Zakatek czyli mikro-plac

opublikowane: 23 lip 2012, 04:50 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 23 lip 2012, 04:53 ]
Dziś analizujemy mikro-plac, zakątek... Sporo jest we Wrocławiu (nie tylko tu) projektów i realizacji uznawanych za dobre, a stanowiących dowód, że temat przestrzeni traktowany jest u nas po macoszemu - zarówno na uczelni, jak i w urzędach i pracowniach projektowych. Odległa jest nam jeszcze perspektywa detalistycznego spojrzenia na problemy, które decydują o sukcesie danego skrawka przestrzeni lub o jego upadku. Tak stało się naszym zdaniem tutaj, koło budynku Thespian. Nie mamy wielu dobrych słów o sposobie, w jaki zatracono to miejsce. Natomiast mamy wiele dobrych słów o miejscu, ale tylko potencjalnie.

CHaos przez duże CH. Jest wszystko, nie ma ludzi. Jest chwalona wszędzie architektura, nie ma życia. Zastanawiamy się zatem, za co się ją chwali? Komu miała ona służyć, komu teraz służy, komu ma służyć w przyszłości? Służyć = być użyteczną, nie tylko w wymiarze utylitarnym. Wygląda na to, że służy obecnie przede wszystkim glorii architektów oraz obiektywom fotograficznym. Innym słowem prywatny właściciel inwestuje w swój teren nie po to, by ów teren służył potem ludziom, mieszkańcom, przechodniom, lecz by służył jemu samemu oraz przy okazji, architektowi, który służy jemu. Cieszą się wszyscy, iż powstała "piękna architektura" - piękna pod względem wizualnym, bo nawet nie estetycznym, bo wiem estetyka to dyscyplina o wiele szersza, niż potocznie rozumiana wizualność. Tym bardziej estetyka miasta i przestrzeni publicznej, tym bardziej wizualność miasta. Powstała nawet książka pod tym tytułem.

Pocieszamy się pogrążeni jednak w smutku: nie tylko we Wrocławiu, w USA i Australii mają ten sam problem z architektami: brak umiejętności projektowania architektury i przestrzeni publicznej tak, aby gromadziła wokół siebie ludzi, by budowała dobre relacje, a nie stanowiła wypełnienie fotografii, którą autor się potem pochwali, za którą jego potem pochwalą. Niestety musimy to twardo powiedzieć: nie jest dobrą architektura, która nie buduje dobrych relacji międzyludzkich. Jeśli architektura pretenduje do bycia rzeźbą, wówczas jest rzeźbą - tylko i aż. Jednak wiemy, że zadanie, funkcja, cel, misja architektury jest inna lub szersza.

O architekturze Thespiana nie chce nam się wiele pisać. Po prostu nie chce się. Budynek to tylko budynek, poskładana rozmyślnie sterta materiałów budowlanych, bez szału i kropka, motywy powielane od lat, widziane w wielu miastach i czasopismach. Budynek bez ludzi to dyskwalifikacja projektanta - chyba że został zaprojektowany do kontemplowania (rzeźba), jak niektóre, niezaprzeczalnie piękne budynki np. Zumthora. Jest subtelna, acz ważna różnica: Zumthor nie stawia ich w centrum miasta. Miasto, a szczególnie jedna z jego głównych arterii, wymaga czegoś innego. Chyba że celowo projektuje się tutejszą architekturę, by nie zapraszała ludzi. Jednak wówczas zadamy pytanie: dlaczego, po co i jakim prawem? Bank nie nawiąże tej subtelnej nici porozumienia z przechodniami, niechaj animuje przyległą przestrzeń publiczną, podobnie jak kafejki lub niektóre sklepy. Według przepisów wszystko, co nie jest znakiem drogowym, jest reklamą - bank nie może animować przestrzeni publicznej ot tak, bo chce, bo ma misję. Musiałby zapłacić za reklamę. Patowa sytuacja - z jednej strony służyłby miastu, ludziom, animując swoje otoczenie, z drugiej służyłby sobie, jednak również miastu, wszak zwiększone przychody najemców oznaczają wyższe podatki do kasy miejskiej. Zatem miasto (w sensie urzędu) zadecydowało, że lepiej stracić przychody i animację własnej przestrzeni, niż pozwolić na wzbogacenie się prywatnego podmiotu. Pokrętna logika, całkowicie aspołeczna. Dlatego póki co, banki, supermarkety i siedziby telefonii komórkowej zawłaszczają fasady architektury bezzwrotnie - przechodnie, a tym samym miasto w sensie społeczności, nie mają z nich żadnego pożytku, chyba że podpiszą umowę. W innych miastach ratunkiem jest zwykle handel obwoźny, ale tu, we Wrocławiu, i tu, w tym konkretnym miejscu nie ma na niego szans - wg przepisów nie ma prawa się tu pojawić, nie ma go na liście "lokalizacji" dopuszczonych do konkursu.

