przestrzeń publiczna

To co robimy, często dzieje się w otwartej przestrzeni publicznej - gdzieś "między budynkami" [Jan Gehl]. Czasami, gdy jest zimno, mokro lub wietrznie, chowamy się w pomieszczeniach, jednak najchętniej pracujemy z ludźmi i dla ludzi w otwartej miejskiej lub wiejskiej przestrzeni. Badamy przestrzeń publiczną miast i wsi (urban or rural public spaces research), badamy krajobraz (landscape anthropology), badamy sposoby myślenia ludzi (perception research)... Robimy to różnymi metodami, a podstawowe, to: obserwacja, wywiad, makieta, rysunek, opis, ankieta, fotografia, film.

Tutaj zapoznacie się z prezentacją na temat niektórych wątków tego tematu.
Tutaj publikujemy nt. rozwoju ruchu pieszego.

Zakładki w pasku bocznym zaprowadzą Was do naszych projektów poświęconych przestrzeni publicznej. Tematyka poruszana jest w zakładce bocznej "DZIAŁANIA", w dziale "PLACEMAKING" - wszystkie one związane są z otwartą, fizykalną przestrzenią publiczną, najczęściej miejską.

Poniżej czytajcie nasze refleksje odnośnie zdarzeń we Wrocławiu lub innych miastach, zawsze w fizycznej przestrzeni publicznej, czyli "między budynkami"...
fot.
Bolonia, Włochy. Anna Rumińska, Archiwum eMSA

konflikt w przestrzeni publicznej

opublikowane: 13 sty 2015, 04:24 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 13 sty 2015, 05:10 ]

Niedawno było Trzech Króli, przed nami kilka miesięcy oczekiwania na procesje Bożego Ciała. Tego typu <pochody> mocno zaznaczają się w przestrzeni publicznej. Obserwacje prowadzimy od dłuższego już czasu, nie tylko we Wrocławiu.
(stuknij zdjęcie, to zobaczysz więcej:)

W maju Walencja obchodzi uroczyście święto patronki miasta. Katolicka procesja jest wydarzeniem nie tylko religijnym, ale też wielką turystyczną atrakcją oraz ważną społeczną inicjatywą. Podobnie, jak u nas, członkowie parafii pracują przez kilka miesięcy nad przygotowaniem tego święta, by potem wspólnie przejść przez fragment miasta. Realizacja obchodów kosztuje kilkanaście tysięcy i jest finansowana w większości z budżetu gminy. Przygotowania do procesji polegają m.in. na ustawianiu krzeseł wzdłuż jezdni, którymi będzie przechodzić. Na krzesłach zasiadają przede wszystkim seniorzy i rodziny z dziećmi. Miasto wybrzmiewa wówczas śpiewem, muzyką, hukiem ogni sztucznych i burzliwymi rozmowami. Jest głośno, wybuchowo, pachnąco, różnorodnie i wielobarwnie. Tradycyjny strój kobiet oswoił nawet te <niedogodności> - nosi się tu zdobne nauszniki.

Bardzo mi się podoba takie okazjonalne "użycie" ulicy. Uważam, że każda społeczność religijna (i nie tylko) w danym mieście powinna mieć do tego prawo. W Polsce jest podobnie - procesje mają miejsce, ale ulicy nie wykorzystuje się w ten sposób, nie ustawia się krzeseł - one stoją przed ołtarzem, gdzie odbywa się msza. Na drodze polskiej procesji pojawiają się natomiast ołtarze - na narożnikach ulic i w oknach, czyli w miejscach mediacyjnych. To też bardzo mi się podoba, jak również kwietny trakt i smuga kadzidła pozostawione przez wrocławskie procesje, np. na osiedlu Nadodrze.

Także we Wrocławiu każda procesja jest ważnym wydarzeniem w życiu każdego członka parafii, szczególnie dzieci i seniorów. Dzieci wchodzą w te praktyki i uczą się systemów społecznościowych - podobnie, jak Facebooka, tyle że jego uczą się bez udziału rodziców, co narzuciła i technologia, i ignorancja starszyzny (a szkoda). Nawiązując do Margaret Mead społeczność procesyjna jest kulturą postfiguratywną (młodsi uczą się od starszych), a społeczność wirtualna - kofiguratywna (najsilniejsze są wpływy rówieśnicze). Dzieci, młodzież i "ci silni" mają konkretne zadanie: IŚĆ i NIEŚĆ. Rodzice tych dzieci mają prawo wybierać dla nich taki system, jaki chcą, ale z pełnymi tego konsekwencjami. Seniorzy natomiast uczestniczą w tych praktykach podtrzymując więź z pozostałymi członkami parafii i osiedla oraz pogłębiając, ewentualnie reaktywując poczucie społecznej przydatności lub choćby uczestnictwa. Strategiczną rolę odgrywają w tej grupie inne zadania: SIEDZIEĆ i OBSERWOWAĆ. Potrzebne są więc krzesła. Dużo krzeseł. Z jednej strony ma to być rozrywka senioralna, z drugiej okazja do kontroli, czy młodsi skutecznie przyswoili wzorce kulturowe przekazane im przez starszych. Tak czy owak, fascynująco ro funkcjonuje.

Uczestnictwo dzieci i seniorów w różnych rytuałach i systemach społecznościowych jest bardzo ważne dla dobrego funkcjonowania miasta, jeśli chcemy w nim zachować równowagę relacji społeczno-kulturowych. Umiejętność korzystania przez dzieci z komórki lub tabletu jest równie ważna, jak ich orientacja w przestrzeni i społeczności lokalnej, a procesje m.in. tego uczą. Nie podoba mi się, gdy laicy lub ateiści deprecjonują ten wkład, żądając świeckości dla przestrzeni publicznej, która nie może być świecka, a ma prawo być wielowyznaniowa, wielokontekstowa, wielowątkowa. Religie, mimo że zawłaszczają przestrzeń i są często aroganckie wobec niereligijnych systemów, mają ogromny wkład w utrzymanie spójności społecznej. Podobnie jak każda inna inicjatywa publiczna, np. polityczna, artystyczna czy oświatowa - wszystkie one zawłaszczają przestrzeń.

Oczekiwanie od miast i społeczeństw idealizmu i konsekwencji według jednej wytyczonej ścieżki, rzekomo demokratycznej lub obiektywnej, jest równie aroganckie, jak religie, którym się zarzuca arogancję. Problem w tym, że ludzie - w tym wyznawcy różnych religii - nie potrafią lub nie chcą zezwolić nie-religijnym na to samo prawo zawłaszczania. To mi się już nie podoba, ale rozumiem, skąd się bierze. Gdyby zezwalali, nie byłaby to religia, a system otwarty, elastyczny. Muszą naciskać, zabraniać, rządzić. Funkcjonowanie religii determinuje więc ciągły konflikt, a organizacja życia publicznego nie sprowadza się do realizacji wielości, ale do rozwiązywania konfliktów wynikających z wielości. Nie wyznaję żadnej religii, ale fascynuje mnie od lat religioznawstwo, a w szczególności praktyki religijne i ich ingerencja (bez waloryzowania tutaj) w przestrzeń publiczną i życie społeczne. Martwi mnie też ów ciągły konflikt. Jednak to, że nas to martwi, jest wynikiem idealistycznego oczekiwania zgody. Pytanie tylko, czy <zgoda> leży w naturze człowieka lub dowolnego innego żyjącego organizmu?

Anna Rumińska, architektka, antropolożka kultury

Więcej zdjęć z Walencji:
https://plus.google.com/u/0/photos/105259009233878765810/albums/5776044191033350977

audiostrategie w polityce antisitting

opublikowane: 11 sty 2015, 08:12 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 11 sty 2015, 08:17 ]

Audiostrategie są znane na całym świecie od lat. Audiomarketing jest jedną z takich strategii. Kojarzy się pozytywnie, ale przede wszystkim z perspektywy komercyjnego sprzedawcy. Wykorzystanie np. oprogramowania MUZAK służyć ma zwiększaniu <odwiedzalności> (visitability) miejsc handlu i tym samym zwiększaniu sprzedaży. Ludzie wchodzą, spacerują, nie umieją wyjść - sami nie wiedzą, dlaczego. Trzyma ich w sklepie odpowiednia muzyka. Audiomarketing jest jednym z typów marketingu zmysłowego, prócz np. aromamarketingu wykorzystującego zapachy dla regulacji handlu lub budującego stosowną olfaktosferę (sferę zapachową).

Inną strategią, również pozytywną z perspektywy sprzedawcy, jest antisitting wykorzystujący audiostrategię. Polega to na stosowaniu takich praktyk dźwiękowych, które zniechęcają ludzi do siedzenia w danym miejscu. Jednak nie wszystkich, bowiem najbardziej pożądani są ci o wysokiej sile nabywczej i będący wiernymi klientami, czyli ludzie dojrzali, w wieku produkcyjnym lub poprodukcyjnym. Osoby w wieku przedprodukcyjnym są niepożądane, ponieważ mało kupują, zajmują zbyt długo stoliki konsumpcyjne (np. przesiadując z laptopem i 3-godzinną kawą), a czasem też hałasują zawłaszczając fragment przestrzeni publicznej i odstraszając tych pożądanych, z pierwszej grupy.

Ludzie wymyślili więc inną audiostrategię. Emitując dźwięk komara odstrasza się w przestrzeni publicznej młodzież. Ano tak, tylko (ewent.przede wszystkim) młodzież, bowiem młode uszy słyszą dźwięki o wysokiej częstotliwości, a starsze już nie. MOSQUITO ALARM to strategia wykorzystywana np. przez centra handlowe, aby zniechęcić młodzież do przesiadywania w określonych miejscach.

W tym samym celu emituje się też muzykę klasyczną - młodzież, słysząc ją, często sama się wynosi, zapewne pamiętacie taki przypadek makdonaldowy lub dworcowy. Problem w tym, że emisja muzyki jest droższa, wymaga opłacenia tantiem. Handlowcy preferują więc mosquito alarm.
Przy okazji możecie sprawdzić, jaki mniej więcej wiek ma Wasz zmysł słuchu...
Posłuchajcie komara tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=uKl_sTh0oHE
Dodatkowo sprawdźcie wiek swoich uszu: https://www.youtube.com/watch?v=h5l4Rt4Ol7M

Projektowanie w śniegu

opublikowane: 8 sty 2015, 05:04 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 8 sty 2015, 05:07 ]

Teraz jest dobry czas dla urbanistów, planistów, architektów, arch.krajobrazu, proj.drogowych, zarządców nieruchomości, developerów i wszelkich innych osób parających się kształtowaniem przestrzeni i wytyczaniem ścieżek, aby analizować, a dopiero potem projektować ciągi komunikacyjne w plenerze miejskim. Dlaczego? Bo leży śnieg, a na nim wytyczane są tropy stóp i kół. Jeśli dowolny projekt ścieżek, chodników, jezdni, deptaków i placów ma być dla ludzi, a nie dla aut, konkursów, nagród, promocji lub zdjęć, to warto wyjść w teren i obserwować dane miejsce przez dłuższy czas.

