gabloty przy Bukowskiej w Poznaniu

opublikowane: 12 mar 2014, 14:11 przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna   [ zaktualizowane 18 maj 2014, 02:59 ]
Ruch pieszy versus animacja kulturalna i architektura czyli studium przypadku: gabloty w Poznaniu
Anna Rumińska
---------------

Portal Ulepsz Poznań zainicjował niedawno na swym profilu na Facebook interesującą dyskusję nt. przyszłości pewnego ogrodzenia, a raczej gablot reklamowych pełniących rolę ogrodzenia. Rzecz dotyczy budynku należącego do Ministerstwa Obrony Narodowej. Budynek jest imponujący i niewątpliwie ważny również w kwestii gablot i ogrodzenia. Jest to siedziba Wydziału Żandarmerii Wojskowej w Poznaniu, który ma swoją historię i obchodzi święto 13 czerwca. Ulepsz Poznań informował, że pomysły na uatrakcyjnienie gablot przekaże Agencji Mienia Wojskowego, więc jest ona właścicielem gablot, a budynek należy do MON, jako zamawiającego w przetargach? UP to na pewno wie, my nie, ale dobrze znać ten kontekst. Ciekawostka: niedawno (wrzesień 2013) ogłoszono przetarg na wymianę stolarki okiennej w Hali Sportowej zlokalizowanej w jakimś obiekcie przy tym adresie - wymianę 26 okien zrealizowano tam za kwotę ok.161 tys. zł, więc kto by tam się przejmował jakimś ogrodzeniem… Poza tym planowana jest modernizacja tego budynku, ale o tym dalej.

W odpowiedzi na apel Ulepsz Poznań i pytanie „co zrobić z gablotami?” pojawiły się na Facebook pod publikacją pomysły różnego typu, ale zwykle sprowadzające się do urządzenia w gablotach regularnych - zmiennych lub stałych - wystaw artystycznych. Jeden tylko głos postulował usunięcie gablot i odsłonięcie budynku. Po przemyśleniach zgadzam się właśnie z tym pomysłem.

OPCJA 1 - GABLOTY ZNIKAJĄ

Pytanie zasadnicze nr 1: dlaczego pojawiły się te gabloty zamiast (lub na?) ogrodzenia i czy faktycznie powinny tam być? Tak jak zauważyła pani Joanna Gold na Facebook - czy ta bardzo długa w poziomie, ale pionowo ustawiona płaszczyzna ma w ogóle rację bytu, zasłaniając dobry, ceglany budynek? Czy gabloty są zakorzenione w lokalnej narracji? Czy może warto przenieść w inne miejsce, a tutaj odsłonić budynek i zrobić lub odsłonić zwykłe ogrodzenie? Zatem czy pytanie o ich renowację i uatrakcyjnienie w ogóle jest zasadne? Czy może zamiar odnowienia gablot i urządzenia w nich czegokolwiek wynika z braku funduszy na ogrodzenie? Raczej nie, przecież to budynek ministerialny, a MON ma dużo pieniędzy, co widać po licznych przetargach na prace remontowe lub budowlane na stronie Wojskowego Zarządu Infrastruktury w Poznaniu.

Popatrzyliśmy na miejsce z oddali - analizie zawsze trzeba poddać miejsce w jego szerszym kontekście. Szczególnie kontekst komunikacyjny jest tu trudny: ścieżka rowerowa, zwężenie chodnika z powodu zatoki autobusowej, wysoka kategoria ulicy i duży ruch samochodowy, monumentalna i wartościowa architektura siedziby Żandarmerii Wojskowej itp. Gabloty przysłaniają budynek biurowo-sztabowy w strefie ochrony konserwatorskiej, który ma być w tym roku remontowany, w tym także ELEWACJA, inwestycja jest już ogłoszona, ale nie potwierdzona. Biorąc pod uwagę te fakty, patrząc na powyższą fotografię (czyli szerszy kontekst), patrząc na ulicę z drugiej strony i tamtejsze ogrodzenie, aż się prosi, by gabloty po prostu stamtąd zniknęły. Warto tu zrobić skromne, czarne, metalowe ogrodzenie, nawiązując do tego, które widnieje po II stronie ulicy. Niewykluczone, że szukanie pomysłu na gabloty z pomocą Ulepsz Poznań wynika właśnie z ww. planowanych remontów?
  