Nie wchodzimy zatem do niektórych budynków, bo i po co, nie zapraszają, nie wyciągają do nas ręki. Ale przestrzeń publiczna... Ta boli jak zwykle. Ta nawet może irytować, bo zły projekt i zła realizacja (te idą w parze, pamiętajmy!) mogą być jak "dać z liścia w twarz": mam cię w D, przechodniu. Mogą też być wołaniem o wiedzę, naukę, poradę, konsultację - będąc wynikiem ich braku. Zatem skoro ktoś do nas tak krzyczy, bez względu na treść, to odpowiadamy.

Mikroplac. Można powiedzieć "zakątek". Owszem, mógł być świetnym miejscem do bywania, ma doskonałą ekspozycję na wszystkie strony, na pewno przyciągnąłby ludzi na dłużej, bo ruch jest tutaj spory - ale po co? Po co przyciągać ludzi na dłużej? NIECH IDĄ DALEJ. To jest myślenie popularne, często niestety świadome. Zakątek mógł być fantastyczną miejscówką, stał się straconą przestrzenią, zbiorowiskiem sprzętów i niczym więcej. Nie ma po co tutaj być.

Są siedziska, jest popielniczka, jest kubeł, są stojaki rowerowe, jest słup ogłoszeniowy, jest citylight, jest drzewo, jest trawniczek, chodniczek i ścieżka rowerowa obok - razem to wszystko wzięte do kupy daje nam miejsce bez sensu, miejsce pozbawione życia, miejsce li tylko mijane. Ciekawe dlaczego, co? No... jakże trudno to zgadnąć... Ludzie tu czekają stojąc, nie często siadają - dlaczego? Wiele by wyjaśniać, nie tutaj miejsce na to. Ludzie mijają i idą na drewniane, stare ławki nieopodal, pod rzędem drzew. Widoczny na fotografiach "pan z pieskiem" na czerwonej smyczy spacerował powoli wokół sławnego T, zatrzymywał się przy witrynach, obserwował otoczenie... ale usiadł dopiero tam, z dala od "architektury". Powody są wiadome - piesek, trawka, kupka, drzewko, przechodnie, ale ponad wszystko: ławka z oparciem, drewno, baldachim liści nad głową. Ludzie często nieświadomie wybierają miejsca do bywania, ale zadaniem projektanta jest to wiedzieć, przewidywać i tak kształtować przestrzeń, by tego potencjału nie stracić. Ale czy utratą potencjału jest zniechęcenie ludzi do siadania "przy architekturze"? Nie, jeśli taki był cel projektanta i inwestora: nie zachęcać do bywania, lecz tylko się pokazać. Właśnie tak projektuje się architekturę we Wrocławiu. I właśnie tego mam dość. Co z tego? NIC.

Błędy projektowe w tym temacie powielane są przy każdej wrocławskiej inwestycji architektonicznej, wokół której realizuje się też tzw. zagospodarowanie terenu. Faktycznie, jest to li tylko "zagospodarowanie terenu", na pewno nie "urządzenie przestrzeni publicznej" tak, by służyła nam, przechodniom. Architekt to zawód usługowy, ktoś o tym zapomina.

"Zachwyca" nas zawsze tandem ławka+kubeł - fala smrodu jako towarzysz na którego zawsze można liczyć. Tutaj rewolucja: kubeł z jednostronnym wlotem (dizajn!) przodem do pasa ruchu, a nie do ławek. Czyli niechaj wrzucają tylko ci, co idą, nie siedzą - tamci sobie obejdą. No, słusznie, jasne, ale jakby tak rozważyć lepsze ustawienie? Być może wybór strony zajął projektantowi sporo czasu. Dyskusyjny jest typ tego ograniczonego wlotu, ale kubeł powielany jest w projektach bez względu na lokalizację - dlaczego? To wiemy.

