konflikt w przestrzeni publicznej

opublikowane: 13 sty 2015, 04:24 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 13 sty 2015, 05:10 ]
Niedawno było Trzech Króli, przed nami kilka miesięcy oczekiwania na procesje Bożego Ciała. Tego typu <pochody> mocno zaznaczają się w przestrzeni publicznej. Obserwacje prowadzimy od dłuższego już czasu, nie tylko we Wrocławiu.
(stuknij zdjęcie, to zobaczysz więcej:)

W maju Walencja obchodzi uroczyście święto patronki miasta. Katolicka procesja jest wydarzeniem nie tylko religijnym, ale też wielką turystyczną atrakcją oraz ważną społeczną inicjatywą. Podobnie, jak u nas, członkowie parafii pracują przez kilka miesięcy nad przygotowaniem tego święta, by potem wspólnie przejść przez fragment miasta. Realizacja obchodów kosztuje kilkanaście tysięcy i jest finansowana w większości z budżetu gminy. Przygotowania do procesji polegają m.in. na ustawianiu krzeseł wzdłuż jezdni, którymi będzie przechodzić. Na krzesłach zasiadają przede wszystkim seniorzy i rodziny z dziećmi. Miasto wybrzmiewa wówczas śpiewem, muzyką, hukiem ogni sztucznych i burzliwymi rozmowami. Jest głośno, wybuchowo, pachnąco, różnorodnie i wielobarwnie. Tradycyjny strój kobiet oswoił nawet te <niedogodności> - nosi się tu zdobne nauszniki.

Bardzo mi się podoba takie okazjonalne "użycie" ulicy. Uważam, że każda społeczność religijna (i nie tylko) w danym mieście powinna mieć do tego prawo. W Polsce jest podobnie - procesje mają miejsce, ale ulicy nie wykorzystuje się w ten sposób, nie ustawia się krzeseł - one stoją przed ołtarzem, gdzie odbywa się msza. Na drodze polskiej procesji pojawiają się natomiast ołtarze - na narożnikach ulic i w oknach, czyli w miejscach mediacyjnych. To też bardzo mi się podoba, jak również kwietny trakt i smuga kadzidła pozostawione przez wrocławskie procesje, np. na osiedlu Nadodrze.

Także we Wrocławiu każda procesja jest ważnym wydarzeniem w życiu każdego członka parafii, szczególnie dzieci i seniorów. Dzieci wchodzą w te praktyki i uczą się systemów społecznościowych - podobnie, jak Facebooka, tyle że jego uczą się bez udziału rodziców, co narzuciła i technologia, i ignorancja starszyzny (a szkoda). Nawiązując do Margaret Mead społeczność procesyjna jest kulturą postfiguratywną (młodsi uczą się od starszych), a społeczność wirtualna - kofiguratywna (najsilniejsze są wpływy rówieśnicze). Dzieci, młodzież i "ci silni" mają konkretne zadanie: IŚĆ i NIEŚĆ. Rodzice tych dzieci mają prawo wybierać dla nich taki system, jaki chcą, ale z pełnymi tego konsekwencjami. Seniorzy natomiast uczestniczą w tych praktykach podtrzymując więź z pozostałymi członkami parafii i osiedla oraz pogłębiając, ewentualnie reaktywując poczucie społecznej przydatności lub choćby uczestnictwa. Strategiczną rolę odgrywają w tej grupie inne zadania: SIEDZIEĆ i OBSERWOWAĆ. Potrzebne są więc krzesła. Dużo krzeseł. Z jednej strony ma to być rozrywka senioralna, z drugiej okazja do kontroli, czy młodsi skutecznie przyswoili wzorce kulturowe przekazane im przez starszych. Tak czy owak, fascynująco ro funkcjonuje.

Uczestnictwo dzieci i seniorów w różnych rytuałach i systemach społecznościowych jest bardzo ważne dla dobrego funkcjonowania miasta, jeśli chcemy w nim zachować równowagę relacji społeczno-kulturowych. Umiejętność korzystania przez dzieci z komórki lub tabletu jest równie ważna, jak ich orientacja w przestrzeni i społeczności lokalnej, a procesje m.in. tego uczą. Nie podoba mi się, gdy laicy lub ateiści deprecjonują ten wkład, żądając świeckości dla przestrzeni publicznej, która nie może być świecka, a ma prawo być wielowyznaniowa, wielokontekstowa, wielowątkowa. Religie, mimo że zawłaszczają przestrzeń i są często aroganckie wobec niereligijnych systemów, mają ogromny wkład w utrzymanie spójności społecznej. Podobnie jak każda inna inicjatywa publiczna, np. polityczna, artystyczna czy oświatowa - wszystkie one zawłaszczają przestrzeń.

Oczekiwanie od miast i społeczeństw idealizmu i konsekwencji według jednej wytyczonej ścieżki, rzekomo demokratycznej lub obiektywnej, jest równie aroganckie, jak religie, którym się zarzuca arogancję. Problem w tym, że ludzie - w tym wyznawcy różnych religii - nie potrafią lub nie chcą zezwolić nie-religijnym na to samo prawo zawłaszczania. To mi się już nie podoba, ale rozumiem, skąd się bierze. Gdyby zezwalali, nie byłaby to religia, a system otwarty, elastyczny. Muszą naciskać, zabraniać, rządzić. Funkcjonowanie religii determinuje więc ciągły konflikt, a organizacja życia publicznego nie sprowadza się do realizacji wielości, ale do rozwiązywania konfliktów wynikających z wielości. Nie wyznaję żadnej religii, ale fascynuje mnie od lat religioznawstwo, a w szczególności praktyki religijne i ich ingerencja (bez waloryzowania tutaj) w przestrzeń publiczną i życie społeczne. Martwi mnie też ów ciągły konflikt. Jednak to, że nas to martwi, jest wynikiem idealistycznego oczekiwania zgody. Pytanie tylko, czy <zgoda> leży w naturze człowieka lub dowolnego innego żyjącego organizmu?

Anna Rumińska, architektka, antropolożka kultury

Więcej zdjęć z Walencji:
https://plus.google.com/u/0/photos/105259009233878765810/albums/5776044191033350977
Comments