Jeśli we Wrocławiu faktycznie powstanie rzetelna, rozumna, pro-społeczna i pro-piesza sekcja ds. rozwoju ruchu pieszego wraz z oficerem pieszym, jak postulowaliśmy w grudniu 2014 r. u Prezydenta Dutkiewicza, to teraz ci przyszli (lub/i obecni) urzędnicy powinni wziąć się do pracy. Za przykład zawsze będę dawać Daniela Chojnackiego, oficera rowerowego, szefa sekcji ds. rozwoju rowerowego, bo jest On we Wrocławiu (a może i w Polsce) jedynym przykładem popularnego urzędnika pełniącego swoje obowiązki z myślą o faktycznym pro-społecznym i pro-ekologicznym rozwoju ruchu rowerowego, jednocześnie wpisującym się w miarę możliwości i obowiązków w procedury i zwyczaje urzędowe.

Zapewne takich urzędników i urzędniczek, którzy prawidłowo wykonują swoje publiczne obowiązki, mamy jeszcze kilkanaścioro (może i więcej), zapewne w Polsce jest ich wiele, ale niestety nie słychać o nich wiele. A szkoda, bo gdyby o nich wiedziano, podniósłby się PR urzędniczej pracy i więcej osób chciałoby pełnić te obowiązki, robiąc jednocześnie wiele dobrego dla nie-urzędników. Bo podział na urzędników i mieszkańców jest z góry przegrany i błędny.

Polecamy inny artykuł o projektowaniu w śniegu.

projektowanie przestrzeni publicznej

opublikowane: 13 wrz 2014, 02:48 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 13 wrz 2014, 03:01 ]

Patrzcie, jaki piękny plan. W sensie merytorycznym rzecz jasna :) Tyle świetnych miejsc obok siebie... Tyle kreatywnych podmiotów, nazw, marek. Tyle wielkich potencjałów... Dalsze okolice Hali nie są z resztą gorsze. Całe miasto takie jest. I nie tylko Wrocław! Temat otoczenia i projektowania przestrzeni publicznej tylko pozornie nie wiąże się z samą Halą Targową. Prowadzimy badania terenowe i obserwacje w wielu miastach, także wokół naszej Hali. Otoczenie takich obiektów DECYDUJĄCO wpływa na ich funkcjonowanie. Podstawowa diagnoza mówi, że jeśli w otoczeniu obiektu targowego (pomijając, że w nim samym również) nie ma funkcji i elementów ZATRZYMUJĄCYCH LUDZI NA DŁUŻEJ, wówczas obiekt ten i jego OTOCZENIE funkcjonują ŹLE, dokładnie tak, jak nasza piękna, acz aspołeczna i niszczejąca Hala.

Dlatego postulujemy: oby więcej dobrego wynikało z tego przestrzennego sąsiedztwa dla dobrej, aktywnej przestrzeni publicznej, bo na razie jest pusto i mało przyjaźnie. Są skwery, alejki, drzewka, krzaczki i ławeczki. Wszystko jak w XIX wieku. Mamy jednak wiek XXI, w którym ludzie bardzo chcą spędzać czas w przestrzeni publicznej, więc owe zasoby przestrzenne - szczególnie te zlokalizowane w strefach intensywnej zabudowy -  muszą być wzbogacane o dodatkowe mikro-usługi oraz inne konfiguracje ww. elementów, dzięki czemu będą one lepiej zaspokajać potrzeby przechodniów.

Jakie mikro-usługi i konfiguracje? Ano choćby takie:
- gastrowózki i stragany, niewielkie wózki z obwoźną gastronomią, żywnością ludzką i psią, prasą oraz grami planszowymi i plenerowymi (do wypożyczenia, np. dmuchane szachy:)
- toalety plenerowe, pisuary lub tojtoje z inną obudową, aby wpisały się w historyczne otoczenie (dizajnerzy, nawiążcie współpracę z toy-toy i zaprojektujcie im -odpłatnie- nową, designerską obudowę!)
- poidła, czyli źródełka z wodą pitną
- zadaszenia tam, gdzie silne słońce
- toalety i wybiegi dla psów
- pojedyncze i rozmieszczone co kilkanaście metrów urządzenia rekreacyjne i sportowe dla wszystkich, np. wolnostojąca huśtawka, kręciołek, drążek, kosz do gry lub siatka (zamiast zbiorczego placu zabaw lub siłowni)
- pojedyncze i rozmieszczone co kilkanaście metrów urządzenia dla skejterów i BMXowców, np. murki, podjazdy, skrzynie itp. (zamiast zbiorczego skejtparku) - tutaj zwykły murek oporowy terenu zieleni powinien być murkiem wzmocnionym, z listwą krawędziową, aby służył nie tylko ograniczeniu zieleni, ale także rekreacji - społecznie zwróci się to dość szybko
- do-społecznie ustawione grupy ławek (na planie liter CLUE), aby mogły siadać małe grupy ludzi i rozmawiać twarzą do siebie
- latarnie stojące regularnie i świecące jasnym światłem, aby 1) wyeliminować ciemne kąty ryzyka, 2) zachęcić do wieczornych odwiedzin i przedłużyć dozór społeczny w przestrzeni
- podesty dla występów typu hyde-park z miejscem na gromadzenie się publiczności
- mini-parkiety dla mini-występów, mini-zgromadzeń i plenerowych potańcówek, ewentualnie rozbieralny parkiet, ale wtedy musiałby nim ktoś zarządzać, więc lepiej stały
- dzieła sztuki, happeningu, performansu itp., interaktywne i koegzystujące z przechodniami
- stanowiska bibliofilskie, book-crossingu itp., czyli po prostu książki
- przyłącza instalacyjne: woda, kanalizacja, energia elektryczna
- stojaki rowerowe, stanowiska dla skuterów
- więcej kubłów z segregacją odpadów
- klomby z roślinnością lokalną, rodzimą, o funkcji edukacyjnej względem ludzi (dzieci!), a także wabiącej owady, umożliwiającej im chowanie się w poszyciu (trawnik to najgorsze rozwiązanie generujące wydatki i zabijające bioróżnorodność)
- itd., dużo by wymieniać - co dodacie?

Taki powinien być skład projektu przestrzeni publicznej. Ktoś tego uczy na wydziale architektury lub architektury krajobrazu we Wrocławiu? W zasadzie NIE. Tamtejsi specjaliści uważają inaczej. OK, niech im będzie. Niestety obecnie projekt przestrzeni publicznej nazywany jest PROJEKTEM ZAGOSPODAROWANIA TERENU - koszmarna nazwa. Plac Nowy Targ dostał nagrodę w kategorii OBIEKT INŻYNIERSKI. Kolejny koszmar. Projekty te sprowadzają się co najwyżej do liniowo ustawionych ławek, paru stojaków rowerowych na peryferiach parku lub placu (a nie pod okiem, jak wolą rowerzyści w Polsce), kilku zaledwie kubłów, które zawsze są przepełnione, kilku latarń i wybrukowanej lub trawiastej nawierzchni. W efekcie mamy martwe place i sporadyczne odwiedziny przechodniów, bez miejscotwórstwa i dłuższych oraz regularnych spotkań o konkretnym charakterze.

Po co to wszystko? Nie tylko po to, by ludzie byli szczęśliwsi w mieście (ten argument nie przemawia w zasadzie do żadnego urzędnika, tj. do nikogo prócz przechodniów, bo urzędnik rzadko utożsamia się z tym statusem). Głównie po to, by przychodzili w te miejsca, dzięki czemu 1) będą bezpieczniejsze, bo mniej wyludnione, 2) pobliskie lokale usługowe i handlowe będą lepiej prosperować, 3) ruch pieszych wymusi częstszą pracę służb porządkowych, po prostu regularne sprzątanie. Na końcu zostaje argument najważniejszy (obecnie) dla zarządców miasta: atrakcyjność turystyczna.

Zbierzcie to razem do kupy i macie wystarczającą liczbę argumentów, aby w Urzędzie Miejskim powołać Wydział Przestrzeni Publicznej, w którym będą pracować osoby zarządzające poszczególnymi strefami w celu PRO-SPOŁECZNEJ (a nie estetyzacyjnej) aktywizacji przestrzeni publicznej. Może być nowy Wydział, ale to może okazać się zbyt trudne. Łatwiej więc zatrudnić dodatkowe osoby w ZZK, gdzie już teraz istnieje podział na strefy np. w zakresie wydawania zezwoleń na "ZAJMOWANIE PASA DROGOWEGO", bo tak obecnie nazywa się działania, które m.in. zmierzają do AKTYWIZACJI PRZESTRZENI PUBLICZNEJ i jej animacji, np. kulinarnej, artystycznej, sportowej, ogólnie - kulturalnej, bo kultura to wbrew pozorom szerokie pojęcie.

Ogólnie: ma być PROSPOŁECZNIE, a nie statycznie i estetycznie! Urzędnicy i projektanci, ruszcie głowami i weźcie się do roboty, ba denerwuje nas wasza bezczynność i przestarzałość waszych projektów.

Polub ten artykuł na Facebooku - tutaj

przestrzeń publiczna lekiem na demencję

opublikowane: 24 sie 2014, 13:07 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 24 sie 2014, 13:18 ]

Czy zauważyliście, że nieomal wszystkie polskie foodtrucki (gastrowozy) i większość kiosków mają lady na wysokości głowy osoby siedzącej? Nie powinno tak być, bo 1) wiele jest osób na wózkach, które chcą mieć normalny kontakt ze sprzedawcą i jego produktami oraz godnie wydać pieniądze np. na żywność z gastrowozu, 2) wiele jest osób niskich, które chcą tego samego. Przeczytajcie o "Memory Lane" w kompleksie opieki społecznej Blossom Fields w Bristolu (Wielka Brytania). "Memory Lane" to uliczka zrekonstruowana na wzór lat 50., gdzie przestrzeń i jej elementy dostosowane są do mieszkających tu seniorów, osoby chore na demencję lub chorobę Alzheimera. Jest to część filozofii Universal Design wielokrotnie prezentowanej przez nas na wykładach i warsztatach.

Miejsce to urządzone jest w stylu retro, ale nie z powodów estetycznych, jak zrobiono by w Polsce. Ma to znaczenie terapeutyczne, a nawet medyczne. Stosuje się tu metodę opieki nad chorymi z demencją zwaną "retro-decorating", czyli "retro-dekoracja". Polega to na dekorowaniu drzwi seniorskich domów reklamą z przeszłości, jak byśmy powiedzieli - reklamą vintage. Chorzy na demencję mają bowiem problemy z pamięcią krótkotrwałą i przyswojeniem sobie elementów z teraźniejszości. Łatwiej przyswajają i utrzymują w pamięci elementy z oswojonej, dobrze znanej przeszłości. Formuła "retro-dekoracji" polega na reklamowaniu nowoczesnych produktów archaicznymi, dawnymi technikami. Przedstawiane w ten sposób obiekty stymulują pamięć cierpiących na demencję, a stosowne kolory i światła czynią dla im codzienność łatwiejszą.