Popielniczka - kompletnie nieuzasadniona lokalizacja praktycznie na środku chodnika. Znając tok myślenia projektowego, jakiego uczą się studenci na uczelni, ktoś wymyślił sobie, że TU ludzie nie muszą chodzić ani jeździć, bo TU tylko mają siedzieć, więc łup popielniczkę na środku przejścia. Stojaki rowerowe - dokładnie na wlocie bocznego pasa chodnika. Jeśli ktoś zechce zmienić swoją trasę, napotka stojaki. Projektant powie "no przecież sobie obejdzie". O tak, wózek inwalidzki też sobie "obejdzie". Ot, pestka.

Wreszcie ławki, siedziska... Trudno je tak nazwać, bo w skali 8-godzinnego czasu pracy oraz 4-godzinnego czasu potencjalnej aktywności przestrzeni publicznej służą one raczej powietrzu, liściom, kurzowi, obiektywom fotograficznym - bardzo rzadko ludzkim siedzeniom. Wzór "mebli miejskich" powielany jest bez względu na lokalizację - "mebli" w cudzysłowie, wszak nie cieszą się powodzeniem licznie siadających, ale za to nieźle komponują się na fotografiach. Bloki granitu przestały być już dawno meblami - ich funkcjonowanie zostało już przetestowane, jednak wygląda na to, że wniosków nie wyciągnięto. Przy Domu Handlowym "Renoma" (również wychwalanym, autorstwa tego samego biura, tj. Maćków Pracownia Projektowa), blisko Starego Miasta, stanęły te same modele "siedzisk" - tam też jest pusto, tam też straciliśmy szansę na wspaniały plac pełen życia, ludzi. Pisaliśmy o tym miejscu przy okazji ławek od-społecznych. Te od-społeczne bloki trudno nazwać siedziskami - deklaracja projektantów nie wystarcza, bowiem weryfikuje je uzus społeczny. A ten jest prosty do przewidzenia, jednak by go znać, należy korzystać z siedzisk równie intensywnie, jak ci, dla których się je projektuje, tymczasem wielu architektów nie przechadza się deptakami, nie przesiaduje na placach, po prostu nie mają na to czasu lub możliwości, będąc zapracowanym projektantem goniącym od inwestora na budowę, wte i wewte, a dodatkowo mieszkając za miastem lub na peryferiach. Mało tego - wielu architektów nie porusza się po mieście pieszo lub rowerami, lecz autami. Ich percepcja miasta jest ograniczona do perspektywy "zza kierownicy". Opisał ją nawet interesująco John Urry. Przechodnie zaś mówią dobitnie: "nie chce nam się tutaj siadać. Zróbcie coś, by się nam zachciało".

Oto cztery podstawowe kroki (jest ich nieco więcej, ale zacznijmy skromnie):
1: zatrzymać ludzi - jak? Jednym z najprostszych sposobów jest wprowadzenie gastronomii, choćby budki z lodami - ludzie na całym świecie uwielbiają jeść lody, siedzieć i gapić się na przechodniów. Projektanci, dajmy im to. Po co? Po to, by spowodować dozór (o tym punkt 2.), by spowodować, że odpoczną im nogi i plecy (o tym punkt 3.), by siedzieli po prostu w przestrzeni publicznej doświadczając miasta i przechodniów, by poznawali w ten sposób miasto, by jedli i pili to, co przyniosą (bo ludzie lubią jeść w grupie, choćby anonimowej), wreszcie by wydawali pieniądze np. w przyległym sklepie, jeśli zależy nam, by prosperował.
2:
sprowokować dozór społeczny - jak? Czyniąc to pierwsze:) Po co? By zminimalizować wandalizm i zaoszczędzić m.in. publiczne pieniądze.
3: dać ludziom wygodę - jak? Gdy siedzisko nie ma oparcia, jego użyteczność i społeczna atrakcyjność spada do ok. 5%. Niestety siedziska bez oparć, często w formie minimalistycznych bloków kamiennych, to ulubiony motyw "mebli miejskich" współczesnych, wrocławskich projektantów, najczęściej architektów. Panie i panowie, to nie są meble, mało kto na nich nie siada!
4: dać ludziom na co patrzeć - jak? Wprowadzić aktywność ruchową, np. deskorolkowców lub bmx-owców, wózek z okularami, gazetami lub lodami generujący ruch i zmienność, minikaruzelę dla dzieci, cokolwiek.

