jest to ten sam problem, co 5-osobowe auta na szosach, którymi jadą pojedyncze osoby lub pary. Konstrukcja i parametry tych siedzisk, skądinąd przemiłych, powoduje wysoką ich kameralność, w efekcie dwójki lub jedynki klientów obsiadają je zajmując dla pozostałych i nie wpuszczają obcych: pytasz "czy wolne" i słyszysz "nie, zajęte". To jest naturalne zachowanie, bo bliskość siedzenia obcego jest tu tak duża, a ustawienie ław naprzeciwległe (BARDZO konfrontacyjne), że ludzie świadomie blokują dostęp obcych. Jednak te siedziska, a tym samym przestrzeń publiczna (pp), muszą służyć większej liczbie klientów, tak jak jezdnie  muszą służyć większej liczbie pasażerów. Są dwa wyjścia:
1) przYchodzień  (ten obcy) nie pyta, lecz siada i ponosi po chwili konsekwencje - miła lub nie miła wymiana zdań, ewentualnie cisza i konkurencja "kto pierwszy się wyniesie",
2) zmiana siedzisk na 4-osobowe lub 12-osobowe, co jest mało możliwe, bo ten model "jarmarcznego mebla" zakorzenił się w wielu miastach - jest akulturacyjnym elementem krążącym po Polsce na wszystkich jarmarkach, podobnie jak drewniane budki - identyczne w Gdańsku, Wrocławiu i Zakopanem (nawet czasem za granicą PL). Dlaczego? Bo to EVENTOZA - firmy organizujące eventy - jarmarki, kiermasze itp. - korzystają z tych samych modeli mebli, krążących w sieci. Brak tu zupełnie genius loci. To niestety kolejny fatalny skutek eventozy.

Opracowanie
Anna Rumińska
architektka
antropolożka kultury

---
Inne teksty i zdjęcia - w zakładce "przestrzeń publiczna"