Mieszkańcy mogą tu więc obcować z PRZEDMIOTAMI i WYDARZENIAMI doskonale znanymi z lat 50. i 60: starymi tranzystorowymi radyjkami, bakelitowymi telefonami, wyprzedażami samochodowymi (ang. car boot sales), a także meblami mahoniowymi, plakatami, naczyniami i ornamentami z tamtych czasów. Przestrzeń w ten sposób organizowana to podstawowy "element" opieki nad chorymi na demencję. Są to tzw. "memory triggers", czyli bodźce pamięciowe. Organizatorzy "Memory Lane" poszli dalej: wykonali całkowitą rekonstrukcję uliczki w dawnym stylu. Utworzyli w ten sposób "wioskę reminiscencyjną" wzbogaconą o elementy ułatwiające życie osobom z niepełnosprawnością ruchową. Christopher Taylor, jeden z senioralnych menedżerów, opowiada, że w ten sposób chcą dać swym podopiecznym KONKRETNY CEL w ich podróżach, ponieważ ich główną praktyką codzienności jest błąkanie się bez celu. Dlatego urządzili punkty sprzedaży dostępne dla osób chorych i w zaawansowanym wieku, m.in. mobilny pub i spożywczak z niskimi ladami sprzedażowymi, a także łatwo dostępną pocztę.

Dlaczego pub i spożywczak? Dlatego, że - jak dowodzą badania medyczne - te niby mało istotne czynności mocno stymulują mózg, pamięć. Chory przypominasz sobie o czymś np. dzięki etykiecie w dawnym stylu, a za tym przypomnieniem idą kolejne, bodźce ożywiają twardy dysk i... żyje się po prostu lepiej. Przykładem szczególnym na "Memory Lane" są banany, które jeszcze w latach 60. były rarytasem. Powieszone STALE w oknie spożywczaka stanowią podstawowy przedmiot dyskusji seniorów. Wspominają oni, jak cała rodzina dzieliła się kiedyś jednym zdobycznym bananem... Odrębny temat stanowi aromaterapia - leczenie demencji z wykorzystaniem zapachów z przeszłości, przede wszystkim właśnie tych związanych z żywnością! Lekarze stawiają więc na subtelności, szczegóły, drobiazgi - wbrew pozorom pełnią one fundamentalną rolę w leczeniu demencji. Proste i oczywiste, prawda? Jednak trudne, albo nawet niemożliwe w polskich warunkach.

Polskę za 20 lat będzie zamieszkiwać wielu seniorów, w tym wielu cierpiących na choroby mózgu. Już dziś powinniśmy przygotowywać przestrzeń publiczną na ten czas, tj. projektować ją z myślą o nas - seniorach z demencją, depresją, Alzheimerem i innymi chorobami mózgu. Nie wspominając o chorobach narządów ruchu... i innych... Czy architekci i drogowcy projektujący dziś przestrzeń publiczną sądzą, że zawsze będą w wieku produkcyjnym...?
---
źródło: http://www.ediblegeography.com/proustian-greengrocers/?utm_source=feedburner&utm_medium=email&utm_campaign=Feed%3A+EdibleGeography+%28Edible+Geography%29

place zabaw w europejskiej stolicy kultury

opublikowane: 26 lip 2014, 05:49 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 26 lip 2014, 07:30 ]

Polecamy Wam gorąco tę książkę: "The Playgrounds and the City" autor: Aldo van Eyck.

Niektórzy już ją pewnie mają (szczególnie tacy jak my, czyli pasjonaci i projektanci przestrzeni publicznej i placów zabaw:), ale nie zaszkodzi przypomnieć o jej istnieniu :) Ona cudownie pokazuje przemiany powojennych holenderskich placów, podwórek i skwerów w cudowne place zabaw. Wszystko to działo się od końca lat 40. do końca lat 70. XX wieku. W tym okresie pan van Eyck zaprojektował ponad 700 (słownie: siedemset) placów zabaw w Amsterdamie. Tak, 700 placów w jednym mieście.

Aldo van Eyck był holenderskim architektem, synem poety, Pietera Nicolaasa van Eycka. Urodził się w 1918, a zmarł w 1999 roku. Jego uczniem był inny wspaniały, holenderski architekt, Herman Herzberger, znany m.in. z budowy szkoły Montessori w Delft a także klas szkolnych typu "L", o których możecie pokrótce przeczytać na tutaj: https://sites.google.com/site/emsasobotka/przestrzen-publiczna/lawkaod-spoleczna

Na stronie miejskiej naszego miasta Wroclaw [Wroclove] TUTAJ możecie zobaczyć listę (niestety bez żadnych zdjęć) 17 placów zabaw.

O wiele lepszym źródłem jest oczywiście serwis maps.google - po wpisaniu "Wrocław - plac place zabaw dla dzieci" zobaczycie około 90 szpilek lokalizacyjnych, z których wiele ma street view.

Innym  źródłem, również wartym uwagi, jest Zarząd Zieleni Miejskiej we Wrocławiu, który zarządza tymi placami zabaw, które nie są zlokalizowane na terenie prywatnym lub pod zarządem innego podmiotu, np. spółdzielni. Niestety nie publikują rejestru placów na swej stronie www.

Na koniec inna refleksja: PLACE ZABAW DLA DZIECI
Kto co kontroluje?

Inspekcja Nadzoru Budowlanego:
mała architektura (karuzele, zjeżdżalnie, huśtawki i in.)

Kontrola Urzędu Dozoru Technicznego:
sprawność ww. urządzeń

Inspekcja Sanepid:
higiena piasku i jego wymiana 2x/rok

Inspekcja Bezpieczeństwa i Higieny Pracy:
bezpieczeństwo pracowników placówek szkolnych i przedszkolnych w kontekście urządzeń rekreacyjnych

WNIOSKI:

1.Nie ma podmiotu, który nadzoruje lub uzgadnia zasadność zastosowanych w projektach i realizacjach urządzeń pod względem ich wpływu na rozwój fizyczny i psychiczny dzieci oraz ich relacji rówieśniczych i ogólnie, społecznych.

2.Kwestie opisane we wniosku 1. rozwiązują doraźnie (NIE SYSTEMOWO!) projektanci: architekci, architekci krajobrazu i projektanci drogowi, którzy wygrali przetarg na realizację danego placu zabaw. Przypomnijmy że kryterium przetargowym jest CENA, a nie jakość proponowanego rozwiązania projektowego. Najczęściej żaden z tych podmiotów/osób nie posiada wykształcenia lub choćby przysposobienia do zawodu pedagoga, tym samym nie posiada aktualnej wiedzy nt. prawidłowości rozwoju psychofizycznego dzieci. Jednak decydują o wyborze urządzeń bezpośrednio związanych z życiem, zdrowiem i rozwojem dzieci.

3.O rodzaju sprzętów rekreacyjnych decydują też producenci, którzy pośrednio, acz decydująco uczestniczą w organizacji placu zabaw. Ich produkty wybierane są przez projektantów niezależnych lub projektantów zarządców, np. wrocławskiego Zarządu Zieleni Miejskiej. Produkty te posiadają (czasem nie) stosowne atesty, które są jedyną gwarancją zasadności wyborów projektowych. Nie dotyczą jednak wzajemnej lokalizacji tych urządzeń ani konkretnych wyborów na konkretne lokalizacje. Bywa, że w niektórych strefach miejskich bardziej potrzebne są urządzenia o konkretnym profilu rozwojowo-użytkowym, o czym można stwierdzić przeprowadzając badania terenowe oraz zapoznając się z diagnozami społecznymi autorstwa wrocławskich socjologów. Niestety ww. projektanci w zasadzie nigdy tego nie robią, ponieważ nie mają na to czasu, o tych opracowaniach nie wiedzą lub po prostu nie interesują się nimi. Kolejna diagnoza społeczna Wrocławia jest właśnie w opracowaniu na Uniwersytecie Wrocławskim.

Bazując zatem na Maps.google robimy małe podsumowanie porównawcze:

Amsterdam ---- Wrocław

pow.[km2]:
220 ---- 293

liczba ludn.[tys.]:
801 ---- 632

liczba placów zabaw:
700 ---- 90

Europejska Stolica Kultury czyli Wrocław 2016...

Bulwary śródmiejskie w wersji archaicznej

opublikowane: 19 maj 2014, 02:04 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 9 sty 2015, 01:15 ]

Patrzcie, bulwar obok Hali Targowej. Przestrzeń - marzenie, ale czy tylko do spacerek. Nie, tutaj często gromadzą się tzw. wykluczeni. Temat rzeki jest dziś jednak na topie z innych powodów. Póki co, bulwar jest suchy. Trzymajmy kciuki, by taki pozostał.

Cień jest, drzewka są, długi chodnik jest, pas dla stoisk jest, nawierzchnia nieutwardzona jest (ułatwia wbijanie czegokolwiek) - nic tylko robić sobotnio-niedzielny bazar, bo Hala wtedy śpi. Nie ma tu tylko zasilania, bo nasze bulwary wciąż projektuje się i modernizuje tak, jak robiono to w XIX wieku - bez mediów, czyli bez wody i prądu. Tak jakby jedyną funkcją było tu tylko spacerowanie.

W umysłach urzędników, radnych i wrocławskich (nie tylko) projektantów bulwar to wciąż tylko ścieżka spacerowa. Ewentualnie dorzucą schodki, bo przecież trzeba się pogapić na płynącą z wolna wodę, to uspokaja. OK, ścieżka, spokój, cisza. Pół roku po szumnym otwarciu, poświęceniu, przecięciu wstęgi i tych innych ceregielach okazuje się, że tylko oni ją tak traktują. Co ciekawe, rzadko tam przebywają, bo przecież w godzinach największego słońca siedzą przy swych biureczkach i dłubią zlecenia, protokoły, koncepcje, zgody, decyzje i zarządzenia, ewentualnie zaiwaniają w autach po świecie goniąc za kolejnymi umowami. W tym czasie LUD chodzi po bulwarach i uczestniczy w EVENTACH (uch!). Nagle jak grzybki po deszczu wyrastają spod ziemi coraz to nowe inicjatywy "robienia czegoś na bulwarze" - festiwal, wystawa plenerowa, bazarek, kiermasz, parada, pokaz whatever.

OK, pełna zgoda, lubimy to, bo mamy XXI w. i bulwar to już nie tylko "ścieżka z widokiem", ale coś więcej - wzdłużna przestrzeń publiczna adresowana do przechodniów, a nie do albumów i katalogów, ewentualnie do teczek reklamowych zwanych "portoflio projektanta". Podobnie, jak i inne miejsca (kawiarnie, księgarnie, kluby, place, deptaki, centra handlowe itp.), bulwary rozmnożyły swe funkcje, bo jedną z cech charakterystycznych XXI-wiecznej przestrzeni publicznej jest jej wielofunkcyjność. W XIX w. bulwary dlatego musiały być kontemplacyjne i jednofunkcyjne, bo zastępowały linie fortyfikacji, były sygnałem nadejścia "czasu pokoju i rozrywki".

Trzeba było więc z wolna spacerować, obnosząc swe koafiury i wysmakowaną odzież, osłaniając się cylindrami i parasolkami przed słońcem - znamy takie widoczki z rycin, prawda? Jednak nawet wtedy bulwary WCALE nie były jednofunkcyjne w takim stopniu, jak dziś. To pozory. Bulwary tętniły życiem, były wzdłużnym salonem miasta. Obecnie - guzik z pętelką, cofnęliśmy się w rozwoju, bo żeby cokolwiek wystawić, trzeba przejść 2-miesięczną procedurę uzyskania zezwolenia. Innym słowem albo pojawi się okazjonalny animator, który rok wcześniej zaczął załatwiać fundusze i zgody, albo pojawi się "mini-restaurator", który sprzedaje piwo wg zasady 5/0,5, albo jest pusto - spacerujemy, no... spacerujemy.