Fot. 1 + fot. 2 - źródło powyższych dwóch zdjęć: Google Street View

Na powyższych fotografiach staje się oczywiste, że te gabloty są tutaj pomyłką estetyczną i przestrzenną. Tną przestrzeń jak sztylet, zabierają jej oddech. Nie ma czego tutaj zasłaniać, wręcz przeciwnie, należy odsłonić architekturę. Warto więc sprezentować komuś gabloty i przenieść je w inne miejsce, gdzie będą przydatne i zostaną wykorzystane kulturalnie, animacyjnie, pro-społecznie, dydaktycznie, ekologicznie, ogrodniczo, jakkolwiek, byle w innym miejscu, w którym zastosowanie będą mieć uwagi poniżej, w rozwiązaniu wystawy stałej lub wystaw tymczasowych, jeśli gabloty miałyby nadal tworzyć bardzo długą w poziomie  płaszczyznę pionową, jak tutaj. Ewentualnie można je oczywiście ułożyć inaczej, przerwać, ustawić pod kątem, zabawa może być przednia - dla kogoś, kto je otrzyma w prezencie. Albo jeszcze lepiej: otrzyma gabloty, ale w ramach ich renowacji i wykorzystania pozyska farbę na nowe ogrodzenie Żandarmerii, wtedy wszyscy będą szczęśliwi… ;)

OPCJA 2 - GABLOTY ZOSTAJĄ

Jeśli jednak sytuacja wygląda kategorycznie i gabloty-muszą-zostać-i-koniec-kropka, to prześledźmy możliwe rozwiązania, ale najpierw…
… Pytanie zasadnicze nr 2: kto miałby być odbiorcą - docelowym lub przypadkowym - czegokolwiek w tych gablotach:
- piesi,
- rowerzyści,
- kierowcy przejeżdżających tędy aut,
- pasażerowie przejeżdżających tędy autobusów,
- bywalcy (pracownicy, goście lub mieszkańcy) w budynkach naprzeciwko?
Takie są możliwości percepcji - oglądania tego, co pojawiłoby się w tych gablotach. To właśnie ci ludzie mieliby szansę zobaczyć to, co pojawi się w gablotach. Nie licząc oczywiście gości, czyli osób zaproszonych do oglądania tego czegoś.

Mamy więc dwa kolejne rozwiązania:
- oglądanie trwałe zawartości gablot (ww. tubylcy),
- oglądanie na zaproszenie zawartości gablot (gości).

OPCJA 2-a - TRWAŁA WYSTAWA DLA TUBYLCÓW LUB MIJAJĄCYCH

Trzeba wybrać grupę docelową. Niewątpliwie najmniej ważnym obserwatorem zawartości gablot okazaliby się bywalcy budynków z naprzeciwka, bo jest to grupa ograniczona i stosunkowo niewielka, a rzecz toczy się o „coś dla ludzi” - w domyśle większą liczbę ludzi, mieszkańców. Pozostają więc widzowie w ruchu, a to zmienia diametralnie możliwości ekspozycji, bo sprowadza gabloty do formuły bilboardowej - chwilowej i wzdłużnej percepcji. Ludzie będą więc oglądać to coś w ruchu - idąc lub jadąc. Pieszych zostawiamy na opcję 2-b, bo 1) będą podchodzić i oglądać to coś w gablotach oraz 2) poruszają się stosunkowo powoli i mogą/lubią się zatrzymywać. Natomiast najciekawsze efekty wizualne przy takiej „wężowej” (długa, niska, pionowa) płaszczyźnie można będzie uzyskać w szybkim ruchu - jadąc rowerem lub autem. Pryz szybkim ruchu występuje efekt migania lub nakładania się obrazów, więc efekty mogą być ciekawe. Autobusy nie będą się tu liczyć, bo jadą powoli, w dodatku tutaj obok znajduje się przystanek autobusowy, więc pasażerowie zamieniają się w pieszych. Zatem samochody - czy kierowcy aut mogą być traktowani jako widzowie wystaw? Nie, bo ich obowiązkiem jest patrzeć na pas drogowy, a nie wystawy. Innym słowem nie można projektować tutaj wystaw biorąc pod uwagę kierowców jako widzów. Pozostają więc rowerzyści jadący tutejszą drogą rowerową. Abstrahując od faktu, że oni również powinni nie być rozpraszani gablotową ekspozycją, można założyć, że powstanie coś, co:
1 - służy rowerzystom użytkowo albo…
2 - jest postrzegane przez rowerzystów i jest rzeczą artystyczną.

