Bulwary śródmiejskie w wersji archaicznej

opublikowane: 19 maj 2014, 02:04 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 9 sty 2015, 01:15 ]
Patrzcie, bulwar obok Hali Targowej. Przestrzeń - marzenie, ale czy tylko do spacerek. Nie, tutaj często gromadzą się tzw. wykluczeni. Temat rzeki jest dziś jednak na topie z innych powodów. Póki co, bulwar jest suchy. Trzymajmy kciuki, by taki pozostał.

Cień jest, drzewka są, długi chodnik jest, pas dla stoisk jest, nawierzchnia nieutwardzona jest (ułatwia wbijanie czegokolwiek) - nic tylko robić sobotnio-niedzielny bazar, bo Hala wtedy śpi. Nie ma tu tylko zasilania, bo nasze bulwary wciąż projektuje się i modernizuje tak, jak robiono to w XIX wieku - bez mediów, czyli bez wody i prądu. Tak jakby jedyną funkcją było tu tylko spacerowanie.

W umysłach urzędników, radnych i wrocławskich (nie tylko) projektantów bulwar to wciąż tylko ścieżka spacerowa. Ewentualnie dorzucą schodki, bo przecież trzeba się pogapić na płynącą z wolna wodę, to uspokaja. OK, ścieżka, spokój, cisza. Pół roku po szumnym otwarciu, poświęceniu, przecięciu wstęgi i tych innych ceregielach okazuje się, że tylko oni ją tak traktują. Co ciekawe, rzadko tam przebywają, bo przecież w godzinach największego słońca siedzą przy swych biureczkach i dłubią zlecenia, protokoły, koncepcje, zgody, decyzje i zarządzenia, ewentualnie zaiwaniają w autach po świecie goniąc za kolejnymi umowami. W tym czasie LUD chodzi po bulwarach i uczestniczy w EVENTACH (uch!). Nagle jak grzybki po deszczu wyrastają spod ziemi coraz to nowe inicjatywy "robienia czegoś na bulwarze" - festiwal, wystawa plenerowa, bazarek, kiermasz, parada, pokaz whatever.

OK, pełna zgoda, lubimy to, bo mamy XXI w. i bulwar to już nie tylko "ścieżka z widokiem", ale coś więcej - wzdłużna przestrzeń publiczna adresowana do przechodniów, a nie do albumów i katalogów, ewentualnie do teczek reklamowych zwanych "portoflio projektanta". Podobnie, jak i inne miejsca (kawiarnie, księgarnie, kluby, place, deptaki, centra handlowe itp.), bulwary rozmnożyły swe funkcje, bo jedną z cech charakterystycznych XXI-wiecznej przestrzeni publicznej jest jej wielofunkcyjność. W XIX w. bulwary dlatego musiały być kontemplacyjne i jednofunkcyjne, bo zastępowały linie fortyfikacji, były sygnałem nadejścia "czasu pokoju i rozrywki".

Trzeba było więc z wolna spacerować, obnosząc swe koafiury i wysmakowaną odzież, osłaniając się cylindrami i parasolkami przed słońcem - znamy takie widoczki z rycin, prawda? Jednak nawet wtedy bulwary WCALE nie były jednofunkcyjne w takim stopniu, jak dziś. To pozory. Bulwary tętniły życiem, były wzdłużnym salonem miasta. Obecnie - guzik z pętelką, cofnęliśmy się w rozwoju, bo żeby cokolwiek wystawić, trzeba przejść 2-miesięczną procedurę uzyskania zezwolenia. Innym słowem albo pojawi się okazjonalny animator, który rok wcześniej zaczął załatwiać fundusze i zgody, albo pojawi się "mini-restaurator", który sprzedaje piwo wg zasady 5/0,5, albo jest pusto - spacerujemy, no... spacerujemy.