Wieczorami - nie bardzo, bo ciemno, mnożą się dziwni ludzie, robi się nieprzyjemnie. Żywność na IX-wiecznym bulwarze? Proszę bardzo, było jej sporo, tyle że dawniej lody schładzano belami lodu, a nie prądem, więc zasilania nikt nie potrzebowali, choć wszyscy o nim marzyli. W sumie - dziś też można, ale Sanepid nie pozwoli. Sanepid stoi na straży naszego bezpieczeństwa, ale na pewno nie wygody. Nie lubimy Sanepidu, który w kwestii jedzenia w przestrzeni publicznej rzuca stale kłody pod nogi. Wolimy być wolni i myć ręce, niż odwrotnie.

Dziś jest ciekawie: projektanci i decydenci (urzędnicy, radni, projektanci z urzędu), dokładnie tak jak w XX i XIX w., mówią nam swymi projektami i decyzjami menedżerskimi, że tutaj jest tzw. "teren zieleni" czyli mamy odpoczywać i grzecznie spacerować, a nie jeść lub tańczyć. Terenami bulwarów nie zarządza ZZK, lecz ZZM (choć nie wiadomo, co niesie gorsze skutki). No bo jak takim pasem zielenio-ścieżki ma zarządzać ZARZĄD ZIELENI MIEJSKIEJ, skoro ktoś tam zacznie hulanki i swawole? Zieleń i kropka. Spacerować i gapić się na rzekę, siadać na ławkach odspołecznie ustawionych w linijkę, krajobrazowo ma być jak w XIX w., nie gromadzić się, nie zbierać w grupki, rozejść się, no już!

Jak to ustalają? Ot, zwyczajnie, w tzw. miejscowym planie zagospodarowania przestrzeni - decydują o tym urbaniści, architekci, historycy sztuki, radni itd. Np. pobliski Bulwar Piotra Włostowica to "teren spacerowo-widokowy" - wiecie, zamykany na noc, ale już wieczorem sypialnia dla bezdomnych, no tak, im też należy się spokój. Bardziej przydałby się teren, na którym ludzie mogą zwyczajnie i kulturalnie siedzieć i biesiadować, bo muszą zacząć się tego uczyć nie tylko za granicą, ale też na swoim terenie - choćby w nocy, bo tutaj nie ma mieszkań, więc nikt nikomu nie będzie wył pod oknem. Ktoś się w mieście boi wolności i demokracji, prawda? Policja nie ogarnie? Straż Miejska tym bardziej? Musi być od razu walka jak za Komuny? Nie można pośrednio, grzecznie, acz stanowczo pacyfikować złoczyńców? No tak, lepiej wyjechać do takich miejsc za granicą, a u siebie nie narażać swego stołka odważnymi, nowoczesnymi decyzjami i jednak trzymac się kurczowo zamykanych bulwarów. Wszak doświadczenie Wyspy Słodowej pokazują, że urzędnicy i służby to tak naprawdę jednostki pseudoporządkowe, nie radzą sobie z przestrzenią publiczną, bo oscylują stale między dwoma skrajnymi biegunami jej użytkowania: albo całkowity spokój, albo eventoza, czyli hucznie i impreza publiczna z ochroną i stertą zezwoleń. CODZIENNOŚCI wrocławscy urzędnicy i tutejsze służby NIE OGARNIAJĄ, wielka szkoda, wielki wstyd. Ale, ale... bulwar Dunikowskiego nie jest zamykany, jest publiczny, otwarty non stop, nieogrodzony. Tutaj w minionych latach wystawiała swą budkę z lodami kawiarnia z Ostrowia Tumskiego (koło Św. Nepomucena). Jak będzie w tym roku? Zobaczymy.

Jednak my, zwykli ludzie, chcemy jednak czegoś więcej - oferty wielofunkcyjnej adresowanej do różnych grup zawodowych, wiekowych, etnicznych itd. W USA nazywa się bulwary WATER FRONT - to tutaj kwitnie życie publiczne wieczorami i w dzień. Dlaczego? Bo przy bulwarach często nikt nie mieszka, więc nikt nie będzie narzekać na hałas. Jeśli ktoś potrzebuje spokoju, jedzie za miasto lub do miejskiego parku, a nie na bulwar koło ruchliwej ulicy i tramwajowej linii, gdzie tramwaje pędzą jak na autostradzie i wpadają na nie łamiące przepisy auta prezydentów. Fajna, spokojna przestrzeń, prawda? Strefa zamieszkania na pobliskiej ul. Św. Jadwigi - kolejna przestrzeń pustego prawa. Demokratyczne projektowanie przestrzeni publicznej to coś, czego niestety nie uczą - ani w urzędach, ani w radzie miejskiej, ani szkołach.

Na Politechnice Wrocławskiej/Wydz.Arch. i Uniwersytecie Przyrodniczym niewielu jest wykładowców (są w ogóle...?), którzy potrafią pokazać współczesne trendy w projektowaniu śródmiejskich bulwarów i - co ważne - ZARZĄDZANIU NIMI, bo jedno bez drugiego nie może istnieć, aby nie stały się liniowym śmietniskiem lub pasem podwyższonego wandalizmu i przestępczości. Zauważcie: latarnie na polskich bulwarach są nastrojowe, często gazowe, "taki ładne, one dobrze tu pasują" - to wciąż wybór opraw oświetleniowych oparty przede wszystkim o ślepy sentymentalizm i przesadną estetyzację, a nie prospołeczną funkcjonalność (uwaga, przymiotnik jest ważny!) bazującą na doraźnych potrzebach mieszkańców i przechodniów. Latarnie powinny być i sentymentalne, i nowoczesne, i praktyczne.

We Wrocławiu stale słyszymy o upiększaniu (towarzystwo!) i estetyzacji (konferencje!) i plastyce (koordynatorka!), a nie zrównoważonym uspołecznianiu. Wielu z nas bokiem już wychodzi to UPIĘKSZANIE, bo więcej piękna jest w ubitym gruncie, niż w posadzkach i granitowych blokach Myczkowskiego lub drętwych pseudomeblach Rutkowskiego czy Maćkowa. Urzędnicy nie są lepsi. Departament Spraw Społecznych naszego urzędu to nie jest podmiot, który jest kompetentny w kwestiach przestrzeni publicznej, mimo że powinien (wraz z innymi!), bo ta działka od zawsze przypisywana jest architektom, czyli Departamentowi Architektury i Rozwoju, a ci jak wiadomo, również nie są kompetentni, bo nie mają na ten temat ani edukacji, ani praktyki projektowej, tym bardziej praktyki menedżerskiej w zarządzaniu. Oni tylko decydują - przede wszystkim o tym, czego nam nie wolno. Mało tego, koordynatorka ds. plastycznego wystroju miasta mówi mi bezceremonialnie, że ona nie chciałaby siedzieć twarzą do obcego, "jakoś jej się to nie widzi" - jakim więc cudem ma zrozumieć, że inni nie mają z tym problemu? Jakim cudem ma popierać dospołeczne ustawienia i typy mebli miejskich? Lepiej popierać te, które dają projektantom (kolegom po fachu) wysokie prowizje - egzemplarze nagradzane na konkursach lub proste, jak budowa cepa, tyle że stosowane bez wiedzy i umiejętności o funkcjonowaniu dobrej, przyjaznej, prospołecznej przestrzeni publicznej w mieście. Plac po placu zamieniają więc w aspołeczne patelnie. Niestety wrocławską i ogólnie, polska przestrzenią publiczną miast zarządzają ludzie o skłonnościach socjopatycznych, wycofani, sfrustrowani, przemęczeni, nie korzystający z tego, co uzgodnią lub zaprojektują, bo przecież są zajęci, bo przecież media lub ktoś inny rozpozna ich w terenie i będzie artykuł w gazecie... (choć niekoniecznie, bo lokalną prasę też obsiadają ich znajomi albo oni sami). Każdego, kto śmie ich konstruktywnie krytykować, pouczać, jak nie powinni robić, klasyfikują jako pieniacza (oczywiście mnie również), bo przecież WŁADZĘ trzeba chwalić, ma dość niskie ego. Nie będziemy ich chwalić, bo nie musimy z nimi uzgadniać projektów, robimy je bez uzgodnień, oddolnie, w pozostałych przypadkach - odpłatnie edukujemy, więc nie zlecą nam szkolenia, to byłoby dla nich i w ich pojęciu upokarzające. Podobnie jest z resztą w innych miastach, choćby w stolicy - tutaj w podręczniku organizowania wydarzeń w ppm stoi jak byk, czego nie wolno, jakie są ograniczenia - od tego zaczyna się "podręcznik", który w praktyce jest manifestem antydemokratyzacji przestrzennej. Demokracji w tych kwestiach NIE MA i długo nie będzie. Żyjemy w państwie zarządzanym przez ludzi, którzy panicznie BOJĄ SIĘ demokratyzacji otwartej przestrzeni publicznej oraz celowo czynią ją aspołeczną, aby uniknąć codziennych, spontanicznych zgromadzeń. Żyjemy wciąż w KOMUNIE, w państwie nakazowo-zakazowym, opartym na gburowatym i egocentrycznym zachowaniu urzędników, projektantów (wydających publiczne pieniądze) i innych decydentów, nie tak bardzo demokratycznym, jakby się nam wydawało.

Pobliski Bulwar Piotra Włostowica daje przechodniom lody i barki wodne. Wspaniale, ale tam jest mało miejsca - faktycznie, tylko ścieżka i odspołeczne ławki. Ludzie siadają pojedynczo lub parami i zajmują 4-osobowe ławki. Nie ma tam ani jednego skupiska ławek ustawionych dospołecznie, do siebie, aby można było siadać twarzą do siebie i wspólnie biesiadować. Nie ma ani jednego stolika przy ławkach. Ot, XIX-wieczne krajobrazowy bulwarek z budką lodów.

Od dawna już każdy śródmiejski bulwar prędzej czy później staje się miejscem animacji kulturalnej, więc hej ho, inwestorzy i projektanci, obudźcie się i pamiętajcie o tym, że media SĄ POTRZEBNE również tutaj. Jednak nawet mimo braku mediów można by tu zorganizować przyjemny 2-dniowy Nadodrzański Bazar Smakoszy :D Wyobrażacie sobie te stoliki/stragany ustawione jeden za drugim z dostępem z obu stron między drzewkami... To bardzo dobra przestrzeń do animacji kulinarno-kulturalnej. Gdyby ktoś ruszył głową i wydał kilka złotówek, można by tanim kosztem przeprowadzić przewody pod nieutwardzoną nawierzchnią i zrobić wypusty między drzewami. No ale we Wrocławiu niestety wszystko jest problemem, więc zostanie, jak jest. Tak, jesteśmy cyniczne, bo to swoista samoobrona na poziom absurdu zarządzania handlem i całkowity brak nowoczesnej i prospołecznej polityki targowej w tym mieście.