Zachowania ludzi w przestrzeni publicznej są darmową diagnozą, wystarczy spędzić choćby kilka godzin, by zaobserwować, czy nasz projekt działa, czy nie. Projekt przestrzeni wokół Thespiana nie działa. Tym samym upada popularna we Wrocławiu teza o ważkiej roli estetyzacji przestrzeni publicznej i jej zdolności generowania pozytywnych ludzkich zachowań - pozytywnych, tj. oczekiwanych przez projektantów? Nie tędy droga. Otoczenie Thespiana dobitnie dowodzi, że estetyczna wizualnie i ekonomicznie przestrzeń publiczna nie daje żadnej gwarancji jej atrakcyjności i aktywności społecznej. Ludzie przechodzą, nie zostają - jeśli taki był cel, udało się, gratulujemy, ale ze stratą dla nas, przechodniów, bo my, przechodnie, chcemy każdy plac, choćby mikro-plac, mieć dla nas, dla siebie:) Nie dla reklam, nie dla obiektywów, nie dla nagród lub dyplomów, ale dla siebie = dla ludzi. Kolejny plac został nam zatem zabrany, by stać się tylko przedpolem sławnej i podziwianej architektury. To nie jest dobra sytuacja, gdy tak traktuje się przestrzeń publiczną, ale rozumiemy, jakie jest jej źródło. Po pierwsze - ego. O tym szkoda słów. Druga praprzyczyna leży w tzw. szkolnictwie wyższym - swoją drogą, dlaczego wyższym, skoro wiemy doskonale, że wcale z założenia nie podwyższa realnych kompetencji? Dlaczego zatem projektanci dostają prawo zabierania nam placów? Zły projekt i zła realizacja TO właśnie powodują - zabranie placu przechodniom, odwrócenie przestrzeni publicznej plecami do ludzi. Zapewniamy, że o niebo bardziej atrakcyjną i aktywną przestrzenią publiczną są pobliskie skwery pod blokami mieszkalnymi, gdzie życie kwitnie na ławkach - starych, drewnianych ławkach z oparciami.

Zastanawiające jest, ile jeszcze takich błędów we Wrocławiu będzie uczynionych, zanim systemowo zacznie się w naszym mieście projektować przestrzeń publiczną lub nią zarządzać. Dla przypomnienia: w Urzędzie Miejskim i Radzie Miejskiej Wrocławia nie ma ani jednego zespołu zajmującego się profesjonalnie przestrzenią publiczną Wrocławia. Istnieje stanowisko "Koordynatora Plastycznego Projektu Miasta", ale to zdecydowanie za mało, ponieważ fizyczna miejska przestrzeń publiczna to sieć znaczeń i wątków, począwszy od handlu obwoźnego i reklam, poprzez aktywizację/animację i dostęp do wody, skończywszy na transporcie i sztuce. Placemaking to właśnie obejmuje - całokształt, jednak skupia swą uwagę na ludziach, podrzędnymi czynią zagadnienia mające służyć rzeczom, m.in. pieniądzu. Marzenie o zintegrowanym i zrównoważonym zarządzaniu przestrzenią publiczną we Wrocławiu to jednak po części utopia: projektanci (architekci, drogowcy, inżynierowie budownictwa) dysponują swobodą w projektowaniu, mamy wszak uprawnienia projektowe, które pozwalają nam decydować, które świadczyć mają o naszych wysokich kompetencjach. Jednak czy świadczą? Nie można narzucić wiedzy ani rozsądku, jednak to jest po części zadanie uczelni wyższych. Doświadczenia innych miast, państw, narodów i społeczności pokazują, że urządzanie (właśnie tak, nie projektowanie) miejskiej przestrzeni publicznej, to specjalistyczny wycinek wiedzy o zarządzaniu przestrzenią zbudowaną. Nie wystarczy być architektem. Tym bardziej nie wystarczy być gwiazdą.

Więcej zdjęć z utraconego zakątka - tutaj.

Anna Rumińska
architekt, antropolog kultury, placemaker
Comments