Wieczorami - nie bardzo, bo ciemno, mnożą się dziwni ludzie, robi się nieprzyjemnie. Żywność na IX-wiecznym bulwarze? Proszę bardzo, było jej sporo, tyle że dawniej lody schładzano belami lodu, a nie prądem, więc zasilania nikt nie potrzebowali, choć wszyscy o nim marzyli. W sumie - dziś też można, ale Sanepid nie pozwoli. Sanepid stoi na straży naszego bezpieczeństwa, ale na pewno nie wygody. Nie lubimy Sanepidu, który w kwestii jedzenia w przestrzeni publicznej rzuca stale kłody pod nogi. Wolimy być wolni i myć ręce, niż odwrotnie.

Dziś jest ciekawie: projektanci i decydenci (urzędnicy, radni, projektanci z urzędu), dokładnie tak jak w XX i XIX w., mówią nam swymi projektami i decyzjami menedżerskimi, że tutaj jest tzw. "teren zieleni" czyli mamy odpoczywać i grzecznie spacerować, a nie jeść lub tańczyć. Terenami bulwarów nie zarządza ZZK, lecz ZZM (choć nie wiadomo, co niesie gorsze skutki). No bo jak takim pasem zielenio-ścieżki ma zarządzać ZARZĄD ZIELENI MIEJSKIEJ, skoro ktoś tam zacznie hulanki i swawole? Zieleń i kropka. Spacerować i gapić się na rzekę, siadać na ławkach odspołecznie ustawionych w linijkę, krajobrazowo ma być jak w XIX w., nie gromadzić się, nie zbierać w grupki, rozejść się, no już!

Jak to ustalają? Ot, zwyczajnie, w tzw. miejscowym planie zagospodarowania przestrzeni - decydują o tym urbaniści, architekci, historycy sztuki, radni itd. Np. pobliski Bulwar Piotra Włostowica to "teren spacerowo-widokowy" - wiecie, zamykany na noc, ale już wieczorem sypialnia dla bezdomnych, no tak, im też należy się spokój. Bardziej przydałby się teren, na którym ludzie mogą zwyczajnie i kulturalnie siedzieć i biesiadować, bo muszą zacząć się tego uczyć nie tylko za granicą, ale też na swoim terenie - choćby w nocy, bo tutaj nie ma mieszkań, więc nikt nikomu nie będzie wył pod oknem. Ktoś się w mieście boi wolności i demokracji, prawda? Policja nie ogarnie? Straż Miejska tym bardziej? Musi być od razu walka jak za Komuny? Nie można pośrednio, grzecznie, acz stanowczo pacyfikować złoczyńców? No tak, lepiej wyjechać do takich miejsc za granicą, a u siebie nie narażać swego stołka odważnymi, nowoczesnymi decyzjami i jednak trzymac się kurczowo zamykanych bulwarów. Wszak doświadczenie Wyspy Słodowej pokazują, że urzędnicy i służby to tak naprawdę jednostki pseudoporządkowe, nie radzą sobie z przestrzenią publiczną, bo oscylują stale między dwoma skrajnymi biegunami jej użytkowania: albo całkowity spokój, albo eventoza, czyli hucznie i impreza publiczna z ochroną i stertą zezwoleń. CODZIENNOŚCI wrocławscy urzędnicy i tutejsze służby NIE OGARNIAJĄ, wielka szkoda, wielki wstyd. Ale, ale... bulwar Dunikowskiego nie jest zamykany, jest publiczny, otwarty non stop, nieogrodzony. Tutaj w minionych latach wystawiała swą budkę z lodami kawiarnia z Ostrowia Tumskiego (koło Św. Nepomucena). Jak będzie w tym roku? Zobaczymy.