A propos, może Slow Food Dolny Śląsk zorganizuje tu kiedyś jakiś Nadodrzański Długi Targ? Gdańsk chyba nie będzie zazdrosny. Ewentualnie inne, liczne NGOsy wrocławskie - jest ich przecież mnóstwo i kryją się gdzieś w pokoikach. Przyczepcie się konstruktywnie do tego bulwaru, tu naprawdę jest duży ruch i doskonałe miejsce na 2-dniowy targ. Choćby nie-żywnościowy...  Odwagi, ludzie, odwagi!

Opracowanie:
Anna Rumińska
architekta, antropolożka kultury, placemaker, projektantka terenów zieleni i tego, co jej współcześnie towarzyszy

gabloty przy Bukowskiej w Poznaniu

opublikowane: 12 mar 2014, 14:11 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 18 maj 2014, 02:59 ]

Ruch pieszy versus animacja kulturalna i architektura czyli studium przypadku: gabloty w Poznaniu
Anna Rumińska
---------------

Portal Ulepsz Poznań zainicjował niedawno na swym profilu na Facebook interesującą dyskusję nt. przyszłości pewnego ogrodzenia, a raczej gablot reklamowych pełniących rolę ogrodzenia. Rzecz dotyczy budynku należącego do Ministerstwa Obrony Narodowej. Budynek jest imponujący i niewątpliwie ważny również w kwestii gablot i ogrodzenia. Jest to siedziba Wydziału Żandarmerii Wojskowej w Poznaniu, który ma swoją historię i obchodzi święto 13 czerwca. Ulepsz Poznań informował, że pomysły na uatrakcyjnienie gablot przekaże Agencji Mienia Wojskowego, więc jest ona właścicielem gablot, a budynek należy do MON, jako zamawiającego w przetargach? UP to na pewno wie, my nie, ale dobrze znać ten kontekst. Ciekawostka: niedawno (wrzesień 2013) ogłoszono przetarg na wymianę stolarki okiennej w Hali Sportowej zlokalizowanej w jakimś obiekcie przy tym adresie - wymianę 26 okien zrealizowano tam za kwotę ok.161 tys. zł, więc kto by tam się przejmował jakimś ogrodzeniem… Poza tym planowana jest modernizacja tego budynku, ale o tym dalej.

W odpowiedzi na apel Ulepsz Poznań i pytanie „co zrobić z gablotami?” pojawiły się na Facebook pod publikacją pomysły różnego typu, ale zwykle sprowadzające się do urządzenia w gablotach regularnych - zmiennych lub stałych - wystaw artystycznych. Jeden tylko głos postulował usunięcie gablot i odsłonięcie budynku. Po przemyśleniach zgadzam się właśnie z tym pomysłem.

OPCJA 1 - GABLOTY ZNIKAJĄ

Pytanie zasadnicze nr 1: dlaczego pojawiły się te gabloty zamiast (lub na?) ogrodzenia i czy faktycznie powinny tam być? Tak jak zauważyła pani Joanna Gold na Facebook - czy ta bardzo długa w poziomie, ale pionowo ustawiona płaszczyzna ma w ogóle rację bytu, zasłaniając dobry, ceglany budynek? Czy gabloty są zakorzenione w lokalnej narracji? Czy może warto przenieść w inne miejsce, a tutaj odsłonić budynek i zrobić lub odsłonić zwykłe ogrodzenie? Zatem czy pytanie o ich renowację i uatrakcyjnienie w ogóle jest zasadne? Czy może zamiar odnowienia gablot i urządzenia w nich czegokolwiek wynika z braku funduszy na ogrodzenie? Raczej nie, przecież to budynek ministerialny, a MON ma dużo pieniędzy, co widać po licznych przetargach na prace remontowe lub budowlane na stronie Wojskowego Zarządu Infrastruktury w Poznaniu.

Popatrzyliśmy na miejsce z oddali - analizie zawsze trzeba poddać miejsce w jego szerszym kontekście. Szczególnie kontekst komunikacyjny jest tu trudny: ścieżka rowerowa, zwężenie chodnika z powodu zatoki autobusowej, wysoka kategoria ulicy i duży ruch samochodowy, monumentalna i wartościowa architektura siedziby Żandarmerii Wojskowej itp. Gabloty przysłaniają budynek biurowo-sztabowy w strefie ochrony konserwatorskiej, który ma być w tym roku remontowany, w tym także ELEWACJA, inwestycja jest już ogłoszona, ale nie potwierdzona. Biorąc pod uwagę te fakty, patrząc na powyższą fotografię (czyli szerszy kontekst), patrząc na ulicę z drugiej strony i tamtejsze ogrodzenie, aż się prosi, by gabloty po prostu stamtąd zniknęły. Warto tu zrobić skromne, czarne, metalowe ogrodzenie, nawiązując do tego, które widnieje po II stronie ulicy. Niewykluczone, że szukanie pomysłu na gabloty z pomocą Ulepsz Poznań wynika właśnie z ww. planowanych remontów?
  

Fot. 1 + fot. 2 - źródło powyższych dwóch zdjęć: Google Street View

Na powyższych fotografiach staje się oczywiste, że te gabloty są tutaj pomyłką estetyczną i przestrzenną. Tną przestrzeń jak sztylet, zabierają jej oddech. Nie ma czego tutaj zasłaniać, wręcz przeciwnie, należy odsłonić architekturę. Warto więc sprezentować komuś gabloty i przenieść je w inne miejsce, gdzie będą przydatne i zostaną wykorzystane kulturalnie, animacyjnie, pro-społecznie, dydaktycznie, ekologicznie, ogrodniczo, jakkolwiek, byle w innym miejscu, w którym zastosowanie będą mieć uwagi poniżej, w rozwiązaniu wystawy stałej lub wystaw tymczasowych, jeśli gabloty miałyby nadal tworzyć bardzo długą w poziomie  płaszczyznę pionową, jak tutaj. Ewentualnie można je oczywiście ułożyć inaczej, przerwać, ustawić pod kątem, zabawa może być przednia - dla kogoś, kto je otrzyma w prezencie. Albo jeszcze lepiej: otrzyma gabloty, ale w ramach ich renowacji i wykorzystania pozyska farbę na nowe ogrodzenie Żandarmerii, wtedy wszyscy będą szczęśliwi… ;)

OPCJA 2 - GABLOTY ZOSTAJĄ

Jeśli jednak sytuacja wygląda kategorycznie i gabloty-muszą-zostać-i-koniec-kropka, to prześledźmy możliwe rozwiązania, ale najpierw…
… Pytanie zasadnicze nr 2: kto miałby być odbiorcą - docelowym lub przypadkowym - czegokolwiek w tych gablotach:
- piesi,
- rowerzyści,
- kierowcy przejeżdżających tędy aut,
- pasażerowie przejeżdżających tędy autobusów,
- bywalcy (pracownicy, goście lub mieszkańcy) w budynkach naprzeciwko?
Takie są możliwości percepcji - oglądania tego, co pojawiłoby się w tych gablotach. To właśnie ci ludzie mieliby szansę zobaczyć to, co pojawi się w gablotach. Nie licząc oczywiście gości, czyli osób zaproszonych do oglądania tego czegoś.

Mamy więc dwa kolejne rozwiązania:
- oglądanie trwałe zawartości gablot (ww. tubylcy),
- oglądanie na zaproszenie zawartości gablot (gości).

OPCJA 2-a - TRWAŁA WYSTAWA DLA TUBYLCÓW LUB MIJAJĄCYCH

Trzeba wybrać grupę docelową. Niewątpliwie najmniej ważnym obserwatorem zawartości gablot okazaliby się bywalcy budynków z naprzeciwka, bo jest to grupa ograniczona i stosunkowo niewielka, a rzecz toczy się o „coś dla ludzi” - w domyśle większą liczbę ludzi, mieszkańców. Pozostają więc widzowie w ruchu, a to zmienia diametralnie możliwości ekspozycji, bo sprowadza gabloty do formuły bilboardowej - chwilowej i wzdłużnej percepcji. Ludzie będą więc oglądać to coś w ruchu - idąc lub jadąc. Pieszych zostawiamy na opcję 2-b, bo 1) będą podchodzić i oglądać to coś w gablotach oraz 2) poruszają się stosunkowo powoli i mogą/lubią się zatrzymywać. Natomiast najciekawsze efekty wizualne przy takiej „wężowej” (długa, niska, pionowa) płaszczyźnie można będzie uzyskać w szybkim ruchu - jadąc rowerem lub autem. Pryz szybkim ruchu występuje efekt migania lub nakładania się obrazów, więc efekty mogą być ciekawe. Autobusy nie będą się tu liczyć, bo jadą powoli, w dodatku tutaj obok znajduje się przystanek autobusowy, więc pasażerowie zamieniają się w pieszych. Zatem samochody - czy kierowcy aut mogą być traktowani jako widzowie wystaw? Nie, bo ich obowiązkiem jest patrzeć na pas drogowy, a nie wystawy. Innym słowem nie można projektować tutaj wystaw biorąc pod uwagę kierowców jako widzów. Pozostają więc rowerzyści jadący tutejszą drogą rowerową. Abstrahując od faktu, że oni również powinni nie być rozpraszani gablotową ekspozycją, można założyć, że powstanie coś, co:
1 - służy rowerzystom użytkowo albo…
2 - jest postrzegane przez rowerzystów i jest rzeczą artystyczną.

W pierwszej opcji to coś może służyć tylko rowerzystom jadącym z zachodu na wschód - oni będą mieć po swej prawej ręce pas gablot i pas tutejszego trawnika. Żadne złudzenia optyczne - mimo fascynującej długości gabloty - lub wystawy dla rowerzystów nie wchodzą tutaj w grę, przecież najważniejsze jest bezpieczeństwo ruchu, rowerzystów nie wolno rozpraszać. Zatem coś użytkowego. Co może tutaj być? Szereg ramion z wysięgnikami z butelkami z wodą lub ulotkami, jak w maratonach dla biegaczy…? ;) Seria pochyłych kubełków dla rowerzystów do segregacji odpadów? ;) Żarty żartami, ale taka długa, pionowa, użytkowa strefa zorganizowana z myślą o rowerzystach wcale nie jest pozbawiona sensu i można tu coś dobrego ugrać - najlepiej spytać specjalistów od roweryzacji, najlepiej tych z Danii lub Holandii, oni na pewno podsuną rozwiązanie. Co więcej - to rozwiązanie będzie możliwe nawet w opcji 1, gdy gabloty znikną, a zostanie płot. Zatem… czy to ma w ogóle sens? Nie bardzo, projektowanie tutaj czegoś fajnego i użytkowego dla rowerzystów to jednak kombinowanie na siłę,  bo ruch wzdłużny ignoruje wszystko, co jest płaskie, a takie są gabloty. No, chyba że… ktoś będzie chciał urządzić tutaj dłuuuuuuuuuugą wypożyczalnię miejskich rowerów (kosztem trawnika?!) albo dłuuuuuuuuuuuuuuugi parking rowerowy, niestety również kosztem trawników (fot. 3), ale czy tutaj jest na to dobre miejsce? Poznaniacy drodzy, sami wiecie najlepiej, raczej nie, przecież obok biegnie droga rowerowa. Musi więc to być tylko coś „do oglądania”.