W pierwszej opcji to coś może służyć tylko rowerzystom jadącym z zachodu na wschód - oni będą mieć po swej prawej ręce pas gablot i pas tutejszego trawnika. Żadne złudzenia optyczne - mimo fascynującej długości gabloty - lub wystawy dla rowerzystów nie wchodzą tutaj w grę, przecież najważniejsze jest bezpieczeństwo ruchu, rowerzystów nie wolno rozpraszać. Zatem coś użytkowego. Co może tutaj być? Szereg ramion z wysięgnikami z butelkami z wodą lub ulotkami, jak w maratonach dla biegaczy…? ;) Seria pochyłych kubełków dla rowerzystów do segregacji odpadów? ;) Żarty żartami, ale taka długa, pionowa, użytkowa strefa zorganizowana z myślą o rowerzystach wcale nie jest pozbawiona sensu i można tu coś dobrego ugrać - najlepiej spytać specjalistów od roweryzacji, najlepiej tych z Danii lub Holandii, oni na pewno podsuną rozwiązanie. Co więcej - to rozwiązanie będzie możliwe nawet w opcji 1, gdy gabloty znikną, a zostanie płot. Zatem… czy to ma w ogóle sens? Nie bardzo, projektowanie tutaj czegoś fajnego i użytkowego dla rowerzystów to jednak kombinowanie na siłę,  bo ruch wzdłużny ignoruje wszystko, co jest płaskie, a takie są gabloty. No, chyba że… ktoś będzie chciał urządzić tutaj dłuuuuuuuuuugą wypożyczalnię miejskich rowerów (kosztem trawnika?!) albo dłuuuuuuuuuuuuuuugi parking rowerowy, niestety również kosztem trawników (fot. 3), ale czy tutaj jest na to dobre miejsce? Poznaniacy drodzy, sami wiecie najlepiej, raczej nie, przecież obok biegnie droga rowerowa. Musi więc to być tylko coś „do oglądania”.

Fot. 3 - fot. Anna Rumińska Archiwum eMSA Inicjatywa Edukacyjna / Berlin, parking rowerowy przy jednej z bibliotek publicznych

Fot. 4

Może więc wystawę rowerów archiwalnych na gablotach, czyli coś w poprzek, coś, co będzie oglądane w ruchu i wzdłużnie, a nie frontalnie.
No, ale… jaki wtedy ma sens owa „gablotowość" gablot, bo zapewne mają oszklenie? Żaden sens. Te pomysły odpadają.

