jarmark bożonarodzeniowy - globalizm czy lokalność?

opublikowane: 26 gru 2013, 12:09 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 22 kwi 2015, 02:03 ]
Wracamy do tematu handlu w przestrzeni publicznej, między budynkami - tym razem do jarmarków, a konkretnie do krytyki tzw. Jarmarku Bożonarodzeniowego na Rynku we Wrocławiu. Tutaj zobaczycie zdjęcia wszystkich straganów/domków w ostatnim dniu jarmarku, tj. 22 grudnia 2013 roku.

Polska i jej bazary, jarmarki, targowiska... Smutny temat, niestety.

Bazar na Rynku. Wielu się podoba, ale mnie... kompletnie nie, raczej mocno smuci, kolejny raz, doroczne święto smutku. "Podoba się" on tylko wtedy, gdy łażę tam w miłym towarzystwie, bo ono przyćmiewa jarmarczne absurdy. Poza tymi momentami jest to w większości zły bazar - eksterytorialny, oszukańczy, drogi, tandetny i masowy - na wielu straganach. Z pewnym aroganckim człowiekiem od płynnej chałwy na czele, co to (w odpowiedzi na moją uwagę, że ta chałwa zawiera szkodliwy olej utwardzony) rzucił bardzo arogancko "A co pani jest po stronie Gesslerowej? Składów nikt mądry nie czyta!". Jestem więc Nikt, bo składy czytam, co więcej, unikam trucizn. Nie będę delikatna, jak mi doradzono, w kwestii krytyki. Moim zdaniem ten event nie zasługuje ani na miano wartościowego Miejsca Spotkań, ani na miano jarmarku, która to nazwa powinna być zastrzeżona dla wydarzeń handlowych o charakterze lokalnym. To jest bazar - w sensie produktowym. Jarmarkiem nazywa się go tylko dlatego, że jest organizowany raz w roku - zgodnie z tradycją (targi organizowano co tydzień).  Jeśli oczywiście przyjąć taką definicję bazaru, jako czegoś mniej lokalnego, rzetelnego i tradycyjnego, niż jarmark. Definicja ksenogamiczna, jeśli wiecie, co mam na myśli. W sumie więc nie będę się spierać o nazwy, ważne, że zorganizowano to nie tak, jakby wielu z nas chciało.

Pod względem wartości odżywczych tamtejszych produktów - włosy się jeżą, składu nie uświadczysz prawie nigdzie, poza pysznymi kasztanami jadalnymi z tabelą wartości odżywczych (gratulacje!). Życzyłabym więc sobie i Miastu (=społeczności, Gminie, a nie urzędowi) raczej jarmarku na miarę Slow Food... Życzyłabym już prędzej sobie i Miastu, aby jarmark został uzupełniony o domki z rękodziełem autorstwa dolnośląskich rekonstruktorów, rzemieślników, rękodzielników, artystów itd. To jednak wciąż utopia, bo dopóki nie będziemy głośno trąbić o tandecie i nierzetelności takich miejsc, dopóty nie zmienią się one z byle jakich bazarów w prawdziwe lokalne jarmarki, jakich mogliby nam pozazdrościć turyści, albo jakie stałyby na tym samym poziomie, co np. przeuroczy jarmark w Tallinie, który zajmuje jedno z najwyższych  miejsc w rankingu bożonarodzeniowych jarmarków. Z resztą rankingi nic nie mówią o jakości, a raczej o odwiedzalności, frekwencji - w rankingach wrocławski jarmarczek też wysoko stoi, ale co z tego?

Plotka niesie, że koszt czynszu za połowę domku wynosi 15tys. Czy to prawda? Nie wiem. Ponoć jest zniżka dla rękodzielników i artystów - do 5000 zł za pół domku. Nie wiem, czy te kwoty są prawdziwe, ale po dodatkowych wywiadach z tradycyjnymi wytwórcami kulinariów lub rękodzieła zrozumiałam, dlaczego ich tam nie ma - rzetelnych, tradycyjnych rękodzielników i rekonstruktorów rzemiosła. Po prostu boją się, że nie zarobią na czynsz, wciąż jest dla nich zbyt wysoki. Bo czynsz w takich przypadkach nie ma prawa być komercyjny lecz PROMOCYJNY albo nawet SYMBOLICZNY, wzorem np. niektórych jarmarków w Goerlitz, gdzie gmina (urząd) dopłaca często do ekspozycji lokalnych wystawców, aby tylko się wystawili. Ci ludzie świadczą usługi edukacyjne, podtrzymują tradycję - nie można traktować ich, jak typowych, komercyjnych sprzedawców, skoro są pasjonatami. Tak, trudno będzie obronić, że człowiek A jest pasjonatem, a człowiek B - nie, pierwszemu dać czynsz za symboliczną stówę, a drugiemu za 15 tys., ale taka weryfikacja jest możliwa. Nie może być tak, iż w centrum Wrocławia nie można poznać, że jesteśmy na Dolnym Śląsku.

