kuli-kultura‎ > ‎

a może "Śniadanie Hitlera" lub "Przysmak Stalina"?

opublikowane: 11 paź 2013, 09:45 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 4 gru 2016, 23:02 ]
Znów się przejęłam intelektualnie heh... Chodzi o "Muesli Kolumba", czyli produkt z amarantusa omawiany tutaj w minucie 3:30, a także o Inków, o których mowa w minucie 2:28. Myślę i myślę, ale milczeć trudno. Jako antropolog kultury (w tym kulinarnej) nie mogę milczeć w kwestii dużego nietaktu w tej produkcji i tym filmie. Jest mi za to nieco wstyd, bo znam wiele osób z Ameryki.

Nazwa "Muesli Kolumba" to czarny humor, marketingowa wpadka, coś, co zdaje się sugerować ignorancję i niską wiedzę - jeśli zakłada się, że potencjalnymi klientami i konsumentami są ludzie myślący, znający historię i empatię. Kolumb i Inkowie? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Raczej Aztekowie, którzy też hodowali amarantusa. Z Inkami zapoznał się "bliżej" Pizarro, ich morderca, ale Kolumb to zapewne lepszy reklamowy magnes, nie napisano jeszcze o nim tak źle, jak o tamtym. Skoro więc chodzi o magnes i marketing, to lepiej produkować parówki, pójdą na pniu: parówka z amarantusa, cudowne.

Żarty na bok - nazywanie produktów pochodzenia południowo-"amerykańskiego" imionami kolonizatorów, agresorów i morderców zawsze będzie złą praktyką i dowodem ignorancji, bez względu na to, jakie mają zasługi dla rozwoju Europy. W kontekście "rozwoju" Ameryki doprowadzili do upadku cywilizacji oraz śmierci tysięcy ludzi. Zaborcy na naszych terenach też zdziałali wiele dobrego, choćby w kolejnictwie, to może nazwijmy produkt "Namiestnikowskie wafelki"? Ale, ale! Gdzież tam Kolumbowi do rosyjskich namiestników..., ma na rękach więcej krwi, niż wszyscy oni razem wzięci. Grzegorz Łapanowski Grupa Kulinarna, promujecie te produkty, i słusznie, ale jesteście też związani ze Slow Food.Wiem, że głęboko drążycie etykę kulinarną, choćby w kwestiach wegetarianizmu, więc wierzę, że podejdziecie z refleksją do tego, co tutaj piszę ;)

To tak, jakby ktoś w Ameryce, swój produkt z importowanej, europejskiej rośliny (weźmy choćby lebiodę lub lipę) nazwał "Przysmakiem Hitlera" lub "Śniadaniem Stalina". Nie, nie przesadzam. Przyjdą kiedyś czasy, gdy Kolumb doczeka się prawdziwej, surowej i globalnej oceny tego, co wyprawiał w Ameryce ze swoimi koleżkami, finansowany przez hiszpańskich Królów Katolickich, ubrani w śnieżnobiałe kryzy i haftowane płaszcze, popijając wyborne, hiszpańskie wino do ówczesnej przepięknej muzyki - Jordi Savall wydał niegdyś CD z przepiękną muzyką życia Karola V, wnuka Królów Katolickich, Ferdynanda i Izabeli - to właśnie ta muzyka towarzyszyła kolonizatorom w ich zagładzie. Może wreszcie ktoś kiedyś odważnie nazwie to ludobójstwem, jak osądzono Hitlera i Stalina, a także Pizarra, bo to on tępił Inków, rabował i mordował tych, o których pan Kubara mówi w filmie, że swoją "WALECZNOŚĆ WZMACNIALI AMARANTUSEM". Kolumb był ponoć od łagodniejszy od Cortesa i Pizarra, ale za uszami też miał wiele, był również dyktatorem, więc i tak promowanie jego imieniem żywności jedzonej przez tych, których parszywie wykorzystywał, okradał i zabijał, jest fatalną pomyłką. Do Europy przywiózł nie amarantus, ale obce nasiona i ludzi=niewolników - tak, stamtąd, gdzie wzmacniali oni swą waleczność. Panie Kubara, proszę zmienić tę nazwę... Kolumb amarantusa zlekceważył, przecież katoliccy królowie nie jadali chwastów ani roślin z dżungli, tym bardziej jedzonych przez nie-ludzi - to było tabu jedzeniowe, inaczej amarantus byłby od dawna i na naszych stołach. Od najazdów Hiszpanów hodowla amarantusa była przez nich ZABRONIONA. Tam, na ziemie Mezoameryki Krzyś zawiózł nie tylko psy tresowane w łapaniu ludzi, ale także wiele europejskich nasion, które zaburzyły "amerykański" ekosystem (jak u nas urocza nawłoć).

To straszna narracja - śniadanie Kolumba... nawet nie chcę o tym myśleć, a wydawało mi się że "EKOPRODUKT" promuje świadomy konsumeryzm, którego zadaniem jest EDUKACJA, nie tylko żywieniowa. Kolumba mamy kojarzyć z amarantusem na śniadanie? Ktoś uważa nas za idiotów? Czy autorzy nazwy nie wiedzą, co z Hiszpanii wiozły Santa Maria, Pinta i Niña? Bogaty, sponsorowany facet jadał śniadania ze Starego Lądu czy wcinał miks z jakiegoś chwastu, który jedli nie-ludzie, których miał odpłatnie i SIŁOWO schrystianizować? Lokalni zdrajcy donieśli mu, iż tubylcy się tym chwastem wzmacniają, więc postanowił pozyskać nowe siły??? To jakiś absurd, fatalna narracja w marketingu. Hitler w swoim bunkrze w Polsce też jadał lokalne rośliny, kilka kobiet musiało "degustować" je przed podaniem na wypadek gdyby były zatrute. Gdzie tu etyka, uczciwość, idea Slow, ekologia, regionalizm? Kolumb, Cortés, Pizarro i inni kolonizatorzy dokonali ludobójstwa za pieniądze swych katolickich sponsorów. Niechaj ktoś się w tej firmie obudzi, stuknie w głowę i szybko zmieni nazwę, choćby na "Musli Atahualpy" albo "Musli Cuauhtemoca" dla uhonorowania zgładzonej cywilizacji, a nie jej niszczycieli.

Napisałam prośbę do producenta o zmianę nazwy. Zawsze chętnie na swoich wykładach mówię o podobnych historiach produktów kulinarnych, a ich nazewnictwo jest zawsze ciekawym przypadkiem badawczym, jednak moja konsumencka natura i praktyka każe mi napisać do producenta list z wiarą, że zrozumie moje dobre intencje - Kolumb nie jest godzien obecności przy amarantusie, więc PR tego produktu zyska wiele, gdy jego nazwisko zostanie wyrugowane z tej marki. Proszę o to:)