Jednak my, zwykli ludzie, chcemy jednak czegoś więcej - oferty wielofunkcyjnej adresowanej do różnych grup zawodowych, wiekowych, etnicznych itd. W USA nazywa się bulwary WATER FRONT - to tutaj kwitnie życie publiczne wieczorami i w dzień. Dlaczego? Bo przy bulwarach często nikt nie mieszka, więc nikt nie będzie narzekać na hałas. Jeśli ktoś potrzebuje spokoju, jedzie za miasto lub do miejskiego parku, a nie na bulwar koło ruchliwej ulicy i tramwajowej linii, gdzie tramwaje pędzą jak na autostradzie i wpadają na nie łamiące przepisy auta prezydentów. Fajna, spokojna przestrzeń, prawda? Strefa zamieszkania na pobliskiej ul. Św. Jadwigi - kolejna przestrzeń pustego prawa. Demokratyczne projektowanie przestrzeni publicznej to coś, czego niestety nie uczą - ani w urzędach, ani w radzie miejskiej, ani szkołach.

Na Politechnice Wrocławskiej/Wydz.Arch. i Uniwersytecie Przyrodniczym niewielu jest wykładowców (są w ogóle...?), którzy potrafią pokazać współczesne trendy w projektowaniu śródmiejskich bulwarów i - co ważne - ZARZĄDZANIU NIMI, bo jedno bez drugiego nie może istnieć, aby nie stały się liniowym śmietniskiem lub pasem podwyższonego wandalizmu i przestępczości. Zauważcie: latarnie na polskich bulwarach są nastrojowe, często gazowe, "taki ładne, one dobrze tu pasują" - to wciąż wybór opraw oświetleniowych oparty przede wszystkim o ślepy sentymentalizm i przesadną estetyzację, a nie prospołeczną funkcjonalność (uwaga, przymiotnik jest ważny!) bazującą na doraźnych potrzebach mieszkańców i przechodniów. Latarnie powinny być i sentymentalne, i nowoczesne, i praktyczne.

We Wrocławiu stale słyszymy o upiększaniu (towarzystwo!) i estetyzacji (konferencje!) i plastyce (koordynatorka!), a nie zrównoważonym uspołecznianiu. Wielu z nas bokiem już wychodzi to UPIĘKSZANIE, bo więcej piękna jest w ubitym gruncie, niż w posadzkach i granitowych blokach Myczkowskiego lub drętwych pseudomeblach Rutkowskiego czy Maćkowa. Urzędnicy nie są lepsi. Departament Spraw Społecznych naszego urzędu to nie jest podmiot, który jest kompetentny w kwestiach przestrzeni publicznej, mimo że powinien (wraz z innymi!), bo ta działka od zawsze przypisywana jest architektom, czyli Departamentowi Architektury i Rozwoju, a ci jak wiadomo, również nie są kompetentni, bo nie mają na ten temat ani edukacji, ani praktyki projektowej, tym bardziej praktyki menedżerskiej w zarządzaniu. Oni tylko decydują - przede wszystkim o tym, czego nam nie wolno. Mało tego, koordynatorka ds. plastycznego wystroju miasta mówi mi bezceremonialnie, że ona nie chciałaby siedzieć twarzą do obcego, "jakoś jej się to nie widzi" - jakim więc cudem ma zrozumieć, że inni nie mają z tym problemu? Jakim cudem ma popierać dospołeczne ustawienia i typy mebli miejskich? Lepiej popierać te, które dają projektantom (kolegom po fachu) wysokie prowizje - egzemplarze nagradzane na konkursach lub proste, jak budowa cepa, tyle że stosowane bez wiedzy i umiejętności o funkcjonowaniu dobrej, przyjaznej, prospołecznej przestrzeni publicznej w mieście. Plac po placu zamieniają więc w aspołeczne patelnie. Niestety wrocławską i ogólnie, polska przestrzenią publiczną miast zarządzają ludzie o skłonnościach socjopatycznych, wycofani, sfrustrowani, przemęczeni, nie korzystający z tego, co uzgodnią lub zaprojektują, bo przecież są zajęci, bo przecież media lub ktoś inny rozpozna ich w terenie i będzie artykuł w gazecie... (choć niekoniecznie, bo lokalną prasę też obsiadają ich znajomi albo oni sami). Każdego, kto śmie ich konstruktywnie krytykować, pouczać, jak nie powinni robić, klasyfikują jako pieniacza (oczywiście mnie również), bo przecież WŁADZĘ trzeba chwalić, ma dość niskie ego. Nie będziemy ich chwalić, bo nie musimy z nimi uzgadniać projektów, robimy je bez uzgodnień, oddolnie, w pozostałych przypadkach - odpłatnie edukujemy, więc nie zlecą nam szkolenia, to byłoby dla nich i w ich pojęciu upokarzające. Podobnie jest z resztą w innych miastach, choćby w stolicy - tutaj w podręczniku organizowania wydarzeń w ppm stoi jak byk, czego nie wolno, jakie są ograniczenia - od tego zaczyna się "podręcznik", który w praktyce jest manifestem antydemokratyzacji przestrzennej. Demokracji w tych kwestiach NIE MA i długo nie będzie. Żyjemy w państwie zarządzanym przez ludzi, którzy panicznie BOJĄ SIĘ demokratyzacji otwartej przestrzeni publicznej oraz celowo czynią ją aspołeczną, aby uniknąć codziennych, spontanicznych zgromadzeń. Żyjemy wciąż w KOMUNIE, w państwie nakazowo-zakazowym, opartym na gburowatym i egocentrycznym zachowaniu urzędników, projektantów (wydających publiczne pieniądze) i innych decydentów, nie tak bardzo demokratycznym, jakby się nam wydawało.