Wracamy więc do czegoś artystycznego, jednak wiemy już, że to coś będzie mogło być adresowane tylko do pieszych z ww. powodów - nie można odwracać uwagi rowerzystów od ruchu i drogi. Skoro więc ekspozycja ma być adresowana tylko do pieszych, to kto ją będzie oglądać? Ludzie z naprzeciwka - stwierdziłam powyżej, że nikt nie uzna ich za target. Zatem piesi przechodzący, pasażerowie w(y)siadający, mijający? Może usunąć trawnik i zrobić drugi chodnik? Szkoda trawników…, poza tym wtedy krzyżowanie ruchu będzie ogromne i spowoduje wiele kolizji między pieszymi i rowerzystami. Kto więc ma podejść do wystawy i ją obejrzeć? Nikt? Ludzie mają ją oglądać z daleka, zza drogi rowerowej? Czy będzie im się chciało? W takim razie po prostu galeria graffiti i miejsce dla free-lancerów, co przyjdą, wymalują na swój koszt i zostawią dla dobra ludzkości?

http://www.op-art.co.uk/op-art-gallery/bridget-riley
Po lewej: malarstwo Bridget Riley

Może więc jakieś sprytne sztuczki ze złudzeniami optycznymi typu dobry, XXI-wieczny op-art nawiązujący do lat 60. XX wieku? Albo coś segmentowego łączącego się wizualnie w całość w miarę ruchu, albo inne fiku-miku ze sztuką i land-artem, ale typu bilboardowego, bo tutaj postrzeganie będzie jak na autostradzie - chwilowe, wzdłużne, ale powtarzalne w skali tygodnia. Lecz ciągle pytam; dla kogo? Czy po to ktoś ma inwestować swój zapał, nadzieję, czas, emocje, pieniądze, aby organizować wystawę, która z założenia będzie mieć bardzo słabą oglądalność? Kto wyda na to pieniądze i czyje one będą? Jeśli publiczne, to czy będzie to dobre rozwiązanie? Niekoniecznie. Dochodzimy do opcji 2-b.

OPCJA 2-b - WYSTAWY TYMCZASOWE Z WERNISAŻAMI

Po co wernisaże? By zaprosić więcej ludzi, by to było wydarzenie kulturalne, by ta publiczna inwestycja w gabloty miała sens, nawet jeśli zapłaci za to sponsor lub mecenas. No to świetnie, mamy wreszcie określoną sensowną grupę docelową. Tyle że piesi chodzą dalej, chodnik jest dopiero za drogą rowerową, tam też jest (idealnie po środku całej długiej gabloty) przystanek autobusowy. To dobrze, bo czekając na autobus można oglądać wystawę - połączyć przyjemne z pożytecznym. Oznacza to, że płaska (np. fotograficzna lub rysunkowa) wystawa czegokolwiek stałego w gablotach, oglądanego frontalnie, a nie pod dużym skosem i w ruchu (j.w.) spowoduje od razu chęć zbliżenia się pieszych do gablot - przyjrzenia się, a przy okazji deptanie trawnika i tym samym zakusy na jego likwidację. Chcecie tego? Chyba nie wyobrażamy sobie stawiania barierek lub płotków (płotka wzdłuż płotka?), wzorem urzędników, którzy chcą powstrzymać pieszych przed zbliżaniem się do cennej fontanny lub rzeźby, jak we Wrocławiu lub Gdańsku (Neptun). Jeśli więc ma być tu wystawa dla pieszych, to musza oni mieć możliwość podejścia do gabloty, inaczej zadepczą trawnik. A skoro tak, to będą przecinać drogę rowerową, inaczej oglądanie takich wystaw nie ma większego sensu i znów sprowadza się do sytuacji,  w której ich autorzy lub kuratorzy wydadzą kilka setek na pewno publicznych pieniędzy na ich organizację, a ich oglądalność będzie znikoma. Lokalizacja ścieżki rowerowej koliduje więc z chodnikiem, bo to on właśnie powinien być bliżej gablot, jeśli ma w nich być coś płaskiego „do oglądania”. Ale czy ma sens taka zamiana? Oczywiście, że nie. Z pewnością nikt tutaj tego ani nie będzie wnioskował, ani tym bardziej robił.