Fot. 3 - fot. Anna Rumińska Archiwum eMSA Inicjatywa Edukacyjna / Berlin, parking rowerowy przy jednej z bibliotek publicznych

Fot. 4

Może więc wystawę rowerów archiwalnych na gablotach, czyli coś w poprzek, coś, co będzie oglądane w ruchu i wzdłużnie, a nie frontalnie.
No, ale… jaki wtedy ma sens owa „gablotowość" gablot, bo zapewne mają oszklenie? Żaden sens. Te pomysły odpadają.

Wracamy więc do czegoś artystycznego, jednak wiemy już, że to coś będzie mogło być adresowane tylko do pieszych z ww. powodów - nie można odwracać uwagi rowerzystów od ruchu i drogi. Skoro więc ekspozycja ma być adresowana tylko do pieszych, to kto ją będzie oglądać? Ludzie z naprzeciwka - stwierdziłam powyżej, że nikt nie uzna ich za target. Zatem piesi przechodzący, pasażerowie w(y)siadający, mijający? Może usunąć trawnik i zrobić drugi chodnik? Szkoda trawników…, poza tym wtedy krzyżowanie ruchu będzie ogromne i spowoduje wiele kolizji między pieszymi i rowerzystami. Kto więc ma podejść do wystawy i ją obejrzeć? Nikt? Ludzie mają ją oglądać z daleka, zza drogi rowerowej? Czy będzie im się chciało? W takim razie po prostu galeria graffiti i miejsce dla free-lancerów, co przyjdą, wymalują na swój koszt i zostawią dla dobra ludzkości?

http://www.op-art.co.uk/op-art-gallery/bridget-riley
Po lewej: malarstwo Bridget Riley

Może więc jakieś sprytne sztuczki ze złudzeniami optycznymi typu dobry, XXI-wieczny op-art nawiązujący do lat 60. XX wieku? Albo coś segmentowego łączącego się wizualnie w całość w miarę ruchu, albo inne fiku-miku ze sztuką i land-artem, ale typu bilboardowego, bo tutaj postrzeganie będzie jak na autostradzie - chwilowe, wzdłużne, ale powtarzalne w skali tygodnia. Lecz ciągle pytam; dla kogo? Czy po to ktoś ma inwestować swój zapał, nadzieję, czas, emocje, pieniądze, aby organizować wystawę, która z założenia będzie mieć bardzo słabą oglądalność? Kto wyda na to pieniądze i czyje one będą? Jeśli publiczne, to czy będzie to dobre rozwiązanie? Niekoniecznie. Dochodzimy do opcji 2-b.

OPCJA 2-b - WYSTAWY TYMCZASOWE Z WERNISAŻAMI

Po co wernisaże? By zaprosić więcej ludzi, by to było wydarzenie kulturalne, by ta publiczna inwestycja w gabloty miała sens, nawet jeśli zapłaci za to sponsor lub mecenas. No to świetnie, mamy wreszcie określoną sensowną grupę docelową. Tyle że piesi chodzą dalej, chodnik jest dopiero za drogą rowerową, tam też jest (idealnie po środku całej długiej gabloty) przystanek autobusowy. To dobrze, bo czekając na autobus można oglądać wystawę - połączyć przyjemne z pożytecznym. Oznacza to, że płaska (np. fotograficzna lub rysunkowa) wystawa czegokolwiek stałego w gablotach, oglądanego frontalnie, a nie pod dużym skosem i w ruchu (j.w.) spowoduje od razu chęć zbliżenia się pieszych do gablot - przyjrzenia się, a przy okazji deptanie trawnika i tym samym zakusy na jego likwidację. Chcecie tego? Chyba nie wyobrażamy sobie stawiania barierek lub płotków (płotka wzdłuż płotka?), wzorem urzędników, którzy chcą powstrzymać pieszych przed zbliżaniem się do cennej fontanny lub rzeźby, jak we Wrocławiu lub Gdańsku (Neptun). Jeśli więc ma być tu wystawa dla pieszych, to musza oni mieć możliwość podejścia do gabloty, inaczej zadepczą trawnik. A skoro tak, to będą przecinać drogę rowerową, inaczej oglądanie takich wystaw nie ma większego sensu i znów sprowadza się do sytuacji,  w której ich autorzy lub kuratorzy wydadzą kilka setek na pewno publicznych pieniędzy na ich organizację, a ich oglądalność będzie znikoma. Lokalizacja ścieżki rowerowej koliduje więc z chodnikiem, bo to on właśnie powinien być bliżej gablot, jeśli ma w nich być coś płaskiego „do oglądania”. Ale czy ma sens taka zamiana? Oczywiście, że nie. Z pewnością nikt tutaj tego ani nie będzie wnioskował, ani tym bardziej robił.

Wyobraźmy sobie zmianę ekspozycji - przecież jeśli mają to być tzw. fajne wystawy, to będzie to jakieś wydarzenie kulturalne, tylko wtedy ma to sens. Będą więc wernisaże, otwarcie wystawy. Będą więc ludzie w dużej liczbie. Przećwiczyliśmy podobne wydarzenia na ul. Szewskiej we Wrocławiu, m.in. w ramach inicjatywy Splot Szewska (fot. po lewej). Wydarzenia te mają sens, jeśli jest na nich tłoczno, a to oznacza, że goście wydarzeń mogą utrudniać ruch pieszy, tym bardziej rowerowy. Wszyscy są na swoim terenie, przecież pieszy lub rowerzysta ma prawo się zatrzymać i stać się gościem wernisażu - po to jest plenerowa galeria sztuki. Na Szewskiej wąski pas chodnika funkcjonuje jako domniemana droga rowerowa, którą nie jest, więc tym bardziej komplikuje ruch. W Poznaniu natomiast droga rowerowa będzie po prost zapełniona pieszymi w czasie otwarcia wystaw - nie wyobrażam sobie, by goście stali poza nią, by mogli nią mknąć rowerzyści - ludzie nie są tak zdyscyplinowani, poza tym taka dyscyplina nie może być uzasadnieniem dla złego zaprojektowania, zorganizowania przestrzeni. Ogólnie, w takich przypadkach łączenia chodników, ścieżek rowerowych i galerii miejskich zdarzają się często kolizje, a jeśli mamy dodatkowo trawnik, to na pewno będzie on zdeptany, bo piesi chcą podejść do pionowych grafik.

Nie wiem, jak mocny jest tutaj, na Bukowskiej, ruch rowerowy, ale wyobraźcie sobie: jest wernisaż, wystawa, ludzie oglądają, piją wino, jedzą koreczki, grupy ludzi stoją na ścieżce rowerowej i chodniku, przecież długą wystawę trzeba oglądać swobodnie i czasem z szerszej perspektywy, również spacerować, a tu nagle pędzą rowerzyści, lub choćby chcą spokojnie przejechać drogą rowerową - ich strefą zajętą przez gości wystawy. Każdy ma prawo, ale będzie kolizja, więc albo wystawy, albo rowery, albo likwidacja czegoś... Ktoś powie: nie będzie wernisaży, będzie tylko stała wystawa. Wracamy wówczas do opcji 2-a, która jest ekonomicznie i społecznie bez sensu.

OPCJA 2-c - PLACEMAKING I STREFA REKREACJI

Pani Martyna Kaczmarek, jedna z komentatorek na Facebook, zaproponowała pionowy ogród. To zawsze jest ciekawe rozwiązanie, mało ich w Polsce, szczególnie na ogrodzeniach. Czy jednak jest to animacyjne miejsce? Czy dobrze chronione? Czy inwestycja w pionowy ogród (kosztowne!) jest ekonomicznie uzasadniona w tym miejscu? Niekoniecznie. Ta masa zieleni w  perspektywie pokazanej na Fot. 1 (początek artykułu) będzie zieloną, ciężką żyletą, z resztą podobnie jak w przypadku wszystkiego innego.
 
Strona północna dość wysokiego budynku Żandarmerii, to miejsce mocno zacienione. Obok jest przystanek autobusowy i wiata. W pobliżu nie widać raczej żadnych klubów, teatrów, miejsc kulturotwórczych. Jest to miejsce poważne, by nie powiedzieć, nadęte lub smutne, ale może nie, może bez uprzedzeń, może ma potencjał? Musiałby to być naprawdę silny placemaking, by przyciągnął tutaj ludzi i zatrzymał na dłużej - tylko wtedy ma sens robienie tutaj wystaw stałych i tymczasowych, animacji op-artowych, iluzorycznych, happeningowych itd. (mimo to, nadal pamiętajmy, że zasłaniamy architekturę gablotami), ale potrzebne będą wtedy generatory ruchu i rekreacji - ULICZNA GASTRONOMIA pełni tę funkcję najlepiej, inaczej ludzie po prostu tam nie przyjdą.

Placemaking
i animacja terytorialna, np. zrobienie z gablot pionowego wzdłużnego ogrodu i wykorzystanie pasa trawnika jako przestrzeni z leżakami i do-społecznymi ławkami dla małych grup ludzi - coś jakby parklets, które robi się na jezdni, czyli wąskie i podłużne strefy rekreacji pod chmurką? Dobrze, jest szansa, z tego można zrobić nowe Miejsce, ale pamiętajmy, że jeśli są gabloty, to wtedy zawsze tutaj jest cień, a ludzie lgną do słońca. Hmmmm... Nawet gdy gabloty z nikną, cień pozostanie. Zatem placemaking będzie tutaj trudny.

Wróćmy jeszcze do go do generatorów rekreacji - gdyby ktoś upierał się przy placemakingu, konieczne byłoby pojawienie się na trawniku, na tak dużej długości przynajmniej 4 boksów gastronomii obwoźnej, tzn. mobilnej, ale w miarę stałej. Nawet w zimie może to funkcjonować. Wyobraźmy sobie scenariusz:  między boksami z pysznym zdrowym jedzeniem i fair-tradową kawą siedzieliby ludzie, popijali i podjadali, czytali książki, patrzyli na ruch obok, na jezdnię, na przystanek, na mijających ludzi. Niby fajnie, ale wiemy, że to w Polsce jest trudne. Dlaczego? Bo ludzie wciąż traktują u nas ulice jak strefy tranzytu, przestrzeń obcą, a nie Miejsca Docelowe (to ma głęboką genezę w polskiej etnografii i ludowej kosmologii słowiańskiej). Jeśli ktoś zaryzykuje i za wszelką cenę zechce tu zrobić Nowe Miejsce - uda się, ale potrzeba naprawdę dużej cierpliwości i świetnego planu z dużą pomocą mediów i reklamy.

WNIOSKI?

Gabloty po prostu zasłaniają budynek i powodują, że fasada jest optycznie dużo niższa. Zabierają oddech przestrzeni, temu miejscu, tej strefie. Całość przypomina nawet troszkę hiper-long-reklamę w Moskwie, Dubaju lub Berlinie (fot. po lewej).

Ewentualnie może festiwal sztuki na bilboardach? Jak niedawno Art. Moves w Toruniu (fot. po prawej). Zwróćcie jednak uwagę - tam wzdłuż bilbordów jest chodnik, a w Poznaniu - trawnik i ścieżka rowerowa.