Smak płynnej tandety poczułam w bucie-kubku, w tym roku pomarańczowym. Koleżanka miała gorzej - gorący kompot zwany ponczem. Nie polecę tego miejsca/eventu, jednak wiadomo - tam też można doznać miłych chwil, zaznać rozrywki, spotkać wielu ludzi, ale to nie znaczy, że to jest dobre. Cukier jedzą wszyscy, ale to nie znaczy, że jest zdrowy - podobnie z jarmarkami. Sam fakt, że przychodzą tu tłumy, nie oznacza, że są one prawidłowo zorganizowane i że wystawiane tu produkty są w 100% wartościowe. Ludzie przyjdą zawsze, ale można sprawić, aby zapamiętali to miejsce i wydarzenie inaczej - nie jako rozwrzeszczane masowymi i obcymi piosenkami, ale jako święto lokalności i tradycji. No właśnie, piosenki, muzyka... Dolny Śląsk i Wrocław, albo ogólnie - Polska - ma swoje wspaniałe tradycje w muzyce jarmarcznej, dawnej, barokowej, średniowiecznej, ale też z epok późniejszych. Dlaczego ta muzyka nie wybrzmiewa na jarmarkach? Dlaczego w Tallinie można posłuchać średniowiecza, a we Wrocławiu nie, tylko trzeba dreptać między straganami w takt Georga Micheala? No i te ławki... Publiczne ławki w czasie jarmarku są odsuwane i chowane na tyłach! Nikt ich nie używa, a na obszarze jarmarku ludzie nie mieli gdzie usiąść, bo organizator przewidział głównie miejsca stojące przy wysokich stołkach, co dla dzieci, seniorów i osób na wózkach jest absurdalne. W 2014 r. sytuacja uległa poprawie, ale nadal publiczne ławki są odrzucane, zamiast być wykorzystanymi. Zatem cóż, pisząc o tym kiepskim miejscu i wydarzeniu promuję je i tak. Sam fakt tej publikacji jest już formą promocji, bo ludzie czytając krytykę z przekory myślą "ale ta baba chrzani", więc tam pójdą - coś dobrego dla tego badziewia zrobiłam - szczególnie (może?) dla tych nielicznych przyzwoitych, co tam są. Ufff, kamień z serca.

Niezmiennie powtarzam: TRADYCYJNEGO rękodzieła lokalnego tam NIE MA. Te pojedyncze okazy są zbyt pojedyncze (podobnie, jak nie ma go na wrocławskim i warszawskim lotnisku - dla porównania, jest jego mnóstwo na lotnisku tallińskim). Są tylko masowe rzeczy z Peru, Podhala, Rosji, Wilna, Czech, Słowacji, Austrii... Jest np. Bolesławiec i to dobrze, niechaj się mocno trzyma. Są też wrocławscy artyści, ale to nie jest tradycyjne rękodzieło. Pierogi, placki, smalce, bliny - smażone na oleju, którego zapach odstrasza, potworna, toksyczna frytura. Masówka lub tandeta, wiele niezdrowych, fatalnych produktów zwanych niesłusznie żywnością. Czy ktoś mnie poda do sądu za tę krytykę? Nie sądzę, wszak niewielu czyta ten post, więc skuteczność krytyki jest znikoma, mogę sobie tak krytykować do woli. A jeśli nawet, to czy słuszna to krytyka? Krytyka zawsze może być słuszna i niesłuszna zarazem. Na pewno bywa subiektywna w dążeniu do obiektywności, jak to wiedza ekspercka - oparta na znajomości kultury kulinarnej i handlowej, innych jarmarków i bazarów, targowisk i marketów, sklepów i budek, polityki targowej i strategii handlowych. Każdy może mieć własne zdanie, zatem miłej zabawy na bazarze:) O przepraszam, na jarmarku.