Wyobraźmy sobie zmianę ekspozycji - przecież jeśli mają to być tzw. fajne wystawy, to będzie to jakieś wydarzenie kulturalne, tylko wtedy ma to sens. Będą więc wernisaże, otwarcie wystawy. Będą więc ludzie w dużej liczbie. Przećwiczyliśmy podobne wydarzenia na ul. Szewskiej we Wrocławiu, m.in. w ramach inicjatywy Splot Szewska (fot. po lewej). Wydarzenia te mają sens, jeśli jest na nich tłoczno, a to oznacza, że goście wydarzeń mogą utrudniać ruch pieszy, tym bardziej rowerowy. Wszyscy są na swoim terenie, przecież pieszy lub rowerzysta ma prawo się zatrzymać i stać się gościem wernisażu - po to jest plenerowa galeria sztuki. Na Szewskiej wąski pas chodnika funkcjonuje jako domniemana droga rowerowa, którą nie jest, więc tym bardziej komplikuje ruch. W Poznaniu natomiast droga rowerowa będzie po prost zapełniona pieszymi w czasie otwarcia wystaw - nie wyobrażam sobie, by goście stali poza nią, by mogli nią mknąć rowerzyści - ludzie nie są tak zdyscyplinowani, poza tym taka dyscyplina nie może być uzasadnieniem dla złego zaprojektowania, zorganizowania przestrzeni. Ogólnie, w takich przypadkach łączenia chodników, ścieżek rowerowych i galerii miejskich zdarzają się często kolizje, a jeśli mamy dodatkowo trawnik, to na pewno będzie on zdeptany, bo piesi chcą podejść do pionowych grafik.

Nie wiem, jak mocny jest tutaj, na Bukowskiej, ruch rowerowy, ale wyobraźcie sobie: jest wernisaż, wystawa, ludzie oglądają, piją wino, jedzą koreczki, grupy ludzi stoją na ścieżce rowerowej i chodniku, przecież długą wystawę trzeba oglądać swobodnie i czasem z szerszej perspektywy, również spacerować, a tu nagle pędzą rowerzyści, lub choćby chcą spokojnie przejechać drogą rowerową - ich strefą zajętą przez gości wystawy. Każdy ma prawo, ale będzie kolizja, więc albo wystawy, albo rowery, albo likwidacja czegoś... Ktoś powie: nie będzie wernisaży, będzie tylko stała wystawa. Wracamy wówczas do opcji 2-a, która jest ekonomicznie i społecznie bez sensu.

OPCJA 2-c - PLACEMAKING I STREFA REKREACJI

Pani Martyna Kaczmarek, jedna z komentatorek na Facebook, zaproponowała pionowy ogród. To zawsze jest ciekawe rozwiązanie, mało ich w Polsce, szczególnie na ogrodzeniach. Czy jednak jest to animacyjne miejsce? Czy dobrze chronione? Czy inwestycja w pionowy ogród (kosztowne!) jest ekonomicznie uzasadniona w tym miejscu? Niekoniecznie. Ta masa zieleni w  perspektywie pokazanej na Fot. 1 (początek artykułu) będzie zieloną, ciężką żyletą, z resztą podobnie jak w przypadku wszystkiego innego.
 
Strona północna dość wysokiego budynku Żandarmerii, to miejsce mocno zacienione. Obok jest przystanek autobusowy i wiata. W pobliżu nie widać raczej żadnych klubów, teatrów, miejsc kulturotwórczych. Jest to miejsce poważne, by nie powiedzieć, nadęte lub smutne, ale może nie, może bez uprzedzeń, może ma potencjał? Musiałby to być naprawdę silny placemaking, by przyciągnął tutaj ludzi i zatrzymał na dłużej - tylko wtedy ma sens robienie tutaj wystaw stałych i tymczasowych, animacji op-artowych, iluzorycznych, happeningowych itd. (mimo to, nadal pamiętajmy, że zasłaniamy architekturę gablotami), ale potrzebne będą wtedy generatory ruchu i rekreacji - ULICZNA GASTRONOMIA pełni tę funkcję najlepiej, inaczej ludzie po prostu tam nie przyjdą.