Ażurowe ogrodzenie na pewno poprawiłoby tę sytuację, dodało lekkości. Na zdjęciach widać, że cokolwiek się pojawi w gablotach, zawsze będzie upośledzać tę architekturę. Nie zawsze bowiem coś, co istnieje teraz i tu, ma sens i trzeba to ulepszać. Czasem warto wrócić do stanu pierwotnego - BEZ GABLOT. Przenieście gabloty w inne miejsce, warto je tam wykorzystać do celów animacyjnych, edukacyjnych, kulturalnych - dowolnych. A jeśli naprawdę muszą zostać, niechaj staną się wydarzeniem świetlnym lub muzycznym - interaktywną instalacją artystyczną wykorzystującą motywy linearne:
- klawiaturę fortepianu lub zapis nutowy,
- kod kreskowy,
- klawisze świetlne,
- domino,
- kalendarz,
- animację lub film poklatkowy (stop motion),
- itp.





Albo po prostu tzw. zebrating art, czyli sztuka iluzji na ogrodzeniach (zdjęcia z Internetu):

Warta uwagi jest akcja społeczno-reklamowa (fot.po lewej) podkreślająca stopień bezrobocia w Hiszpanii, gdzie jedna na 4 osoby nie ma zatrudnienia, co pokazano na graffiti w Saragossie. Jednak podkreślić trzeba, że to graffiti miało znaczenie ściśle terytorialne - kierowało ludzi do lokalnego urzędu pracy. W przypadku Poznania trzeba by chyba zrobić akcję rekrutacyjną do wojska polskiego…?

W ostateczności pozostaje Płotek Miłości, jak w Kolonii… ;)

jarmark bożonarodzeniowy - globalizm czy lokalność?

opublikowane: 26 gru 2013, 12:09 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 22 kwi 2015, 02:03 ]

Wracamy do tematu handlu w przestrzeni publicznej, między budynkami - tym razem do jarmarków, a konkretnie do krytyki tzw. Jarmarku Bożonarodzeniowego na Rynku we Wrocławiu. Tutaj zobaczycie zdjęcia wszystkich straganów/domków w ostatnim dniu jarmarku, tj. 22 grudnia 2013 roku.

Polska i jej bazary, jarmarki, targowiska... Smutny temat, niestety.

Bazar na Rynku. Wielu się podoba, ale mnie... kompletnie nie, raczej mocno smuci, kolejny raz, doroczne święto smutku. "Podoba się" on tylko wtedy, gdy łażę tam w miłym towarzystwie, bo ono przyćmiewa jarmarczne absurdy. Poza tymi momentami jest to w większości zły bazar - eksterytorialny, oszukańczy, drogi, tandetny i masowy - na wielu straganach. Z pewnym aroganckim człowiekiem od płynnej chałwy na czele, co to (w odpowiedzi na moją uwagę, że ta chałwa zawiera szkodliwy olej utwardzony) rzucił bardzo arogancko "A co pani jest po stronie Gesslerowej? Składów nikt mądry nie czyta!". Jestem więc Nikt, bo składy czytam, co więcej, unikam trucizn. Nie będę delikatna, jak mi doradzono, w kwestii krytyki. Moim zdaniem ten event nie zasługuje ani na miano wartościowego Miejsca Spotkań, ani na miano jarmarku, która to nazwa powinna być zastrzeżona dla wydarzeń handlowych o charakterze lokalnym. To jest bazar - w sensie produktowym. Jarmarkiem nazywa się go tylko dlatego, że jest organizowany raz w roku - zgodnie z tradycją (targi organizowano co tydzień).  Jeśli oczywiście przyjąć taką definicję bazaru, jako czegoś mniej lokalnego, rzetelnego i tradycyjnego, niż jarmark. Definicja ksenogamiczna, jeśli wiecie, co mam na myśli. W sumie więc nie będę się spierać o nazwy, ważne, że zorganizowano to nie tak, jakby wielu z nas chciało.

Pod względem wartości odżywczych tamtejszych produktów - włosy się jeżą, składu nie uświadczysz prawie nigdzie, poza pysznymi kasztanami jadalnymi z tabelą wartości odżywczych (gratulacje!). Życzyłabym więc sobie i Miastu (=społeczności, Gminie, a nie urzędowi) raczej jarmarku na miarę Slow Food... Życzyłabym już prędzej sobie i Miastu, aby jarmark został uzupełniony o domki z rękodziełem autorstwa dolnośląskich rekonstruktorów, rzemieślników, rękodzielników, artystów itd. To jednak wciąż utopia, bo dopóki nie będziemy głośno trąbić o tandecie i nierzetelności takich miejsc, dopóty nie zmienią się one z byle jakich bazarów w prawdziwe lokalne jarmarki, jakich mogliby nam pozazdrościć turyści, albo jakie stałyby na tym samym poziomie, co np. przeuroczy jarmark w Tallinie, który zajmuje jedno z najwyższych  miejsc w rankingu bożonarodzeniowych jarmarków. Z resztą rankingi nic nie mówią o jakości, a raczej o odwiedzalności, frekwencji - w rankingach wrocławski jarmarczek też wysoko stoi, ale co z tego?

Plotka niesie, że koszt czynszu za połowę domku wynosi 15tys. Czy to prawda? Nie wiem. Ponoć jest zniżka dla rękodzielników i artystów - do 5000 zł za pół domku. Nie wiem, czy te kwoty są prawdziwe, ale po dodatkowych wywiadach z tradycyjnymi wytwórcami kulinariów lub rękodzieła zrozumiałam, dlaczego ich tam nie ma - rzetelnych, tradycyjnych rękodzielników i rekonstruktorów rzemiosła. Po prostu boją się, że nie zarobią na czynsz, wciąż jest dla nich zbyt wysoki. Bo czynsz w takich przypadkach nie ma prawa być komercyjny lecz PROMOCYJNY albo nawet SYMBOLICZNY, wzorem np. niektórych jarmarków w Goerlitz, gdzie gmina (urząd) dopłaca często do ekspozycji lokalnych wystawców, aby tylko się wystawili. Ci ludzie świadczą usługi edukacyjne, podtrzymują tradycję - nie można traktować ich, jak typowych, komercyjnych sprzedawców, skoro są pasjonatami. Tak, trudno będzie obronić, że człowiek A jest pasjonatem, a człowiek B - nie, pierwszemu dać czynsz za symboliczną stówę, a drugiemu za 15 tys., ale taka weryfikacja jest możliwa. Nie może być tak, iż w centrum Wrocławia nie można poznać, że jesteśmy na Dolnym Śląsku.

Smak płynnej tandety poczułam w bucie-kubku, w tym roku pomarańczowym. Koleżanka miała gorzej - gorący kompot zwany ponczem. Nie polecę tego miejsca/eventu, jednak wiadomo - tam też można doznać miłych chwil, zaznać rozrywki, spotkać wielu ludzi, ale to nie znaczy, że to jest dobre. Cukier jedzą wszyscy, ale to nie znaczy, że jest zdrowy - podobnie z jarmarkami. Sam fakt, że przychodzą tu tłumy, nie oznacza, że są one prawidłowo zorganizowane i że wystawiane tu produkty są w 100% wartościowe. Ludzie przyjdą zawsze, ale można sprawić, aby zapamiętali to miejsce i wydarzenie inaczej - nie jako rozwrzeszczane masowymi i obcymi piosenkami, ale jako święto lokalności i tradycji. No właśnie, piosenki, muzyka... Dolny Śląsk i Wrocław, albo ogólnie - Polska - ma swoje wspaniałe tradycje w muzyce jarmarcznej, dawnej, barokowej, średniowiecznej, ale też z epok późniejszych. Dlaczego ta muzyka nie wybrzmiewa na jarmarkach? Dlaczego w Tallinie można posłuchać średniowiecza, a we Wrocławiu nie, tylko trzeba dreptać między straganami w takt Georga Micheala? No i te ławki... Publiczne ławki w czasie jarmarku są odsuwane i chowane na tyłach! Nikt ich nie używa, a na obszarze jarmarku ludzie nie mieli gdzie usiąść, bo organizator przewidział głównie miejsca stojące przy wysokich stołkach, co dla dzieci, seniorów i osób na wózkach jest absurdalne. W 2014 r. sytuacja uległa poprawie, ale nadal publiczne ławki są odrzucane, zamiast być wykorzystanymi. Zatem cóż, pisząc o tym kiepskim miejscu i wydarzeniu promuję je i tak. Sam fakt tej publikacji jest już formą promocji, bo ludzie czytając krytykę z przekory myślą "ale ta baba chrzani", więc tam pójdą - coś dobrego dla tego badziewia zrobiłam - szczególnie (może?) dla tych nielicznych przyzwoitych, co tam są. Ufff, kamień z serca.

Niezmiennie powtarzam: TRADYCYJNEGO rękodzieła lokalnego tam NIE MA. Te pojedyncze okazy są zbyt pojedyncze (podobnie, jak nie ma go na wrocławskim i warszawskim lotnisku - dla porównania, jest jego mnóstwo na lotnisku tallińskim). Są tylko masowe rzeczy z Peru, Podhala, Rosji, Wilna, Czech, Słowacji, Austrii... Jest np. Bolesławiec i to dobrze, niechaj się mocno trzyma. Są też wrocławscy artyści, ale to nie jest tradycyjne rękodzieło. Pierogi, placki, smalce, bliny - smażone na oleju, którego zapach odstrasza, potworna, toksyczna frytura. Masówka lub tandeta, wiele niezdrowych, fatalnych produktów zwanych niesłusznie żywnością. Czy ktoś mnie poda do sądu za tę krytykę? Nie sądzę, wszak niewielu czyta ten post, więc skuteczność krytyki jest znikoma, mogę sobie tak krytykować do woli. A jeśli nawet, to czy słuszna to krytyka? Krytyka zawsze może być słuszna i niesłuszna zarazem. Na pewno bywa subiektywna w dążeniu do obiektywności, jak to wiedza ekspercka - oparta na znajomości kultury kulinarnej i handlowej, innych jarmarków i bazarów, targowisk i marketów, sklepów i budek, polityki targowej i strategii handlowych. Każdy może mieć własne zdanie, zatem miłej zabawy na bazarze:) O przepraszam, na jarmarku.

asocjalizacja architektury

opublikowane: 5 gru 2013, 15:11 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 26 gru 2013, 09:56 ]

https://plus.google.com/u/0/photos/105259009233878765810/albums/5961721701673638753
Są na świecie ludzie, którzy głośno krytykują architektów za ich stricte wizualne/estetyzacyjne podejście do architektury oraz ignorowanie faktycznych potrzeb mieszkańców, tubylców. Tych ludzi jest coraz więcej. Dziś przypomnimy tylko pięć osób: dziennikarkę, publicystkę i aktywistkę (Jane Jacobs), dwóch urbanistów (Williama H. Whyte'a i Jana Gehla), architekta (Christophera Alexandra) oraz placemakera (Freda Kenta).

kliknij na zdjęcie po lewej, by zobaczyć więcej ławek bez oparć we Wrocławiu, bo to już wrocławska epidemia ogarniająca projektantów i urzędników, a wiele winy spada na fatalny Katalog Mebli Miejskich utworzony przez jednostkę Urzędu Miejskiego (Koordynator ds. projektu plastycznego wystroju miasta, B.Urbanowicz), która powinna zajmować się TYLKO projektem plastycznego wystroju miasta, jak sama nazwa wskazuje, a nie doborem typu mebli, które są po prostu antyspołeczne: Thespian, Renoma, Psie Pole, Św. Antoniego, Pl. Nowy Targ, Kuźnicza, Rynek, Wzgórze Polskie, Plac Grunwaldzki, kampus UWR przy ul.Joliot-Curie...