Pobliski Bulwar Piotra Włostowica daje przechodniom lody i barki wodne. Wspaniale, ale tam jest mało miejsca - faktycznie, tylko ścieżka i odspołeczne ławki. Ludzie siadają pojedynczo lub parami i zajmują 4-osobowe ławki. Nie ma tam ani jednego skupiska ławek ustawionych dospołecznie, do siebie, aby można było siadać twarzą do siebie i wspólnie biesiadować. Nie ma ani jednego stolika przy ławkach. Ot, XIX-wieczne krajobrazowy bulwarek z budką lodów.

Od dawna już każdy śródmiejski bulwar prędzej czy później staje się miejscem animacji kulturalnej, więc hej ho, inwestorzy i projektanci, obudźcie się i pamiętajcie o tym, że media SĄ POTRZEBNE również tutaj. Jednak nawet mimo braku mediów można by tu zorganizować przyjemny 2-dniowy Nadodrzański Bazar Smakoszy :D Wyobrażacie sobie te stoliki/stragany ustawione jeden za drugim z dostępem z obu stron między drzewkami... To bardzo dobra przestrzeń do animacji kulinarno-kulturalnej. Gdyby ktoś ruszył głową i wydał kilka złotówek, można by tanim kosztem przeprowadzić przewody pod nieutwardzoną nawierzchnią i zrobić wypusty między drzewami. No ale we Wrocławiu niestety wszystko jest problemem, więc zostanie, jak jest. Tak, jesteśmy cyniczne, bo to swoista samoobrona na poziom absurdu zarządzania handlem i całkowity brak nowoczesnej i prospołecznej polityki targowej w tym mieście.

A propos, może Slow Food Dolny Śląsk zorganizuje tu kiedyś jakiś Nadodrzański Długi Targ? Gdańsk chyba nie będzie zazdrosny. Ewentualnie inne, liczne NGOsy wrocławskie - jest ich przecież mnóstwo i kryją się gdzieś w pokoikach. Przyczepcie się konstruktywnie do tego bulwaru, tu naprawdę jest duży ruch i doskonałe miejsce na 2-dniowy targ. Choćby nie-żywnościowy...  Odwagi, ludzie, odwagi!

Opracowanie:
Anna Rumińska
architekta, antropolożka kultury, placemaker, projektantka terenów zieleni i tego, co jej współcześnie towarzyszy