Placemaking
i animacja terytorialna, np. zrobienie z gablot pionowego wzdłużnego ogrodu i wykorzystanie pasa trawnika jako przestrzeni z leżakami i do-społecznymi ławkami dla małych grup ludzi - coś jakby parklets, które robi się na jezdni, czyli wąskie i podłużne strefy rekreacji pod chmurką? Dobrze, jest szansa, z tego można zrobić nowe Miejsce, ale pamiętajmy, że jeśli są gabloty, to wtedy zawsze tutaj jest cień, a ludzie lgną do słońca. Hmmmm... Nawet gdy gabloty z nikną, cień pozostanie. Zatem placemaking będzie tutaj trudny.

Wróćmy jeszcze do go do generatorów rekreacji - gdyby ktoś upierał się przy placemakingu, konieczne byłoby pojawienie się na trawniku, na tak dużej długości przynajmniej 4 boksów gastronomii obwoźnej, tzn. mobilnej, ale w miarę stałej. Nawet w zimie może to funkcjonować. Wyobraźmy sobie scenariusz:  między boksami z pysznym zdrowym jedzeniem i fair-tradową kawą siedzieliby ludzie, popijali i podjadali, czytali książki, patrzyli na ruch obok, na jezdnię, na przystanek, na mijających ludzi. Niby fajnie, ale wiemy, że to w Polsce jest trudne. Dlaczego? Bo ludzie wciąż traktują u nas ulice jak strefy tranzytu, przestrzeń obcą, a nie Miejsca Docelowe (to ma głęboką genezę w polskiej etnografii i ludowej kosmologii słowiańskiej). Jeśli ktoś zaryzykuje i za wszelką cenę zechce tu zrobić Nowe Miejsce - uda się, ale potrzeba naprawdę dużej cierpliwości i świetnego planu z dużą pomocą mediów i reklamy.

WNIOSKI?

Gabloty po prostu zasłaniają budynek i powodują, że fasada jest optycznie dużo niższa. Zabierają oddech przestrzeni, temu miejscu, tej strefie. Całość przypomina nawet troszkę hiper-long-reklamę w Moskwie, Dubaju lub Berlinie (fot. po lewej).

Ewentualnie może festiwal sztuki na bilboardach? Jak niedawno Art. Moves w Toruniu (fot. po prawej). Zwróćcie jednak uwagę - tam wzdłuż bilbordów jest chodnik, a w Poznaniu - trawnik i ścieżka rowerowa.

Ażurowe ogrodzenie na pewno poprawiłoby tę sytuację, dodało lekkości. Na zdjęciach widać, że cokolwiek się pojawi w gablotach, zawsze będzie upośledzać tę architekturę. Nie zawsze bowiem coś, co istnieje teraz i tu, ma sens i trzeba to ulepszać. Czasem warto wrócić do stanu pierwotnego - BEZ GABLOT. Przenieście gabloty w inne miejsce, warto je tam wykorzystać do celów animacyjnych, edukacyjnych, kulturalnych - dowolnych. A jeśli naprawdę muszą zostać, niechaj staną się wydarzeniem świetlnym lub muzycznym - interaktywną instalacją artystyczną wykorzystującą motywy linearne:
- klawiaturę fortepianu lub zapis nutowy,
- kod kreskowy,
- klawisze świetlne,
- domino,
- kalendarz,
- animację lub film poklatkowy (stop motion),
- itp.





Albo po prostu tzw. zebrating art, czyli sztuka iluzji na ogrodzeniach (zdjęcia z Internetu):

Warta uwagi jest akcja społeczno-reklamowa (fot.po lewej) podkreślająca stopień bezrobocia w Hiszpanii, gdzie jedna na 4 osoby nie ma zatrudnienia, co pokazano na graffiti w Saragossie. Jednak podkreślić trzeba, że to graffiti miało znaczenie ściśle terytorialne - kierowało ludzi do lokalnego urzędu pracy. W przypadku Poznania trzeba by chyba zrobić akcję rekrutacyjną do wojska polskiego…?

W ostateczności pozostaje Płotek Miłości, jak w Kolonii… ;)