Jane Jacobs (1916-2006) była ważną pionierką pro-społecznego myślenia o przestrzeni publicznej wśród architektów. jej książka "The Death and Life of Great American Cities" odnosi obecnie kolejny sukces, niestety nadal nie została wydana po polsku. W walce o przestrzeń publiczną mobilizowała tłumy, za co ją aresztowano. I pomyśleć, że w czasie, gdy dyskutowaliśmy możliwości i zasady współpracy w budującym się nowym zarządzie SARP O/Wrocław, w kwietniu tamtego roku umarła JJ. Może dlatego czuję, że moim zadaniem jest kontynuacja tego, co zaczęła w USA, przynajmniej w minimalnym ułamku jej aktywności. Co wniosła JJ do dyskursu o przestrzeni publicznej i architekturze? Przede wszystkim wrażliwość na ludzi i siłę ochrony miejsc przed zakusami inwestorów, polityków i urzędników. Wrocław nie jest już miastem, który lubi demonstracje przeciwko własnoręcznie wybranej "władzy", więc robi ona, co chce: kosi zielone skwery i drzewa, buduje szerokie arterie w śródmieściu, intensyfikuje sygnalizację świetlną potęgując korki i wypadkowość, usuwa pawilony handlowe w imię estetyzacji, stawia pomniki w tym samym celu, zamienia ławki z tych z oparciami na te bez oparć lub je po prostu likwiduje na prośbę zdesperowanej większości zdominowanej arogancką mniejszością (osiedlowe konflikty), zamiast mobilizować służby porządkowe, wreszcie promuje architekturę (kubatury i place) nie tworzącą dobrych relacji społecznych itd. JJ wszystkiemu temu się sprzeciwiała, działała dokładnie odwrotnie: nawoływała do tworzenia przyjaznych miejsc, by ludzie, przebywając w nich, nadzorowali ją bezpłatnie, protestowała przeciwko budowie autostrady przez środek najcenniejszego placu, promowała ulice małe i kameralne, zamiast szerokich itd.

William Holy Whyte
(1917-1999) specjalizował się w badaniach przestrzeni publicznej dawno temu, w latach 60. w Nowym Jorku. Wyniki jego badań przestrzeni publicznej rodzinnego miasta są honorowane do dziś, a jego słynna książka "The Social Life of Public Spaces" stale wznawiana.

Fred Kent (ur.1945) poszedł śladami Williama H. Whyte'a i od dawna zajmuje się placemakingiem, aktywizacją miejsc i konsultowaniem przestrzeni publicznej, szefując organizacji Project for Public Spaces z siedzibą w Nowym Jorku. Jego nauczycielką była etnolożka, Margaret Mead, pracował też w otoczeniu Jane Jacobs i Kevina Lyncha, autora ważnej książki "Obraz miasta". Jego współpracownica konsultowała niedawno przemiany placu na Mariensztacie w Warszawie.

Jan Gehl (ur.1936) praktycznie to samo, ale z innej perspektywy - jest bowiem urbanistą szefującym pracowni Gehl Architects z siedzibą w Kopenhadze. Bada przestrzeń i miasta, projektuje zmiany, publikuje teksty, doradza decydentom, prezentuje swoje postulaty na kongresach.

Christopher Alexander (ur.1936) wypowiedział się obszernie o przestrzeni publicznej w swej najważniejszej bodaj książce "Language Pattern" wydanej szczęśliwie w Polsce pod tytułem "Język wzorców". To solidna i wyjątkowo cenna cegła, która pomoże aspołecznym architektom rozeznać się w tym, co jest korzystne dla użytkowników ich martwych kubatur.

Wszyscy wyżej wymienieni myśliciele, publicyści i projektanci zajmowali się lub zajmują placemakingiem, pro-społeczną aktywizacją przestrzeni publicznej, konsultacjami dla urzędników, radnych, projektantów i aktywistów w tematyce czynienia przestrzeni publicznej przyjazną dla ludzi, a nie dla aut. Niektórzy z nich projektowali lub projektują architekturę lub przestrzeń.

Po 20 latach projektowania architektury i przestrzeni, koordynowania wielobranżowych i wysokobudżetowych projektów architektoniczno-budowlanych, wzbogacona następnie o zawód i praktykę antropolożki kultury i etnolożki, publicystki i konsultantki przestrzeni publicznej, a także o 3-letnią działalność na rzecz coraz bardziej wątłej marki SARP (kadencja 2006-2009) oraz kilkuletnią publikację tekstów w czasopiśmie Krajowej Izby Architektów "Zawód:Architekt", dedykuję książkę Christophera Alexandra architektom - szczególnie dwóm wrocławskim, moim zdaniem bezpodstawnie uchodzącym za lokalne gwiazdy, z sukcesem promującym się w profesjonalnych i powszechnych mediach (również na ścianach budynków w formie wielkiej szmaty reklamowej - patrz Zbigniew Maćków w Galerii Dominikańskiej), mówiącym czasem o etyce, działającym w organizacjach architektonicznym, tytułowanym na różne sposoby, zdobywającym poparcie wielu koleżanek i kolegów po fachu (w tym studentów) i dziennikarzy, zajmującym 'ważne' stanowiska i przedstawiającym się jako eksperci w sprawach architektury i środowiska zbudowanego, ale ... skutecznie i z wprawą profesjonalisty szefującym pracowniom zabijającym wrocławską przestrzeń publiczną. Dedykuje tę książkę, jak również wszystkie powyżej wymienione, architektom Zbigniewowi Maćkowowi i Romanowi Rutkowskiemu. Wyjaśnię: nie zazdroszczę im ani realizacji, ani popularności, ani szczególnie zawodowej postawy i etyki - naprawdę nie ma czego zazdrościć, dlatego coraz głośniej to wszystko krytykuję, ponieważ coraz częściej doświadczam skutków ich pracy, która w mojej ocenie jest zła i szkodliwa dla społeczności lokalnych i przechodniów. Wszystkie kolejne skwery, które na ich nieszczęście są zlokalizowane przy budynkach projektowanych przez Pracownię Projektową Maćków, są aspołeczne i martwe, czasami nawet antyspołeczne. Analiza szczegółowa - tutaj, tutaj, tutaj. Początek analizy i krytyki Placu Nowy Targ autorstwa pracowni projektowej Roman Rutkowski Architects - tutaj, tutaj. C.D.N.

Dedykuję tę książkę również innemu wrocławskiemu architektowi, Tomaszowi Myczkowskiemu, projektantowi coraz liczniejszych miejsc lub nawierzchni, wysoko ocenianych przez architektów i konserwatorów zabytków (pod względem estetycznym i konserwatorskim), a nisko przez mieszkańców, osoby piesze, na wózkach (pod względem użytkowym i społecznym). Myczkowskie jest np. autorem szeroko dyskutowanej posadzki w Rynku - potwierdzam krytyków, to bardzo aspołeczny projektu, podobnie jak pomysł szpilkostrady, który będzie prawdopodobnie rozwijał do formy projektu realizatorskiego, jako autor rynkowej nawierzchni. Za kilka swoich realizacji Myczkowski dostaje więc ode mnie dużą zimowo-przesileniową (niektórzy nazwą ją bożonarodzeniową) rózgę. Za ustawienie siedzisk na skwerze na rogu Św. Antoniego i Kazimierza Wielkiego - czekoladowe serce z dużą rózgą, bo nie ma tam oparć, ale są schodki utrudniające lub uniemożliwiające dostęp, a nie wszystkie siedziska mają drewniane ruszty, niektóre pozostały kamienne - to wszystko zabiegi estetyczne przedkładające wyżej wrażenia wizualne niż potrzeby użytkowników, a także dyskryminujące niektórych użytkowników, czyli osoby starsze. Szkoda, że ryneczek na Psim Polu ma jednak dalej do rozwiązań dospołecznych, niż tych niewygodnych. Dedykuję tę książkę również innym projektantom, tworzącym aspołeczne projekty i przestrzenie, a także wrocławskim studentom architektury, z wiadomych względów - nie mają oni zbyt wiele tej wiedzy na tutejszej uczelni. Na koniec dedykuje ją wszystkim mieszkańcom, aktywistom i innym - niż architektoniczni - profesjonalistom.

Wyjaśnię, skąd ta szeroka dedykacja: wiedza nt. pro-społecznej przestrzeni i architektury jest w tej książce zawarta w zwięzłej formie i ułożona według systemu drukarskich hyperlinków - odnośników do kolejnych rozdziałów. Aby zrozumieć tę książkę i nabyć wiedzę z jej treści, trzeba ją czytać ze zrozumieniem, na pewno nie tylko w korkach, na pewno non stop kartkować wte i wewte. Trzeba to robić z refleksją i bez pośpiechu, a gwarantuję, że odwdzięczy się ogromną przyjemnością i nową wiedzą.

Fred Kent już 4 lata temu (gdy we Wrocławiu kończyliśmy ww. współpracę w ramach SARP), konkretnie w 2009 roku, spytał publicznie Franka Gehry'ego w trakcie Aspen Ideas Festival, dlaczego tak jest, że ikoniczna    architektura tak często nie potrafi tworzyć miejsc przyjaznych dla ludzi, mieszkańców, społeczności lokalnych. Gehry go wówczas ostro i impertynencko zaatakował. Dobitnie opisał to zdarzenie James Fallows, dziennikarz polityczny.

Kilka dni temu pytanie w podobnym duchu, acz nie skierowane do konkretnego adresata, zadał Jan Gehl podczas dorocznego sympozjum badawczego RIBA. Podkreślił, że architekci powinni mniej koncentrować się na swoich odjechanych budynkach, a więcej na jakości życia ludzi, którzy mieszkają i pracują w miastach.

---
Niniejszy tekst dedykuję wrocławskim "gwiazdom", naszym lokalnym średniomiasteczkowym (wszak taki jest Wrocław na tle świata) "starchitektom", którzy pragną rozgraniczać otaczającą rzeczywistość oraz swoją pracę pomiędzy "władzę architekta" i "życie" - jak wyraził się (jakże buńczucznie) projektant Rutkowski w listopadowym czasopiśmie Architektura Murator - opublikowano tam jego wypowiedź (w zasadzie szalenie arogancką obronę) w kontekście analizy przebudowanego niedawno według jego projektu Placu Nowy Targ we Wrocławiu, a w tym samym kontekście - m.in. mój komentarz krytyczny nt. tej realizacji autorstwa Rutkowskiego.

Architekci-władcze-gwiazdy: nie macie prawa zabierać nam przestrzeni i zawłaszczać ją sobie w postaci zdjęć waszych realizacji, wygrywających konkursy i jednocześnie pozbawionych życia i pro-społecznego charakteru. Wasza asocjalizacja - zobojętnienie na konieczność czynienia przestrzeni publicznej pro-społeczną - jest bardzo szkodliwa dla wszystkich, również dla was.

Anna Rumińska
architektka
antropolożka kultury
placemakerka

PS. By przeczytać inne publikacje, poszukaj po lewej stronie zakładki "ruminoteka"

1-10 of 74